powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Na kłopoty "LILY"

"Lily" Jacka Popplewella w reż. Krystyny Jandy w Och-Teatrze w Warszawie. Pisze Magda Kuydowicz w Teatrze dla Wszystkich.

Tytułowe stwierdzenie wystarczy za całą rekomendację spektaklu w Och-Teatrze. Kolejna farsa w reżyserii Jandy na warszawskiej scenie na Ochocie pokazuje, że aktorka ma wciąż niesłabnący twórczy potencjał, energię i własny pomysł na wystawianie lekkiej komedii w teatrze. Jak sama przyznała w rozmowie dla Onetu, koledzy są w tym przedstawieniu obsadzeni "po warunkach". Kluczowe okazało się także wybranie dobrego tekstu Jacka Popplewella. To także zasługa tłumaczenia często współpracującej z teatrem Elżbiety Woźniak.

Janda niepodzielnie króluje na scenie. Gra jednocześnie lekko i naturalnie. Postać tytułowej Lily, sprytnej sprzątaczki i kobiety z przeszłością, w sekundę budzi sympatię, zrozumienie i podziw dla jej dystansu wobec rzeczywistości. Janda lubi, rozumie Lily i dobrze się z nią czuje na scenie. Tempo gry aktorki narzuca podobną gotowość pozostałym. Piotr Machalica, jako inspektor policji, podąża śladem swojej koleżanki z dawnych lat. Powolny w ruchach, z nasilającą się infekcją, a do tego jeszcze w okropnym kapeluszu, ma podwójnie trudne zadanie. Jako aktor i jako postać. Machalica z całym scenicznym doświadczeniem, charyzmą i umiejętnością czarowania widza swoim głębokim głosem musi mieć także cały czas z tyłu głowy świadomość tego, z kim gra. Wie dobrze, że jeśli nie dotrzyma kroku na scenie Krystynie Jandzie, to polegnie. Tempo dialogów w tym przedstawieniu jest bowiem chwilami szalone, wręcz na granicy ryzyka.

Intryga poprowadzona jest przez autora bardzo misternie. Tak zwane "twisty", czyli "zmyłki" podwójne a chwilami potrójne, usypiają czujność widza. Ale nigdy Lily. Inspektor z narastającą irytacją powoli ulega jej presji i narzucanej mu metodzie śledczej. Dość zwariowanej i ekstrawaganckiej, ale zadziwiająco skutecznej. Bardzo dobrze zagrany jest epizod żony "ofiary"- Agnieszki Krukówny jako Pani Marshall. Delikatna, wyciszona, ale wyrazista i elegancka w każdym calu, sugestywnie kreśli swoją postać na scenie. Obłędnie zgrabna Magdalena Lamparska wpada na scenę jak huragan, niestety potem tempo jej gry słabnie. Zabawna Magda Smalara - asystentka zakochana w swoim szefie - i jej przełożony Marshall (oszczędny i jak zawsze precyzyjny Krzysztof Stelmaszczyk) potrafią w delikatny, prawie niezauważalny sposób pokazać całość ich złożonej relacji. W pracy i w życiu. Mateusz Damięcki i Grzegorz Daukszewicz to dwaj pełni temperamentu "mężczyźni sukcesu" - w biznesie i w policji. Damięcki zadziwia sprawnością fizyczną, chwilami nierówny, w finale odzyskuje wigor i świetnie puentuje spektakl. Daukszewicz jako asystent Machalicy, z założenia pozostający w cieniu, wychodzi na pierwszy plan w dobrych scenach z seksowną Magdaleną Lamparską.

Całość przedstawienia ogląda się z przyjemnością. Także dzięki kostiumom Tomasza Ossolińskiego i oszczędnej scenografii Macieja Marii Putowskiego. Po ciężkim, nerwowym dniu poczułam się nagle lekko i przyjemnie. A o to przecież w dobrej rozrywce chodzi. Sprawił to chyba głównie szalony rytm gry. Jest on w farsie bardzo ważny, jeśli nie decydujący. Tego wieczoru tylko Janda do końca dała sobie z nim radę.

Ale to dopiero pierwsze spektakle. Z dnia na dzień to przedstawienie będzie coraz lepsze. Aktorzy swobodniej się w nim poczują i zaczną jeszcze śmielej poruszać się w ramach przyjętej konwencji. Krótko rzecz ujmując - mamy kolejny hit w Och-Teatrze.