powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Apetyt

Rzeczywiście często wśród tych, którzy chodzą do teatru "z racji stanowiska zajmowanego w życiu społecznym" pojawia się rozczarowanie lub zmęczenie tym, co oglądają. Sam zresztą często się na tym łapię - pisze Jarosław Cymerman w kolejnym felietonie z cyklu "Zbiegowisko", w którym przypomina myśli Zbigniewa Raszewskiego.

"Pamiętam dobrze ten wieczór w domu wypoczynkowym profesorów, gdy patrzyliśmy na angielski film kryminalny wyświetlany w telewizji, a pokojowa siedząca z nami zawołała do aktorki na ekranie - "Ty głupia, nie otwieraj, on cię jeszcze zabije". (Nawiasem mówiąc rzeczywiście zabił.) Historia teatru zna wiele wypadków tego rodzaju i zwykle mają one podobną wymowę: poświadczają istnienie widowni nie bardzo wyrafinowanej, za to chętnej, niepozbawionej jeszcze apetytu. (...) Widzowie krytyczni lub tacy, którzy z jakichś przyczyn - często z racji stanowiska zajmowanego w życiu społecznym - uważają, że powinni się zachowywać, jak widzom krytycznym przystało, wstydzą się takich odruchów. Czy nie sądzi Pani jednak, że skrycie o nich marzą? Cokolwiek mówią, gdy ich o to zagadnąć. Zdaję sobie sprawę z tego, że wkraczamy tu na niepewny grunt".

Ta opisana przez Raszewskiego w "Teatrze w świecie widowisk" scenka (i komentarz do niej) wydaje się być na pierwszy rzut oka ilustracją znanego twierdzenia sofisty Gorgiasza, według którego w teatrze mądrzejszy jest ten, kto się oszukać pozwala, a nie ten, który szuka w nim prawdy. Zdanie to oczywiście otwiera cały szereg pytań o naturę prawdy w teatrze - ten jednak temat pozostawię na boku. Autor "Krótkiej historii teatru polskiego" zwraca tu bowiem uwagę także na nieco inne sprawy. W przywołanej sytuacji zestawieni zostali ze sobą goście domu wypoczynkowego i "pokojowa". Ci pierwsi (w domyśle) stanowić mają przykład widowni "wyrafinowanej", "krytycznej", druga natomiast publiczności "nie bardzo wyrafinowanej", za to "niepozbawionej apetytu". Smaczku dodaje fakt, że obie strony zgodnie oglądają nie jakieś ambitne dzieło, ale przeznaczony dla szerokiego odbiorcy kryminał.

Analizując tę anegdotyczną sytuację Raszewski wkracza na "niepewny grunt" przypuszczeń, że bez względu na nasze kompetencje poznawcze i zaplecze intelektualne lubimy wierzyć w prawdę widowiskowej iluzji (albo co najmniej skrycie marzymy o tym), innymi słowy, chętnie dajemy się przy tej okazji oszukiwać. Trudno się oprzeć wrażeniu, że marzenie to coraz trudniej w teatrze spełnić. Owszem - chętnie i namiętnie dajemy się masowo oszukiwać filmom, serialom czy grom, podczas gdy na scenie jeszcze tylko czasem i z rzadka w najbardziej technicznie zaawansowanych widowiskach - w tak zwanym teatrze dramatycznym niemal w ogóle. Być może także dlatego, że tracimy wrażliwość na słowo i jest ono wypierane przez "nigdy niekończące się gadu-gadu i migu-migu, które można porównać do tekturowej kiełbasy bez końca", jak pisał przed laty Sławomir Mrożek.

Skoro o kiełbasie mowa - Raszewski zdaje się przypisywać (na zasadzie przeciwstawienia) owej "wyrafinowanej" publiczności brak realnego apetytu na teatr. Rzeczywiście często wśród tych, którzy chodzą do teatru "z racji stanowiska zajmowanego w życiu społecznym" pojawia się rozczarowanie lub zmęczenie tym, co oglądają. Sam zresztą często się na tym łapię. Nie wiem czemu przypomina mi się wtedy spektakl Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach z tamtejszego Teatru Miejskiego, który wygrał zeszłoroczną edycję Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Danie teatralnie atrakcyjne, lekko pikantne, może nieco zbyt obfite (bite ponad 3 i pół godziny), z którego wyszedłem przejedzony i zadowolony, jak po typowo polskim obiedzie. Tak, wiem, że teatr to nie rosół, schabowy i sałatka wielowarzywna, że zdaniem wielu powinien dostarczać innych treści i wzruszeń, że są ważniejsze i pilniejsze sprawy do podjęcia niż sensacyjne ucieczki czy urokliwe piosenki z lat 70-tych i 80-tych. A jednak to wieczór z sympatycznym gangsterem zaliczyłbym do najciekawszych teatralnych wspomnień minionego roku. I tak oto niepostrzeżenie wróciłem do kryminalnej historii i zafascynowanej nią bez reszty pokojowej z domu wypoczynkowego profesorów.