W Kafkowskiej matni

Charakterystyczna dla Ewy Ignaczak oszczędna inscenizacja i w przypadku "Procesu" zdała egzamin. Krótki, niespełna półtoragodzinny spektakl Teatru Gdynia Główna z kameralną obsadą stanowi sprawnie zrealizowany i przełamujący tradycję - bo energetyczny i utrzymujący wysokie tempo - galop przez wątki powieści Franza Kafki - o spektaklu "Próby Józefa K." pisze Wiktoria Formella z Nowej Siły Krytycznej.

Przed rozpoczęciem "Prób Józefa K." w foyer jest wyświetlany film, który wprowadza w konwencję teatru w teatrze. Przedspektaklowe pogawędki publiczności sprawiły, że niewiele można było zrozumieć z cichego nagrania. Widzimy w nim aktorów zmierzających w kierunku dworca Gdynia Główna, w podziemiach którego mieści się teatr. Strzępy słów zdradzają dyskusję na temat bohaterów Kafki. Kontynuację filmu stanowi metateatralny prolog, podczas którego publiczność jest odpytywana z treści "Procesu", a aktorzy przedstawiają siebie nawzajem: jeden z nich będzie Józefem K. (Marek Kościółek), drugi (Jakub Kornacki) będzie kreował kilku drugoplanowych postaci.

Ewa Ignaczak osadza powieść poza konkretnym czasem i miejscem. Nie inkrustuje adaptacji bezpośrednimi nawiązaniami do współczesności (których nie obawiał się Krystian Lupa w warszawskiej inscenizacji z 2017 roku), lecz i bez tego niektóre tematy stanowią odbicie znajomej rzeczywistości. Pobrzmiewa echo procesu jako alegorii totalitaryzmu, zbiurokratyzowanego społeczeństwa, skorumpowanego prawa oraz konformistycznych urzędników. Powieść Kafki interpretowana jest zgodnie z tezą psychoanalityka Ericha Fromma, który uważał, że problem tkwi w osobowości i moralności Józefa - jego nieumiejętności wzięcia odpowiedzialności za własne życie.

Kategoria tajemniczego sądu, przed którego oblicze Józef K. zostaje postawiony, rozciąga się na wszystkie drugoplanowe postaci ( funkcjonariusza sądu, panią Grubach, woźnego sądu, wuja Karola, adwokata, Leni, kapelana więziennego). Kameralna obsada pozwala mocniej wybrzmieć kontrastowi: Józef K. niezmiennie grany przez Kościółka kontra nieustannie multiplikujący się bohater Kornackiego (niekiedy wypowiadający też partie wszechwiedzącego narratora). Nieproduktywność głównego bohatera jest zderzana z nawoływaniem go do działania przez inne postaci - jak choćby w jednej z pierwszych scen, gdy urzędnik niskiego rzędu sugeruje Józefowi: wysil się trochę, zapytaj skąd się tu wziąłem. Sugestywna zmiana tytułu inscenizacji wskazuje na nieustanne poddawanie Józefa rozmaitym próbom. Z drugiej strony - nieliczne sceny, w których aktorzy niejako prywatnie komentując akcję, pozwalają odczytywać tytułowe "próby" w metateatralnym kontekście.

Ascetyczna scenografia i sposób jej ogrania wzmacniają poczucie impasu, w którym tkwi Józef K. Rekwizyty na kółkach zyskały mobilność, co pozwala mocniej wybrzmieć patowej sytuacji głównego bohatera. Choć wszystko wokół pędzi i wiruje, on nie nadąża - zawsze jest za wolny, o krok w tyle, proces, którego prawa i procedury nie są mu znane, jest poza jego zasięgiem. "Mieć taki proces, to znaczy już go przegrać". Skromne łóżko nie tylko staje się materialnym znakiem aresztowania (przypomina sfatygowaną, więzienną prycz), ale też nie kojarzy się z intymnym azylem, który powinna gwarantować domowa sypialnia. Podczas wyboru ubrania prawa strona jest zamieniana z lewą, a nieustannie wywracany sypialniany mebel podkreśla zachwianie dotychczasowego porządku i niemożność odnalezienia stałego oparcia. Szpary pomiędzy deskami łóżka umożliwiają ciągłą inwigilację, która wzmacnia poczucie klaustrofobii oraz brak możliwości ucieczki. Krajobrazem odludnym malarza Titorellego pozostaje wideo ukazujące wyjałowioną ziemię i obumarłą brzozę. Wyświetlane na tle rzędu białych koszul, więc gdy Józef K. decyduje się zabrać wszystkie malunki, nakłada na siebie stosy ubrań wiszących na wieszakach, tworząc w ten sposób kostium przypominający kaftan bezpieczeństwa, określający sytuację człowieka na granicy obłędu.

Wyzwalające okazało się odrzucenie tradycji grania Józefa K. jako człowieka bezradnego i bezsilnego. Ciekawe przełamanie wniósł już Krystian Lupa, który w monumentalnej inscenizacji skonfrontował K. z jego alter-ego - samym Kafką, rozdzielając role na dwóch aktorów (Andrzeja Kłaka i Marcina Pempusia). Ewa Ignaczak z kolei chciała oddać na scenie dwudzielność wpisaną w naturę Józefa K. Bohater Marka Kościółka jest przekonany o własnej niewinności, lecz z drugiej strony - ekspresywnie buntuje się wobec rozgrywanego wokół niego procesu, złości się nań, wreszcie ulega atmosferze strachu. Próbuje działać, organizować pomoc prawnika i kobiet mających związki z sądem, jednak jego trud pozostaje bezskuteczny. Stopniowo staje się coraz bardziej bezradny wobec procesu pozostającego poza jego kontrolą. Dystans ustępujący miejsca zaangażowaniu, a potem bezradności uniemożliwia mu dostrzeżenie, że jest sam sobie przeciwnikiem, zmarnotrawił swoje życie i nie potrafił się zmienić. Dlatego w jednej ze scen K. nie dokonuje autorefleksji, lecz - już jako skompromitowany w oczach sąsiadów i rodziny - nie bojąc się obcesowego języka, wyrzuca oskarżenia w kierunku publiczności; w innej z kolei, łamiąc oddalenie, oczekuje od niej pomocy.

Nakreślony na początku spektaklu dystans służy Jakubowi Kornackiemu, na naszych oczach przeobraża się w kolejne osoby. Nie sili na zachowanie realności, stroni też od parodii, stawia na zabawę i ekspansywność. Zwłaszcza że metamorfozom nie towarzyszy zmiana kostiumu czy charakteryzacji - pozostaje mu odnaleźć charakterystyczność każdej z postaci i ogrywać jedynie szalik. Nie brakuje mu inwencji: Leni ukrywa pod szalikiem usterkę fizyczną; dla woźnego rekwizyt ten staje się rodzajem a to zapaski, a to tałesu, gdy nuci na żydowską modłę; wuj składa szalik w drobną kostkę niczym wprawna gospodyni, a w obliczu grożącej rodzinie kompromitacji gest zyskuje wrażenie nerwicy natręctw; z kolei sędzia traktuje szalik niczym pelerynę torreadora, który zapędza rozjuszonego byka do klatki.

Ascetyczna inscenizacja oraz kameralna obsada nie sprawiają, że spektakl jest monotonny. Wręcz przeciwnie - zachowuje dużą dynamikę, w czym duża zasługa aktorów intrygująco poprowadzonych przez Ignaczak. Nieustannie wchodzą w energetyczne, słowne pojedynki, wymagające (także kondycyjnie) działania. Dramaturgię dopełnia ciekawe, surowe światło Marzeny Chojnowskiej, pomysłowa i interesująca plastycznie scenografia (z wpisaną symboliką nici czy jabłka) oraz muzyka (z wyrazistą sekcją smyczków i kontrabasu, przypominająca klezmerskie melodie). Szkoda jedynie, że przedstawienie jest tak rzadko grane, szansę na jego obejrzenie mają nieliczni - tym bardziej warto śledzić repertuar Teatru Gdynia Główna i korzystać z okazji!

---

Wiktoria Formella - absolwentka teatrologii o specjalności dramaturgiczno-krytycznej oraz zarządzania kulturą na Uniwersytecie Gdańskim. Publikowała w "Kwartalniku Artystycznym Bliza" oraz "Fragile. Piśmie Kulturalnym".

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego