powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Inteligentów portret własny?

Najnowszy spektakl Teatru Wybrzeże w Gdańsku, sprawnie wyreżyserowany przez Radosława B. Maciąga i z brawurowo zagranymi (zwłaszcza przez aktorki) postaciami, koncentruje się na kryzysie trapiącym "podstawową komórkę społeczną". Jednak zamiast przenikliwej krytyki proponuje uproszczony obraz współczesnej klasy średniej - o "Inteligentach" na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie pisze Wiktoria Formella z Nowej Siły Krytycznej.

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu - ta znana prawda dobrze obrazuje postaci kameralnego dramatu "Inteligenci" Marka Modzelewskiego. One też mogłyby stworzyć uroczy, familijny obrazek, na którym trudno byłoby dostrzec światopoglądowe różnice o głębokości kanionu. Najnowszy spektakl Teatru Wybrzeże w Gdańsku, sprawnie wyreżyserowany przez Radosława B. Maciąga i z brawurowo zagranymi (zwłaszcza przez aktorki) postaciami, koncentruje się na kryzysie trapiącym "podstawową komórkę społeczną". Jednak zamiast przenikliwej krytyki proponuje uproszczony obraz współczesnej klasy średniej.

Dominika Nikiel stworzyła kopię salonu: białe ściany, musztardowa sofa, szklany stolik z czarnym rantem, w tle rozłożysta palma areka. Nie brakuje inteligenckich i artystycznych akcentów: książek posegregowanych według kolorów okładki, obrazu z podobizną antycznego herosa czy poduszek z kubistycznym motywem. Od razu nabieramy dystansu do mieszkania rodem z katalogu popularnego, szwedzkiego sklepu z meblami. Uczucie groteski pogłębia się, gdy zwrócimy uwagę na wiszące na ścianie zasady obowiązujące mieszkańców: "W tym domu mówimy prawdę, popełniamy błędy, mówimy przepraszam, przytulamy się, jesteśmy cierpliwi, wybaczamy, po prostu... kochamy". Wystarczy zaledwie kilka chwil, aby kodeks dobrych zwyczajów okazał się cyniczną wydmuszką.

Najpierw przyjdzie nam poznać tytułowych inteligentów - małżeństwo w średnim wieku. Szczepan (Marek Tynda) jest bezkompromisowym dziennikarzem, który nie stroni od trudnych tematów, dlatego "odbierał nagrodę od Michnika". Anka (Sylwia Góra-Weber) jest uważną redaktorką, której wystarczy raz usłyszeć dłuższy fragment tekstu, by w oka mgnieniu dostrzec w nim wszelkie niedoskonałości. Już od pierwszych scen widać, że Szczepan liczy się z jej zdaniem, wciela w życie jej sugestie. Wydają się być partnerskim małżeństwem, które stanowi zaprzeczenie wyobrażenia o tradycyjnej polskiej rodzinie z dominującą rolą mężczyzny, potulną kobietą zajmującą się domem, którzy dbają o przekazanie dzieciom katolickich wartości. To intelektualiści o postępowych poglądach, uczestniczą w wolnościowych protestach, popierają prawo do aborcji, akceptują pary homoseksualne, a dzieci wychowują na tolerancyjnych ludzi.

Stopniowo do poukładanego życia wkradają się działania, które są sprzeczne z ich wartościami. Młodszy syn Maks lada chwila pójdzie do pierwszej komunii, choć przecież jest wychowywany przez ateistów. Rodzice traktują to wydarzenie jako pusty rytuał, który nie tylko zadowoli konserwatywnych członków rodziny - babcię czy ciotkę Bożenę (Monika Chomicka-Szymaniak) - ale też sprawi, że chłopiec nie będzie odtrącany przez rówieśników niemal jednogłośnie kultywujących katolickie sakramenty. Okazję do wymiany kilku uprzejmości podczas rodzinnego spotkania przy komunijnym obiedzie pokrzyżuje kryminalny incydent z udziałem starszego syna. Jak się okazuje Łukasz (Adam Turczyk) wyrósł na homofoba, ksenofoba i rasistę. Trudno się dziwić, że rodzice (zwłaszcza bardziej radykalna matka) rozpatrują jego zachowanie w kategoriach wychowawczej porażki, a zamiast komunijnego spędu odbędzie się rodzinna terapia. Pełna buzujących emocji, ostrych wymian zdań scena, w której szacunek ustępuje miejsca pogardzie, a argumenty przeradzają się w wyzwiska, by wreszcie upust dała nawet przemoc fizyczna...

Marek Modzelewski miał ciekawy pomysł, aby nakreślić krytyczny portret polskiej klasy średniej, jednak jego twórczość ciąży ku stereotypom. Skoro mamy parę "lewackich" intelektualistów to oprócz głoszenia radykalnych tez, muszą być związani z "Gazetą Wyborczą", a dla relaksu sięgać po marihuanę, bo kolejne lampki koniaku są niewystarczające. Z drugiej strony mamy konserwatywną ciocię Bożenę, która musi być ośmieszona ubraniem (w przeciwieństwie do nowoczesnego kostiumu Anki - zgrzebna, kwiecista suknia i krótki żakiecik), rasistowskimi poglądami, bigoteryjno-dziecinnym zachowaniem, a nawet ograniczonym gustem (wartościowe są jedynie filmy o żywotach świętych). Można byłoby stwierdzić, że autor nie staje po żadnej stronie - u niego wszystkim dostaje się po równo, tylko to bardzo uproszczony, momentami wręcz karykaturalny obrazek.

Nasycanie historii zbyt dużą ilością informacji staje się słabością dramatu. Świątobliwa Bożena w przeszłości próbowała odbić męża siostrze, natomiast radykalizm liberalnej Anki jest pozorny. Niedługo po urodzeniu Łukasza związała się na kilka miesięcy z kobietą, czego do dziś się wstydzi i skrzętnie ukrywa przed potomkiem, choć w rzeczywistości pewnie jedynie wyrzuty sumienia nie pozwoliły jej na zawsze porzucić rodziny Być może strategia Modzelewskiego to próba ukazania obłudy stojącej za każdym człowiekiem, lecz dobór szczegółów sprawia, że opowieść zaczyna zbliżać się do telenoweli.

Dwa elementy inscenizacji dowodzą, że reżyser próbuje zdystansować się wobec poetyki, którą można byłoby określić (zapożyczając termin z kina) jako styl zerowy. Oprócz realistycznego aktorstwa, mamy linearną opowieść, a forma spektaklu pozostaje niemal przezroczysta. Projekcje Tomasza Schaefera przełamują realistyczną konwencję, delikatnie zaburzając ciągłość akcji, akcentując poszczególne części dramatu. Na ekranie wyświetlane są krótkie animacje: przed pierwszym aktem świeca komunijna, a chłopięcy głosik śpiewa kościelną pieśń; przed kolejnym obserwujemy dwie pary ust, które prześmiewczo wykorzystują świecę jako źródło ognia do podpalenia jointa; natomiast w ostatnim - świece zaczynają przypominać minarety, a na pierwszy plan wysuwa się spalający się lont bomby. Trudno znaleźć dla tych pomysłów inną funkcję niż złośliwy spoiler.

Drugi element zrywający z realistyczną konwencję to chwilowe przełamanie czwartej ściany. Łukasz - zerwawszy taśmę oddzielającą miejsce akcji od oglądających - wykrzyczy neonazistowskie hasła bezpośrednio do widzów (choć brakuje temu wystąpieniu brawurowej obcesowości jaką miała antyuchodźcza scena z udziałem postaci granej przez Jacka Belera w "Klątwie" w reżyserii Olivera Frljicia w Teatrze Powszechnym w Warszawie). Zmiana światła i uwięzienie pozostałych postaci w stop-klatce nie sprawiają, że wypowiedź zyskuje inny status. Nie pojawia się żaden element, który pozwoliłby potraktować ją jako scenę w pełni wykraczającą poza wykreowany świat. Twórczynie i twórcy nie stylizują jej na quasi-prywatną wypowiedź aktora otwartego na polemikę. To zaledwie głos postaci, z którą pewnie się nie zgadzamy, ale przecież regularnie doświadczamy tego stanu w teatrze, a jednak nie skłania nas on do zakłócenia przebiegu przedstawienia. Jeżeli więc Radosław B. Maciąg chciał przez tę scenę wywołać prowokację, to trafił jak kulą w płot - nikt z premierowej publiczności nie był zainteresowany dyskusją z bohaterem stojącym na straży "odwiecznego" porządku. Jednak brak reakcji również czegoś dowodzi - podziały wewnątrz społeczeństwa są tak duże, każdy na tyle szczelnie obudował się we własnej bańce, że niemożliwe okazuje się odnalezienie wspólnej płaszczyzny dialogu. Zniknęła też potrzeba, by go podjąć.

Ciekawsze wydaje się pomieszanie porządków w świecie Łukasza. Początkowo wydaje się zwykłym nastolatkiem, zbyt późno wracającym z imprezy. W miarę rozwoju akcji, gdy opada złudzenie na temat jego liberalnych poglądów, wyjaśnia się, że pod dżinsową kurtką skrywa koszulkę z napisem "patologja" (sic!). Odwołanie do "Patointeligencji" Maty krzyżuje się ze stylem koszulek noszonych przez zwolenników Komitetu Obrony Demokracji (ostatnia, błędnie zapisana sylaba, została zaakcentowana na czerwono).

Choć mocnym punktem spektaklu jest świetne aktorstwo, wydaje się, że dla gdańskiej publiczności byłoby ciekawiej, gdyby kobiece postaci zostały odwrotnie obsadzone. Biorąc pod uwagę dotychczasowe realizacje - Sylwia Góra-Weber najczęściej gra pewne siebie, charakterne postaci, natomiast Monika Chomicka-Szymaniak ciepłe, nieco prowincjonalne kobiety - dla aktorek również stanowiłoby to większe wyzwanie i wizerunkowe przełamanie. Trzeba jednak im oddać, że stworzyły wiarygodne bohaterki. Nudna, konserwatywna dewotka Bożena została zagrana z niebywałym humorem. Aż strach ogarnia, gdy dowiadujemy się, że pracuje jako nauczycielka. Wyniesione z pracy w szkole opanowanie i potrzeba matkowania sprawiają jednak, że to właśnie ona będzie ratować rodzinę w trudnych sytuacjach. Anka Góry-Weber jest niezwykle ekspansywną kobietą o radykalnych poglądach, która nie znosi sprzeciwu. Sporo w niej też troski o dzieci, której jednak nie wyraża w sposób konwencjonalny. Jej energetycznym przeciwieństwem jest wycofany Szczepan Marka Tyndy, który aż do finałowej sceny woli przytakiwać żonie i łagodzić wywoływane przez nią spory. Równie przekonujący jest nastoletni Łukasz w wykonaniu Adama Turczyka. Aktor z dużą łatwością i uwagą ukazał bolączki nastolatków: zmagania z rzeczywistością, niebezpieczeństwa wynikające z młodzieńczych buntów czy zgubne skutki poszukiwania na oślep pseudopatriotycznych idei.

Aktorki i aktorzy wydobywają humor tkwiący w dialogach. Dzięki umiejętnościom Chomickiej-Szymaniak, co druga, nawet niepozorna, wypowiedź Bożeny brzmi jak komiczna "złota myśl", natomiast spora dawka wulgaryzmów Anki nie jest grubiańska, nadaje postaci kolorytu. Jednak ani gdański zespół, ani sprawna (choć dość przewidywalna) praca realizatorów i realizatorek, nie zmienią faktu, że "Inteligenci" to uproszczona diagnoza o upadku tej grupy społecznej. Może dlatego - co rzadko zdarza się podczas premier - publiczność nie nagrodziła spektaklu owacją na stojąco.