powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Genialna sztuka i genialne przedstawienie

"Kuchnia Caroline" Torbena Bettsa w reż. Jarosława Tumidajskiego w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Witold Sadowy.

W styczniu b.r. zacząłem drugą setkę. Moje ciało nie wygląda już tak, jak wyglądało jeszcze rok temu. Choć wszyscy mówią, że nie wyglądam na swoje lata. Oglądałem film z mojego Jubileuszu i widzę, że jestem stary, ale wciąż młody duchem. Oglądam prawie wszystko, co grają w teatrach i Operze Narodowej. Większości nie akceptuję. Głównym sprawcą operowych nieporozumień jest Mariusz Treliński. Dużo reżyseruje gościnnie za granicą. Należy do międzynarodowych "geniuszy". W teatrach dramatycznych "geniuszami" są Krzysztof Warlikowski, Grzegorz Jarzyna, Maja Kleczewska i jeszcze Michał Zadara i Radosław Rychcik.

Był niedawno u mnie Tomek Mościcki, mój przyjaciel teatrolog. Uczeń profesora Zbigniewa Raszewskiego. Powiedział, że muszę zobaczyć koniecznie "Kuchnię Caroline". Poszedłem i oniemiałem z zachwytu. Nie umiem określić tego, co zobaczyłem. Nie wiem, czy to jest teatr? Aktorzy genialni. Nie wiem i nie rozumiem, w jaki sposób to zrobili. Gdyby nie otaczająca mnie publiczność, nie wiedziałbym, że jestem w teatrze. "Kuchnię Caroline" napisał znakomity angielski autor, obserwator dzisiejszego, ginącego świata, Torben Betts. Przetłumaczyła na polski Małgorzata Semil. Reżyserował i opracował muzycznie Jarosław Tumidajski. Naturalistyczną scenografię i kostiumy zaprojektowali Marcel Sławiński i Katarzyna Sobańska. Oświetliła scenę Katarzyna Łuszczyk. Caroline jest Monika Krzywkowska, Amandą-Vanessa Aleksander, Graemem - Szymon Mysłakowski, Leo -Konrad Szymański, Mike - Andrzej Zieliński i jako Sally wystąpiła Katarzyna Dąbrowska. Wszyscy są genialni. Są to żywi ludzie. Powtarzam to po raz kolejny. Proszę mi wierzyć, że nie jestem egzaltowany. Jestem najnormalniejszym facetem. Widziałem mnóstwo przedstawień. Na scenie także, zamiast za kulisami, pojawia się cała fenomenalna ekipa techniczna Teatru Współczesnego. Po opadnięciu kurtyny rozległy się huraganowe brawa. Zachwycony podniosłem się z trudem z krzesła i jak oszalały, na stojąco, biłem brawa. Widząc, że publiczność nie wstaje, powiedziałem głośno, że mają się podnieść. Część z nich się podniosła. Reszta siedziała i długo klaskała. Po kilku kurtynach i ukłonach artyści zeszli ze sceny. Poszedłem za kulisy ucałować Kasię Dąbrowską, wychowankę Zosi Kucównej. Jest cudowna, pełna uroku i bezpośrednia. Gratulowałem jej. Inni artyści się szybko ulotnili. Nie mogłem im pogratulować. Ale widzieli mnie ze sceny i uśmiechali się do mnie. Kasia przedstawiła mi reżysera. Obserwowałem bacznie jego twarz. Słuchał z zainteresowaniem tego, co mówiłem. Jest młody i skromny. Tego wieczoru nie zapomnę do końca życia.