powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Tylko kara doczesna jest coś warta

"Metafizyka dwugłowego cielęcia" Stanisława I. Witkiewicza w reż. Natalii Korczakowskiej w STUDIO teatrgalerii w Warszawie. Pisze Kamil Bujny w Teatrze dla Wszystkich.

Aktorzy Teatru im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w "Metafizyce dwugłowego cielęcia" zachwycają. Mówię to bez żadnej przesady i egzaltacji. W spektaklu wyreżyserowanym przez Andrzeja St. Dziuka ogląda się wykonawców z wielką przyjemnością, obserwując, jak wielce zgrany, świadomy swoich możliwości i potencjału zespół oni tworzą. Z całą pewnością przedstawieniu przysłużył się upływ czasu - grane jest bez mała od pięciu lat, przez co - jak mniemam - aktorzy zadomowili się w tej opartej na sztuce Witkacego teatralnej rzeczywistości.

W zakopiańskiej "Metafizyce dwugłowego cielęcia" na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim kwestia dojrzewania. Rozumiane jest ono w tym spektaklu nie jako naturalny, zachodzący w psychice młodego człowieka proces, tylko jako - myślę, że można tak powiedzieć - okres zewnętrznej walki różnych podmiotów (w tym wypadku m.in. matki, ojca i kuzyna) o wywarcie wpływu na dorastającego. Wybrzmiewająca w pierwszej scenie kwestia matki, która zwraca się do syna słowami: "Karmazyniellu, przestań się bawić fatałaszkami", powraca przez całe przedstawienie - za każdym razem niby wobec innej sprawy, wobec innego zachowania niesfornego potomka, jednak cały czas w tym samym kontekście: jako upomnienie i sugestia (nakaz?) bycia nie-dzieckiem. To nie-bycie (kimś innym) staje się zresztą symptomatyczne dla wszystkich postaci: syn nie uchodzi za takiego, jakim widzieliby go inni bohaterowie prezentacji, mężczyzna uznawany za ojca okazuje się ostatecznie nie być prawdziwym rodzicielem, a kochanka dorastającego chłopaka postrzegana jest przez niego jako jego matka.

Osią spektaklu jest niekończący się proces performowania i odgrywania kogoś innego. Jego ramy wyznaczane są przez kulturowe i społeczne reguły oraz przyzwyczajenia. Ten teatralny (performatywny) charakter funkcjonowania jednostki wśród ludzi (poszukiwania możliwych reprezentacji samego siebie, gombrowiczowskich form) zostaje w "Metafizyce..." bardzo sprawnie wykorzystany - jako autokreacyjny chwyt. Postaci, demaskując się jako aktorzy (chciałoby się sztampowo dodać: na scenie życia), ukazują widzowi swoje "role" na trzech poziomach: społecznym (moglibyśmy go wyrazić następująco: wszyscy udajemy kogoś innego, próbując doścignąć kulturowy ideał), życiowym (nie ma innej możliwości istnienia, niż poprzez wpisanie się w ogólnie przyjęte wytyczne) oraz teatralnym (z jednej strony za sprawą dobitnego podkreślania sztuczności i umowności wszystkich bohaterów, a z drugiej poprzez ich wyraźną świadomość własnej metateatralności). Gdy Karmazyniello pyta w rozpaczy: "nie pojmujesz tego, Ludwiku, że mogłem nie być wcale. Czyż musiałbym przyjąć moje istnienie przed moim własnym początkiem? Wcielenie w jakąś przypadkową skorupę? Ordynarny dualizm?", widz uzmysławia sobie, że choć owa "skorupa" jest konieczna, to pozostaje przy tym nieznośna i tragiczna.

Ta druga właściwość pobrzmiewa w "Metafizyce..." równie mocno, co obraz performatywnego funkcjonowania w społeczeństwie. Obserwując zachowania oraz rozwój postaci, nie sposób abstrahować od ich dekadenckiego charakteru - życie, można wywnioskować, oglądając zakopiańską prezentację, to dla nich nic innego, jak męka; ale skoro się już istnieje, to trzeba znaleźć na nie jakiś sposób (ta potrzeba dochodzi do głosu przede wszystkim w "pustynnej" scenie). Z tej perspektywy wszystkie egzystencjalne rozterki, spory o metafizykę i sens (choć częściej o jego brak), a także kłótnie o powinności i społeczne obowiązki należałoby rozumieć jako próby wypracowania metody na odpowiednie (tutaj pojawia się istotne dla przedstawienia pytanie: czyli jakie?) gospodarowanie życiem - tak, by w nieznośnej stagnacji i nihilistycznych nastrojach znaleźć choćby złudę sensowności.

"Metafizyka dwugłowego cielęcia" w reżyserii Dziuka została ciekawie i odważnie poprowadzona: nie ma w tym pokazie żadnych dłużyzn i zbędnych elementów, pojawia się za to sporo interesujących i nieoczywistych scenograficzno-inscenizatorskich rozwiązań. Wszystko, co ma miejsce na scenie, wydaje się w pełni uzasadnione - każde przerysowanie, pójście w groteskę, ironię i nadmiar. Nie trzeba wiele, by dać się porwać tej prezentacji - od początku ogląda się ją z dużym zainteresowaniem i przejęciem. Aktorzy grają pewnie, reżyseria nie budzi żadnych zastrzeżeń, a spektakl wikła emocjonalnie widza - czego wyrazem jest dłuższy moment ciszy na widowni po zejściu aktorów ze sceny.