powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Mockowanie incognito

"Mock. Czarna burleska" w reż. Konrada Imieli w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Pisze Michał Mizera, członek Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Teatr Capitol z okazji dziewięćdziesięciolecia swego istnienia postanowił opowiedzieć o sobie. Symptomatyczny to jubileusz, nawiązujący nie do dziejów instytucjonalnych (czyli do Operetki Dolnośląskiej założonej w połowie lat pięćdziesiątych), a do 1929 roku, kiedy w ówczesnym Breslau otwarto kinoteatr Capitol. Wrocław, po dekadach udawania, że nic się nie stało i jest tu od zawsze, zaczyna rozumieć, że wiatry historii wieją, nie pytając mieszkańców o zgodę, siłę i kierunek. Zaczyna rozumieć i wyciągać z tego korzystne dla siebie i swojej przyszłości wnioski. To, czego nie sposób wymazać, należy przekuć w wartość. Świetnie to nawiązywanie kontaktu z przedwojenną historią miasta oddaje scenografia Anny Haudek, inspirowana estetyką lat dwudziestych i trzydziestych, zwłaszcza Bauhausem, z pracami Oskara Schlemmera na czele (między innymi fotografie z jego maskami - nieprzypadkowo maskami - zostały użyte w znakomitych projekcjach Agaty Bartos, Piotra Bartosa i Łukasza Gawrońskiego). Wszystko to w oryginalnych przestrzeniach Teatru Capitol w geometrycznym stylu art deco - to zestawienie robi naprawdę piorunujące wrażenie, myślę, że docenią je nie tylko koneserzy vratislavianów.

Doskonale zdaje sobie z tego sprawę pewien wrocławski pisarz, jeden z najbardziej poczytnych autorów, na którego coroczne powieści czekają rzesze wielbicieli. To Marek Krajewski, autor kryminalnych bestsellerów, wymyślił bohatera idealnego na wrocławskie afisze. Eberhard Mock. To jemu poświęcone są kolejne tomy przygód niestrudzonego strażnika sprawiedliwości, polującego na zbrodniarzy, morderców i zwyrodnialców. Tego, który próbuje wyjechać z Breslau (i obiecuje to kolejnym kobietom), jak tylko "skończy sprawę". Tyle że za chwilę pojawia się kolejna zbrodnia i kolejne śledztwo. Nie sposób wyrwać się z tej klatki, jaką jest wrocławski półświatek i jego przerażające ludzkie panopticum.

Sam pomysł wyboru powieści Krajewskiego do adaptacji na musicalową scenę, by uczcić ten polsko-niemiecki, a właściwie niemiecko-polski jubileusz, był więc tyleż genialny, co oczywisty. Przeniesienie jednak skomplikowanej i precyzyjnie pomyślanej tkanki wybranej powieści Krajewskiego wprost na musicalową scenę jest jednak zadaniem karkołomnym. Wymagałoby uproszczeń, skrótów, redukcji tła i postaci - słowem: zabiegów zabójczych dla kryminalnego misterium. Nie, nie będziemy z wypiekami na twarzy śledzić akcji przedstawienia, bo spektakl nie ma akcji w konwencjonalnym rozumieniu kryminału. Nie, nie dowiemy się, kto zabił, bo nie o to chodzi tego wieczoru. Poznamy za to człowieka, który to i inne tak zwane Wielkie Pytania stawia sobie i światu, mocując (mockując!) się sam ze sobą: ze swoimi ograniczeniami, potrzebami, pragnieniami i obsesjami. Ecce homo! Człowiek, jego natura i kondycja, są tematem tego głęboko egzystencjalnego - mimo musicalowej formy - przedstawienia. Człowiek, ukryty pod zmienianymi w każdej scenie maskami, spod których nie sposób dojrzeć jego prawdziwej twarzy. Maski te nie tylko maskują blizny po oparzeniu z bohaterskiej akcji Mocka podczas pożaru w Dreźnie. Skrywają prawdę o człowieku. Nie zawsze chcemy ją poznać.

"Mock" to ostatnia praca Romana Kołakowskiego, zaproszonego przez Konrada Imielę do napisania dziesięciu kluczowych songów przedstawienia. Zdążył zaledwie połowę. Jego przedwczesne odejście pozostawiło niezastąpioną pustkę w pejzażu polskiej piosenki, ale także w artystycznym pejzażu Wrocławia. A "Mock" pokazuje, że odszedł w apogeum sił twórczych, z dojrzałą świadomością artysty o losie i życiu człowieka. To pozateatralne zdarzenie odbiło swoją ciemną pieczęć Persefony na tym przedstawieniu, pogłębiło jego formę i przekaz, zaciążyło na teatralnym klimacie wieczoru. Stało się epitafium tego wybitnego twórcy. Więcej mówiącym niż konwencjonalne cmentarne napisy na nagrobkach.

Niech nas bowiem nie zwiedzie burleskowa forma, zapowiedziana już w tytule i następnie błyskotliwie podjęta na scenie przez zespół realizatorów. Owszem, są elementy parodii konwencji muzycznych: operowych i operetkowych - więc jest i to, co konstytuowało burleskę, kiedy zdobywała kolejne przytułki teatralnego show biznesu ponad sto lat temu. Ba, są nawet elementy parodii musicalu, co świadczy o dużym poczuciu humoru Konrada Imieli, autora i reżysera przedstawienia, a zarazem dyrektora sceny musicalowej Jest więc i przyciągający, buchający ze sceny erotyzm, wydobyty zwłaszcza w świetnej choreografii Jacka Gębury i bardzo atrakcyjnych, oryginalnych kostiumach Anny Chadaj (ile w nich świetnych rozwiązań w klimacie noir, ile gry z tradycją i współczesnością!). Są i kuse stroje, i pióra, i schody. Są prostytutki, pijacy, menele i zwyrodnialcy. Te pierwsze pełnią funkcję chóru, wprowadzającego nas do kolejnych scen i komentujących postawę i problemy głównego bohatera (wrocławskie prostytutki uwielbiały powieściowego Mocka), zarazem łamiącego iluzję sceniczną i granice teatralnej rampy (wędrówki po teatrze i widowni, nawiązywanie bezpośredniego kontaktu z publicznością). Ów kurewski chór pochodzi tyleż sprzed dziewięćdziesięciu lat, co ze współczesności. Nie pozwala nam zapomnieć, że problemy, z którymi mierzy się Mock, są ponadczasowe. Są i nasze.

Ale jest to przecież, jak głosi podtytuł, czarna burleska. Burleska noir. Czarna, czyli ciemna. Czarna, czyli mroczna. Czarna, czyli z i w otchłani. Tą otchłanią są kolejne obsesje Mocka, budujące tematy następujących po sobie piosenek-scen. Władza, niecierpliwość, kariera, nałogi, kobiety, chęć posiadania syna Kreujący Mocka Artur Caturian znika jakby pod granymi przez siebie tematami, nie gwiazdorzy, nie zagrywa się, jakby przystało na tytułowego bohatera musicalu. Jakby chciał się schować przed ludźmi, przed widownią, przed nami. W tym sensie to bardzo konsekwentna, antymusicalowa kreacja, a przejmująca i chwytająca za serce. Choć trzeba przyznać, że bywają momenty, kiedy uwagę widowni kradną inne postaci i aktorzy, z Tomaszem Wysockim grającym gościnnie postać Kurta Smolorza mockującego (sic!) się z alkoholem w miłosno-nienawistnym związku bez teraźniejszości, za to z wyraźnie rysującą się przyszłością. Czy upiorno-demoniczna, nieszczęśliwa Sophie Mock w kreacji Ewy Szlempo-Kryszyńskiej.

Kluczową sceną przedstawienia staje się scena, która rozgrywa się w Teatrze Capitol. Oto zasiadamy naprzeciwko siebie: sceniczna widownia z lat trzydziestych i realna wrocławska publiczność AD 2019. Przeglądamy się w sobie poprzez Mocka i ściganego przez niego anonimowego zbrodniarza. Mock czuje na karku jego oddech i bliską obecność. Śledzący staje się śledzonym. Uchwytne w dzień - nieuchwytnym w nocy. "Siedzę obok pana, siedzimy w kinie Capitol. Kino ma to do siebie, że siedzimy incognito" - sączy jak mantrę ścigany ścigającemu. W tym odwróceniu porządków, tak charakterystycznym dla teatru, tak istotowym dla życia mafijnego półświatka, kryje się karnawałowa moc tego przedstawienia. Czy tak wygląda nocne, podziemne, alternatywne, mafijno-przestępcze życie Wrocławia dzisiaj? Pojęcia nie mam. Ale z pewnością istnieje. My, przyzwoici, poprawni i zasadniczy, trzymamy się od niego z daleka. Uciekamy tym samym od myśli, że w lustrze tym przegląda się ciemna strona także naszej natury.

Nie byłoby tego przedstawienia i jego sukcesu, artystycznego i frekwencyjnego, gdyby nie porywająca muzyka Grzegorza Rdzaka (dwudziestotrzylatka!). Po-ry-wa-ją-ca! Kongenialna: oddaje klimat czasów, świetne żongluje różnych gatunkami, balansuje między tonem buffo a mrocznym tonem serio, bywa prawdziwym wirtuozerskim wyzwaniem dla wykonawców, a przy tym wszystkim (jak to się udało?) wpada w ucho. Czyli ma wszystko, co decyduje o sukcesie musicalu. Jeśli wychodzimy z teatru mimowolnie nucąc finałowy song, to znaczy, że wszystko w musicalu działa, jak należy. Muzyka i poszczególne piosenki, wracają potem obsesyjnie (wszak to słowo-klucz!), nie sposób się od nich uwolnić. I od ostatnich słów Mocka także. "Znam wasze tajemnice i wszystko o was wiem/ Każdego znajdę, spod ziemi wygrzebię/ dajcie mi detektywa który wytropi mnie/ każdego umiem znaleźć prócz siebie". Kiedy piszę te słowa, wciąż w teatralnym sklepiku nie ma płyty z muzyką Rdzaka (ma się ukazać dopiero pod koniec lutego). Jak żyć? Jak żyć, panie Mock?

Mimo widowiskowej wystawy pełnej rozmachu, feerii barw, fantastycznej muzyki, którą nuci się, wychodząc z teatru, mimo dużej dawki humoru i radości życia, pomimo tego wszystkiego nad "Mockiem" ciąży mroczna, egzystencjalna, duszna atmosfera. Ta sama, która przeziera z powieści Chandlera i Conan Doyle'a, filmów gangsterskich i sensacyjnych, seriali policyjnych i detektywistycznych. Ci, którzy szukają i znajdują odpowiedz na jedno z najstarszych pytań ludzkości "Kto zabił?", docierają, chcąc nie chcąc, do jednej z najbardziej straszliwych prawd o człowieku. Straszliwych, bo niezmiennych. Mockowanie się ze sobą - oto wyzwanie rzucone przez Mocka widzom.

Tyle wiemy o człowieku, a wciąż sami dla siebie jesteśmy incognito.

MOCK. CZARNA BURLESKA na motywach powieści Marka Krajewskiego. Scenariusz i reżyseria: Konrad Imiela, teksty piosenek: Roman Kołakowski i Konrad Imiela, muzyka: Grzegorz Rdzak, kierownictwo muzyczne: Grzegorz Rdzak, Adam Skrzypek, scenografia: Anna Haudek, kostiumy: Anna Chadaj, choreografia: Jacek Gębura, wizualizacje: Agata Bartos, Piotr Bartos, Łukasz Gawroński, reżyseria światła: Tadeusz Trylski. Prapremiera w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu 12 października 2019.