powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Delectatio morosa

"Matka Joanna od Aniołów" wg Jarosława Iwaszkiewicza w reż. Jana Klaty w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Maciej Stroiński.

Już dwa razy pisałem o "Matce Joannie" Klaty, a wygląda na to, że wątek się nie wyczerpał, mam jeszcze coś do dodania po kolejnym obejrzeniu. Może recenzje z tego przedstawienia zacznę numerować jak Wajda swoje "Hamlety"?

Po pierwsze, BYŁA TEMIDA, a proszę pamiętać, że spektakl jest grany w Nowym Teatrze w Warszawie. Widać z niej zdjęto słynny zakaz stadionowy, nie ma bana na Temidę, posadzoną przy mnie, na miejscach pour invitées. No to teraz się dowiemy, czy przedstawienie jest raczej bluźniercze, czy raczej polakożercze, bo w "Naszym Dzienniku" są tylko dwie opcje, czyli i tak więcej niż w pewnej szkole myślenia, która ma na Klatę i na wszystko inne jedną jedyną rozkminę, mianowicie "przemocowość".

Po drugie - było spokojniej, bez tych premierowych śmieszków, bez warszawkowego rżyska. Branża już była, zaznaczyła, że już była, co czyni tym głupim rżeniem; spektakle niepremierowe są mniej lansogenne i można nareszcie obejrzeć w spokoju.

Coś do mnie dotarło na drugim oglądzie. Klaton strollował stolicę, zmusił do Modlitwy Pańskiej jak Suryn matkę Joannę. Pięknie rozegrał ich fajność na pokaz. Ludzie na pewnym poziomie postmetaironii chętnie się pomodlą na sposób kampowy. Skoro przebywają na imprezie u Warlika, to się mogą nawet modlić! Kiedyś Wiktor Loga namawiał do tego widzów: "Zróbmy hałas dla Chrystusa!" ("Być jak Steve Jobs", reżyseria Liber).

Jednym z tematów spektaklu i opowiadania jest upodobanie w bólu, chęć bycia ofiarą, duma z cierpienia albo "zysk z choroby", jak to nazwał Freud - delectatio morosa, jak to nazywa łacina. "Sprawia mi radość to opętanie, dumna jestem, że mnie właśnie ten los spotkał, i znajduję pewne zadowolenie, że mnie bardziej demony męczą niż kogo innego" (Iwaszkiewicz, "Matka Joanna od Aniołów"). Niektórzy, jak widać, lubią mieć niefajnie. Złe im dobrze robi. Wzmacnia ich, co ich zabija - niszczy ich, co ich buduje. Quod me nutrit, me destruit (słynne tatoo Angeliny).

Ostatnie słowa spektaklu: "W stajni krew pachnie". Mam przypis do tego zdania. Poddałem się ostatnio hirudoterapii, bo w tym sezonie liczy się wyłącznie medycyna tradycyjna, i co mogę powiedzieć, to że zapach ściętej krwi gorszy jest niż odór zepsutego mięsa. O tym, że krew "pachnie", było tylko w słowach, a w sali naprawdę pachnie perfumą księdza Suryna i dymem ze skręta. Zrobię kiedyś habilitację z tematu "Szałwia w teatrze", a tymczasem przewiduję nową fuchę teatralną: dramaturg zapachu, lecz żeby więcej zarobić, nazwałbym się raczej "reżyser zapachu". Skoro istnieje coś takiego jak "dramaturg tańca"...

Tak jak "Trojanki", "Matka Joanna" zawiera postspektakl, ma ogon po brawach.