powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Pani eŚ na zakręcie

"Kto się boi Pani Eś" Marty Guśniowskiej w reż. Punch Mamy w Zdrojowym Teatrze Animacji w Jeleniej Górze. Pisze Andrzej Lis, członek Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Scenograf Pavel Hubička zaprojektował przedstawienie tak: kiedy odsłania się kurtyna Zdrojowego Teatru Animacji w Cieplicach i rozświetla się scena, na horyzoncie zaczyna majaczyć piaszczysty pejzaż prerii ze sterczącymi żwawo kaktusami przypominający krajobraz Meksyku. Po chwili, kiedy bardziej się rozjaśni, można zauważyć majaczące w półmroku wielkie pudło, a może jakiś niekształtny dom albo namiot, który po chwili okazuje się wielką walizką. Podnosi się szare wieko zajmującej pół sceny walizki, niczym zakurzony dach dość dziwnego domostwa, ukazując jego dziwne, piaszczyste wnętrze. Podobne ni to do przydrożnego zajazdu, ni do wnętrza namiotu, a może to magiczna brama do wszechświata?

Wiele się tu działo, wiele się dziać będzie. Okazuje się, że od co najmniej stu tysięcy lat, w tym pomieszczeniu, zamieszkuje Śmierć. Dojrzała, energiczna i atrakcyjna, grana bardzo wyraziście i lirycznie przez Lidię Lisowicz. Ubrana nad wyraz charakterystycznie: w strój meksykański typowy dla Dia De Los Muertes, z fantazyjnym sombrero na głowie. Na brak pracy nie narzeka. Na brak zrozumienia i owszem, narzeka. Że takie są czasy, iż nikt na nią nie czeka. Że budzi strach, lęk i rozmaite nieprzyjemne odczucia. Jakby jej robota kiedyś bardziej była znana, może nawet akceptowana, dziś traktowana jest jak jakaś przykrość. A przecież chce zabierać ze sobą w zaświaty, jak na wycieczkę! "Bo ja się właśnie muszę ocieplić" - mówi o sobie w sztuce Marty Guśniowskiej. - To znaczy wizerunek swój muszę ocieplić. Po co? Bóg jeden wie! (na stronie) Ale nie powie! Zawsze się domyślaj... Bo coś tam wyszło, że niby Ludzie się mnie boją I to niby niedobrze jest... Więc się muszę ocieplić żeby się nie bali".

To, że Śmierć od zawsze odgrywała w życiu dominującą rolę, wydaje się dość normalne. Wiemy to od duchownych i filozofów, od wyznawców różnych religii, Od artystów reprezentujących wszystkie rodzaje i gatunki sztuki. Myśli o tym każdy zaczynający bądź kończący swoje życie. Ale czy ktoś myślał tak jakby wczuwając się w jej rolę? Dla Śmierci, także tej od Guśniowskiej, najważniejsi są zawsze żyjący, bo dzięki nim ma systematyczne zajęcie. W przypadku Pani eŚ stałość pracy jest bardzo ważna. Ma bowiem na utrzymaniu jedynego, dorastającego syna Kostka (Sylwester Kuper), który już bardzo chce opuścić dom. Ma duże, okrągłe, czarne oczy, o których mama Śmierć mówi, że nie potrafi im się oprzeć. Rozgląda się tymi wyjątkowymi oczami się wokół niczym uważna i pilna surykatka na straży stada i czeka na to, aby mamusia pozwoliła mu wyjść z domu. Mamusia musi przemyśleć swoje ocieplenie wizerunku i trochę odpocząć. Niezbyt dobrze jej się ostatnio wiodło w zawodzie. Zabrała wprawdzie ze sobą jedną Kurę, która nie bardzo dobrze się czuła, być może miała ptasią grypę. Ale ani Babcia, ani tym bardziej Dziadek ani myśleli, aby za nią pójść. Została perfidnie wykiwana - w jednej z najzabawniejszych scen spektaklu - przez rodzinę cyrkową, która wpędziła ja do zastawionej wcześniej pułapki. Nadarza się dobra okazja, by posłać synka Kostusia do żywych. Może poradzić sobie lepiej. Może coś ulepszy, odnowi, a ją samą "ociepli".

A naokoło tętni kolorowe, atrakcyjne, pełne rytmów, melodii i kolorów życie. Punch Mama (Laura Słabińska) zainscenizowała sceniczny świat trochę na podobieństwo pamiętnego filmu "El Mariachi" Roberta Rodrigueza. Nikt nie chodzi wprawdzie z futerałem skrywającym broń, ale w przedstawieniu jest armata, z której Dziadek wystrzeliwuje czasem Konia udającego Słonia, aby ten przelatując nad miastem zapraszał głośno do cyrku. Poza tym jest bardzo karnawałowo. Prawie wszyscy grają w tym spektaklu na jakichś instrumentach. Na gitarach, na instrumentach szarpanych, na perkusji, od czasu do czasu rozlega się dramatycznie rozpaczliwy głos trąbki, używanej bardziej emocjonalnie niż profesjonalnie. Autor muzyki Tomasz Lewandowski skrzętnie, ale i udanie zagospodarował dźwięk w całym przedstawieniu. Jakbyśmy byli w środku meksykańskiego karnawału.

A na scenie, jak to u Guśniowskiej, ludzie i zwierzęta w jednej, wspólnej rodzinie. Gadają wspólnym językiem, kłócą się używając podobnych argumentów, dowcipkują, mają wspólnie poczucie humoru. I ciągła przebieranka, woltyżerka, sztuczki. Choć na przykład Dziadek z Cyrku już nie taki zaskakujący. Żonglowanie jabłkami już mu nie wychodzi. Podjadają mu jabłka. Koń, który czasem udaje Słonia ma kłopoty z przyklejaniem trąby. I nawet super klej nie pomaga. Pudel coraz mniej chętnie udaje owcę. Albo odwrotnie. Słowem świat trochę się popsuł. Jest taki jak w "La Stradzie" Federico Felliniego. Żart przez łzy. W tej jarmarcznej poetyce spektaklu wybacza się więcej niedoskonałości artystycznych środków, a owa niedoskonałość stanowi czasem, jak w tym przypadku, dodatkowe źródło wzruszeń.

Na pewno nikomu w głowie nie świta w takim jarmarcznym świecie, aby iść na spotkanie z Panią eŚ. Z drugiej strony, nie sposób odmówić racji Kostkowi, który się martwi o Mamusię, że zarobi się na śmierć. I aż rwie się na ziemię do żywych, aby Mamie pomóc. W pierwszej kolejności ma w zaświaty zabrać Dziadka z Cyrku, a potem dalej z listy. Ale to wcale nie będzie proste. Dziadek niejednego już zwiódł. Miejscowe diabły też bezskutecznie próbowały go złapać. Misja Kostka najbardziej się komplikuje, a właściwie całkowicie odmienia, kiedy na swojej drodze spotyka Maleńką. No i stało się! Kostek się zakochał, a do tego jeszcze dowiedział się, że Maleńka jest jedyną wnuczką Dziadka. Nie mógł wziąć Dziadka, bo wtedy wnuczka zostałaby całkiem sama. "I innych też wypuściłem - bo skąd mogłem wiedzieć, czy po nich też ktoś nie został całkiem sam" Kostek ogłasza nowe zasady: "Żadnego zabierania w zaświaty!" I Mama Śmierć niespodziewanie je akceptuje. "No dobrze - niech będzie - spróbujemy po Twojemu - od dziś żadnego umierania", "Chcą żyć - niech sobie żyją", powiedziała.

Na świecie zrobiło się szaro i łyso. Krowom i kozom zwiędły i powysychały rogi. Zaroiło się od much. Trawa całkowicie wyjedzona, no to zrobiło się głodno i nudno. W wiosce Baba chciała już nawet Kostkowi w łapę dać, by zabrał Chłopa, z którym już nie da się wytrzymać. I wtedy Kostek zobaczył, że życie bez umierania przeistacza się w coraz większy koszmar, że wszyscy jakby poumierali żyjąc. Nawet Maleńka opiekująca się Dziadkiem. Zrozumiał, że pewnie Mama miała rację. "Ale młodzi zawsze wiedzą lepiej - co tam stary porządek? Od dziś nie umieramy - bo życie jest piękne, a Śmierć jest zła! (spokojnie) A ja naprawdę nie jestem taka zła Ja jestem jak jak Biuro Podróży, które zabiera cię na wakacje twojego życia! No, może nie życia Ale jest all inclusive! Aż nie chce się wracać, no i... nikt nie wraca Jest im tam dobrze"

Motyw śmierci, umierania, moment przechodzenia z życia, przez śmierć do nowej rzeczywistości to jeden z głównych wątków w dramatopisarstwie Marty Guśniowskiej. Pamiętamy jej "Pod-Grzybka" (2009), w którym Młody Lis wędrował po niebie w poszukiwaniu ukochanego Dziadka, który właśnie odszedł w zaświaty. Pamiętamy z "Lisa"(2010), jej pierwszej sztuki dla dorosłych, jak tytułowy bohater pewnego razu obudził się i ze zdumieniem stwierdził, że ktoś wyjadł mu cały środek. Jest pusty, umarł chyba i nie wie, jak to się stało. Pamiętamy jedną z najlepszych jej sztuk "Onego" (2013), w której bohater wyrusza w oniryczną podróż w poszukiwaniu nieobecnego ojca i na tych poszukiwaniach upływa mu całe życie. Pamiętamy "Smacznego, proszę wilka" (2017), w którym to mały osierocony zajączek trafia do chaty starego, zgorzkniałego wilka, który właśnie żegnał się z życiem.

Łatwość z jaką Marta Guśniowska przechodzi ze świata żywych w świat umarłych, jest i zdumiewająca i bardzo charakterystyczna dla jej twórczości. Wynika zapewne z wielu rzeczy: z języka, z usposobienia, temperamentu, ale co szczególnie ważne dla niej, z ogromnego poczucia równowagi, harmonii. Takiej równowagi, która jest nie tylko znakiem jej twórczości, ale, co może ważniejsze, jej upodobań, jej filozofii.

Kiedy w teatrze dzisiejszym chce się obejrzeć przedstawienie próbujące prowadzić poważny, światopoglądowy, a jednocześnie zrozumiały dialog z każdą, nie tylko dziecięcą publicznością, trzeba coraz częściej wybierać się do teatrów dla dzieci.

Marta Guśniowska: KTO SIĘ BOI PANI EŚ? Reżyseria: Punch Mama; scenografia: Pavel Hubička; muzyka: Tomasz Lewandowski. Prapremiera w Zdrojowym Teatrze Animacji w Jeleniej Górze - Cieplicach 29 września 2019.