powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Przez raz, czyściec i piekło na obrotowej scenie

"Boska komedia" wg Dantego Alighieri w reż. Krzysztofa Garbaczewskiego w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Benjamin Paschalski na blogu Kulturalny Cham.

Istnieją utwory literackie, które mają moc nie tylko tekstu ale i potencjał dla wizualnego zobrazowania treści. Nie ulega wątpliwości, że takowym jest "Boska komedia" Dantego Alighieri. Owa szczególna wędrówka poprzez raj, czyściec i piekło, którą odbywa alter ego autora, to synteza średniowiecznej filozofii i krytyka świata doczesnego: poszukiwania szczęścia w zbawieniu. Kilka lat temu w Awinionie wspaniały spektakl przygotował Romeo Castellucci, który poszczególne części utworu osadził w różnych przestrzeniach i lokalizacjach miasta. Polska tradycja odwołuje do widowiska Józefa Szajny, które pozostaje w legendzie teatralnej jako świetne, wizyjne i ponadczasowe. Oba wyżej wspomniane odwoływały się właśnie do obrazu, który zniewalał i oczarowywał. W przypadku włoskiego twórcy dodatkowym walorem stała się symboliczna uniwersalność i korespondowanie z rzeczywistością dnia codziennego. Oba spektakle stanowią już historię sceny.

Kolejnym twórcą, który zmierzył się z utworem Alighieri jest Krzysztof Garbaczewski, który w Teatrze Powszechnym w Warszawie przygotował własną wersję opowieści. Artysta, którego porównuję z doświadczeniem teatralnym Jerzego Grzegorzewskiego, równie często powraca do plastycznych rozwiązań, które miały miejsce we wcześniejszych jego spektaklach. Owe nawiązania mają szczególne znaczenie. Budują przestrzenie pamięci, nie są tylko prostymi refleksami przeszłości, ale miejscami jak z dawnego snu, nierealistyczne, ale urzekające. I w ostatnim czasie w ten sposób odbieram twórczość Garbaczewskiego, który zatapia się w rozwiązaniach technologicznych, które mają wzmacniać przekaz wizualny, ale niestety odbywa się to kosztem treści, która wypada blado i nijako.

Podczas zeszłorocznego Praskiego Quadriennale, które jest miejscem prezentacji scenografii z całego świata, Polskę reprezentował właśnie Krzysztof Garbaczewski. Była to prezentacja przygotowana w formacie rzeczywistości wirtualnej (VR). Każdy odwiedzający otrzymywał okulary i zasiadał na białej, kubikowej, prostokątnej konstrukcji, aby śledzić wykreowany świat poprzez technologię informatyczną. Można się spierać czy to jeszcze teatr czy już nie, ale na pewno ciekawe doświadczenie. Nie piszę tego bez powodu, gdyż właśnie owa konstrukcja stała się głównym elementem scenografii w Teatrze Powszechnym. Osadzona na obrotowej scenie dzieli przestrzeń na trzy oddzielne światy, które wzbogacone są projekcjami wirtualnymi kreowanymi na żywo przez aktorów. Scenografię autorstwa Aleksandry Wasilkowskiej dopełniają elementy abstrakcyjne - olbrzymie dłonie, palce. Świetne są również kostiumy przygotowane przez Sławomira Blaszewskiego. I to są najlepsze elementy widowiska. Faktycznie, jeżeli wyłączy się to co jest wypowiadane ze sceny, można chłonąć fantastyczną instalację teatralną, która buduje podróż człowieka w poszukiwaniu ukochanej Beatrycze dzielona sekwencjami raju, piekła i czyśćca.

W warstwie literackiej to przedstawienie, które trudno sklasyfikować, bowiem tekst jest poszarpany, nielogiczny, nijaki. Pierwszy monolog Sandry Korzeniak można zamknąć w stwierdzeniu: kilka słów o człowieku i jego kupie. Jest to przerażająca, nudna i nijaka sekwencja. Podobnie wypadają wykrzyczane przez Bartusia 419 teksty odwołujące się do rzeczywistości społecznej. To szczyty grafomanii, które łączy jedno: bełkot. Jako dramaturga Garbaczewski zaprosił do realizacji spektaklu rapera Kozę, tylko pytanie jaki był tego cel? Trudno doszukać się sensu i zrozumienia, bo nawet dopisane frazy są mdłe i puste, które wzbudzają śmiech i politowanie. Podziwiałem aktorów, szczególnie tych, którzy animowali świat VR, bowiem ich praca jest całkowicie na marne! Nie ma sensu tego typu zabieg, który całkowicie nie koresponduje z akcją sceniczną i staje się pustym gestem artystycznego wymysłu. Projekcja w pełni wypełniłaby zaplanowane pole ekranu nad sceną. Pozostałe role sceniczne, trudno sklasyfikować i wyróżnić, bowiem akcja jest powielona, wtórna, schematyczna i przewidywalna. Piekło jest piekłem, przewodnik przewodnikiem, a bohater ciągle wspina się na górę i dojść do szczytu nie może.

Każdy spektakl, który wnosi do życia artystycznego coś nowego i ożywczego należy docenić i zauważyć. Ze względu na stronę wizualną "Boska komedia" jest zapewne najciekawszym doświadczeniem w tym sezonie. Ale tylko tyle, pozostają ciekawe obrazy, a reszcie towarzyszy intelektualna pustka. To przedstawienie jak wielkanocna pisanka - pięknie opakowane, ale wnętrza brak. Smutne to doświadczenie bowiem teatr to nie tylko galeria. Kolejna pułapka przy Zamoyskiego, wieczór tylko dla koneserów wizualnego przeżycia estetycznego.