powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Tołstoj a próby stolikowe

"Śmierć Iwana Iljicza" imponuje konsekwentną wizją, niechęcią do sentymentalnych tonów, jakie uruchamiają tematy ostateczne. Jednak brak napięcia, a zwłaszcza budowany na wielu poziomach dystans, udzielił się premierowej publiczności, która wyjątkowo chłodno nagrodziła spektakl oklaskami - o spektaklu w reżyserii Franciszka Szumińskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku pisze Wiktoria Formella z Nowej Siły Krytycznej.

Franciszek Szumiński kreśli studium umierania - doświadczenie nieuleczalnej choroby, która pociąga ustanie aktywności, chroniczny ból, a także postępującą alienacją. Równie istotne jest bowiem rozpatrywanie choroby w perspektywie społecznej - jako przeżycia odciskającego piętno na codziennym funkcjonowaniu i relacjach domowników. Gdańska realizacja "Śmierci Iwana Iljicza" Lwa Tołstoja podejmuje ważką i nieustająco aktualną tematykę, ale publiczność "odbija się" od spektaklu Teatru Wybrzeże. Wszystko przez adaptację autorstwa Szumińskiego i Małgorzaty Jakubowskiej, a także skrajnie statyczną, wręcz nużącą inscenizację.

Scenografia Katarzyny Kornelii Kowalczyk przedstawia jadalnię utrzymaną w dawnym stylu. Na środku stół z rzeźbionymi nogami, wokół niego cztery krzesła z jasnym obiciem. W tle potężny, dwukondygnacyjny kredens z ciemnego, połyskującego drewna, a obok fantazyjna, niewielka pudreza z zaokrąglonym lustrem. Pod ścianami gdzieniegdzie kolejne krzesła, znak innych pomieszczeń. Wnętrze sprawia wrażenie eleganckiego, a umieszczone po bokach strzeliste okna (projekcje: Andrzej Lawdański) wzmacniają poczucie wysokości. Dopiero uważny ogląd w połączeniu z sugestywnym światłem (Daniel Sanjuan Ciepielewski) i ilustracyjną muzyką (Szumiński i Marcin Nenko) wydobywają z wnętrza zgoła inne szczegóły. Wystarczy zwrócić uwagę na monstrualnej wielkości okrągłą lampę zawieszoną u stropu, która przypomina ni to oświetlenie z sali operacyjnej, ni to witraż (ołowiana ramka). Niepokój pogłębia też nabrzmiała tapeta, jakby lada chwila miała odpaść. Wrażenie zadbania w oka mgnieniu znika, ustępując miejsca nowemu - toczeniu mieszkania przez chorobę.

Niepewności gęstnieją, gdy obserwujemy posiłek rodziny Gołowinów. Praskowia Fiodorowna (Małgorzata Brajner), niczym wytrawna pani domu, z troską nalewa zupę córce Lizie Iwanownej (Katarzyna Z. Michalska) i jej narzeczonemu Fiodorowi Pietrowiczowi Pietryszczewowi (Piotr Łukawski), chory Iwan Iljicz odmawia jedzenia. Obiad przebiega w posępnej, milczącej atmosferze. Gołowin (Krzysztof Matuszewski) nieustannie odczuwa niesmak w ustach i jakby coś zawadzało mu z lewej strony brzucha - ślepa kiszka, a może "latająca" nerka? Tkwi w patowej sytuacji, ponieważ nawet najlepsi lekarze nie potrafią postawić diagnozy, a w konsekwencji podjąć leczenia. Wszystko to sprawia, że życie bohatera przepełnia udręka i świadomość bliskiego końca. Rodzina go nie rozumie, oparcie znajduje jedynie u chłopca kredensowego - Gierasima (Robert Ciszewski).

Scena jedzenia zupy (w prawdopodobnym czasie trwania) nuży i zapowiada realistyczną konwencję spektaklu, ale Szumiński przewrotnie wirusuje tę perspektywę. W trakcie obiadu, po kryjomu, Liza czyta książkę, to Tołstoj i pewnie "Śmierć Iwana Iljicza". W tym niepozornym geście można odnaleźć nawiązanie do inscenizacji Jerzego Grzegorzewskiego (reżyser wykorzystał dwa wiersze Tadeusza Różewicza o Tołstoju). Pomysł zdystansowania postaci teatralnej od literackiego pierwowzoru dobrze oddaje strategię przedstawienia historii zastosowaną w gdańskim spektaklu.

Epika stawia przed realizatorami wyzwanie: w jaki sposób dokonać adaptacji opowieści, w której lwia część przypada narratorowi; co zrobić z jego partiami (pominąć, przekształcić w dialog, przypisać konkretnej osobie - której?), a może powołać na scenie wszechwiedzącą postać; wreszcie - jak poradzić sobie z udramatyzowaniem akcji? Podobnych pytań pewnie nie mieli Małgorzata Jakubowska i Szumiński, którzy - jak się wydaje - stwierdzili, że na scenie tekst wystarczy (niemal!) przeczytać i dlatego obszerne partie narracji dość mechanicznie rozdzielili między aktorów. Nie przeszkadza im przenikanie się odmiennych porządków: wypowiedzi narratora w trzeciej osobie sąsiadują z dialogami rozgrywanymi bezpośrednio pomiędzy postaciami, a reminiscencje z przyszłymi dziejami. Choćby podczas kilkukrotnie wspomnianej sceny jedzenia zupy, córka zwróci się do ojca z troską, dopytując o brak apetytu. Po chwili, przy tym samym stole, nagle zacznie mówić o nim per on, wspominając urządzanie przez Iwana nowego mieszkania. Sztuczność wzmocni fakt, że choć będzie patrzyć prosto w jego oczy, to będzie mówiła o doświadczeniach ojca, używając pełnego nazwiska - jakby wyrażała się nie tylko o obcym, ale i nieobecnym człowieku. Nawet Iwan Iljicz będzie mówił o sobie w trzeciej osobie. Zastanawia kurczowe trzymanie się litery tekstu przy jednoczesnej, wyrażonej w innych scenach, śmiałości w dopisywaniu sytuacji, źródeł inspiracji, których nie sposób znaleźć na kartach książki (zwłaszcza wściekły monolog studenta na wiecu, czy zabawny fragment o łuku).

Pomysł przenikania się perspektyw czasowych zapewne został zainspirowany lekturą Tołstoja. Końcówka życia upłynęła bowiem Iwanowi na wspominaniu przeszłości - był to dialog wadzącego się ze sobą człowieka, który podsumowuje przygnębiająco jałowe życie. Podobnie klarowna konstatacja nie wynika jednak z adaptacji, toteż widz, który nie zna opowieści, ma duże szansę na zagubienie się w spektaklu. Znaki sceniczne nie są stosowane konsekwentnie: założenie płaszczy przez dwóch mężczyzn sprawia, że zmieniają tożsamość (jednak podwójność ról nie została odnotowana ani w programie, ani w materiałach promocyjnych), choć w przypadku kobiet założenie futer oznacza tyle, że udają się do teatru Jakby brakowało piętrowych, tożsamościowych zagwozdek, Praskowia bodaj dwukrotnie zwróci się do Iwana "Jean". Wprawdzie to cytat z Tołstoja, jednak tam, wśród licznych francuskojęzycznych wtrętów, nietrudno zauważyć, że kobieta w ten sposób wielokrotnie mówi do męża. Moje wątpliwości nie są oparte na własnych spekulacjach, ale też na zasłyszanych rozmowach publiczności.

Największym problemem gdańskiego przedstawienia jest obdzielenie postaci kaskadami monologów, co znacznie obniża jego dynamikę. W połączeniu ze zdystansowanym sposobem wygłaszaniem tych partii (może nie mechanicznym, ale raczej beznamiętnym), mnogością pretensjonalnych pauz, a zwłaszcza ze statycznością działań, gwarantuje to nużącą, manieryczną inscenizację, przypominającą wręcz wprawki z próby stolikowej. Obserwujemy osoby, które w ciągu niespełna półtorej godziny ani na moment nie schodzą ze sceny (z wyjątkiem drugoplanowego Gierasima), a do tego niemal bez ustanku siedzą przy stole i wysłuchują obszernych monologów. Walor zawarty w ogrywaniu kłopotliwego milczenia szybko się wyczerpuje.

Czasem reżyser buduje mikrodziałania, jednak rażą one sztucznością. O ile roztrzaskanie przez Iwana karafki z wodą wydaje się być wiarygodnym przejawem nawiedzających go ataków złości (w opowieści zdarzyło mu się zrzucić na podłogę świecę z lichtarzem), to kolejne sceny zaczynają podważać to wrażenie - to wymuszenie reakcji na innych Logika podpowiada, że chłopiec kredensowy powinien uprzątnąć szkło. Dzieje się jednak inaczej - Praskowia podniesienie kilka większych kawałków, a Liza zdejmie buty i pończochy, zamoczy stopę w rozlanej wodzie, i będzie spacerować niebezpiecznie blisko odłamków Strasznie to pretensjonalne.

Mimo niewdzięcznie ustawionych sytuacji, aktorki i aktorzy przebili się z emocjami przez przenikliwy chłód spektaklu. Adaptacja sprawiła, że postać Iwana mogłaby utracić wielowymiarowość i budzić nienajlepsze odczucia. Już od pierwszej chwili poznajemy go jako człowieka za nic mającego konwenanse. Choć rodzina siedzi przy stole, on odmawia jedzenia, z impetem uderzy dłońmi w stół, roztrzaskuje karafkę. Gdy dodać do tego żądanie krzesła, na którym siedzi gość domu (jego przyszły zięć - w opowieści nie przejawia takiej potrzeby!), a także nieustanne zmienianie zdania (chce herbatę, nie - lekarstwo, nie - herbatę), powstaje obraz dość złośliwie naszkicowanego bohatera, a przecież Tołstoj miał do niego sympatię. Co ciekawe, akurat w tych fragmentach dramaturg pomija wyjaśnienie zniuansowanych potrzeb Iwana, które w opowieści sprawiają, że patrzymy na niego z większą wyrozumiałością. Mimo to Krzysztof Matuszewski unika tych pułapek, kreśli przejmującą postać, pełną emocji - od niezgody i irytacji wobec choroby, przez zagubienie i osamotnienie, po lęk przed śmiercią.

Małgorzata Brajner doskonale oddała charakter Praskowii, która pod ułudą dobroduszności skrywa pokłady zimnej posągowości. Kwintesencją szczelnie skrywanej dwulicowości staje się powtarzana fraza "Jak ciężko!", interpretowana bez przesady, która wywołuje wśród publiczności salwy śmiechu. Z kolei Katarzyna Z. Michalska, nieco inaczej niż w opowieści, kreśli postać Lizy jako drugiej - po Gierasimie - najbliższej Iwanowi osoby. Przez to jednak niewiarygodnie wygląda finał, gdy - już po śmierci ojca - z resztą domowników z uśmiechem popija herbatę.

Trudne zadanie otrzymał Piotr Łukawski jako Fiodor. Dość powiedzieć, że przez pierwsze trzydzieści minut nieruchomo i niemo przysłuchuje się rozmowom Gołowinów. Mimo to stworzył postać o nieco komediowym zacięciu (reakcja na zaręczyny!). Pierwszy, nietaktowny komentarz czy opowieść o łuku (nieobecna u Tołstoja) usytuowały bohatera w roli pociesznego piątego koła u wozu (nomen omen, dom Gołowinów zamieszkują cztery osoby). Udany debiut w zespole gdańskiego teatru odnotował Robert Ciszewski. Początkowo jego gestykulacja raziła przesadą (odczytywałam to jako próbę radzenia sobie ze statycznym monologowaniem), ale jej konsekwencja zbudowała rozedrganie prostego chłopca. Zwłaszcza, że pozostali zastygli w posągowych formach.

"Śmierć Iwana Iljicza" imponuje konsekwentną wizją, niechęcią do sentymentalnych tonów, jakie uruchamiają tematy ostateczne. Jednak brak napięcia, a zwłaszcza budowany na wielu poziomach dystans, udzielił się premierowej publiczności, która wyjątkowo chłodno nagrodziła spektakl oklaskami.

---

Wiktoria Formella - absolwentka teatrologii o specjalności dramaturgiczno-krytycznej oraz zarządzania kulturą na Uniwersytecie Gdańskim. Publikowała w "Kwartalniku Artystycznym Bliza" oraz "Fragile. Piśmie Kulturalnym".