powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Niebezpieczna gra

"Wszechmocni w sieci" Wawrzyńca Kostrzewskiego w reż. autora w Teatrze Kamienica w Warszawa. Pisze Jan Karow, członek Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Przestrzeń teatralna i wirtualna są w swej istocie mało kompatybilne. Pierwsza opiera się na bezpośredniej współobecności widzów i aktorów, ustawionych przeważnie w klasyczny układ scena-widownia. Wielokrotnie próbowano to podważyć, ale jak pokazuje codzienna praktyka, mało skutecznie. Działania interaktywne stanowią tu raczej margines - liczy się sytuacja grania ról i przedstawiania jakiejś opowieści. Natomiast w drugim przypadku niemal wszystko jest zapośredniczone. Jest się przeważnie samemu wobec urządzenia (komputera, tabletu, smartfona...), którego ekran jest oknem do zupełnie innego świata - gdzie rządzą algorytmy i skuteczność kodowania. Użytkownik, wchodząc do sieci, pewnie rzadko kiedy zastanawia się, że każdy jego ruch to kwestia decyzji. Pozostaje ponadto w mylnym przekonaniu, że jest anonimowy. Że nikt nie widzi, że to właśnie on napisał złośliwy wpis na forum czy, z ciekawości bądź frustracji, odszukał poradnik "Jak domowym sposobem zbudować bombę?". Jednak od czasu do czasu wyciekają informację na temat tak zwanych "big data" i można przekonać się, że nasze zachowanie w sieci jest obecnie jednym z najbardziej wartościowych towarów na rynku. Preferencje polityczne, orientacja seksualna, kupowane ubrania - wszystko to specjaliści-analitycy są w stanie ustalić niemal bezbłędnie, obserwując wyłącznie wpisywane w wyszukiwarkę hasła czy odwiedzane strony.

Zabawne są w gruncie rzeczy pozalepiane obiektywy kamer w laptopach, normalnie służące do transmisji obrazu w rozmowach. Pokazują, że ludzie podejrzewają, iż ktoś może im się przyglądać (a ich zachowanie przed komputerem bywa z ich perspektywy wstydliwe), podczas gdy nieistotne jest, czy ktoś surfuje po Internecie w samych majtkach albo dłubiąc w nosie. Liczą się dane: co oglądasz, jak długo, w jakich godzinach jesteś online.

Amorficzny charakter tej rzeczywistości sprawia, że teatr korzysta ze zdobyczy świata wirtualnego, ale rzadko czyni go swoim tematem. Chociażby projekcja wideo nie musi być dziś przygotowana zawczasu - może być streamingiem z dowolnego miejsca w teatrze czy poza nim albo puszczonym z YouTube'a filmikiem. Krok dalej, mocując się z virtual reality, próbuje zrobić od pewnego czasu Krzysztof Garbaczewski, ale to pojedynczy i odosobniony przypadek. Tymczasem wystarczy rozejrzeć się po teatralnej widowni (niestety, także i w trakcie przedstawień), żeby zobaczyć, że często do ostatniej chwili wysyłane są jakieś wiadomości, zrobione w foyer zdjęcia czy przegląda się szybko jeszcze jakąś stronę albo - jak ostatnio przyuważyłem - ogląda końcówkę meczu piłkarskiego. Widoczne jest to również na przedstawieniach dla młodszych widzów. Często zorganizowana grupa wpada na swoje miejsca i milknie. Zamiast zaczepek, rozmów i hałasów jest drażniące światło ekranów. Odświeżanie stron do najbardziej aktualnej wersji to już właściwie odruch.

Z nieustannie rosnącym znaczeniem Internetu (i idącymi za tym zagrożeniami) postanowiono zmierzyć się w warszawskim Teatrze Kamienica. Wawrzyniec Kostrzewski, ostatnio kojarzony przede wszystkim ze spektaklami teatru telewizji, przygotował "Wszechmocnych w sieci". W scenariuszu własnego autorstwa zajął się kwestią cyberprzemocy wśród młodzieży, gdzie nękanie i wyzywanie może mieć zasięg daleko przekraczający pobliskie podwórko. Wsłuchując się w język ze szkolnego korytarza i wczytując w internetowe komentarze, udało mu się uchwycić pewien ton, który sprawia, że nastoletni widzowie nie prychają co chwila z zażenowaniem, a raczej "mają bekę", kiedy słyszą ze sceny, że trzeba "mieć ripostę, która posadzi gościa".

Punkt wyjścia jest prosty. Używający nicku "Bladerunner" Marcin (Marcin Stępniak) szuka w sieci coraz większych wrażeń. Siedząc na środku sceny w obrotowym fotelu, jest panem świata, który widzimy na projekcjach za jego plecami. Podzielony na okienka ekran pokazuje "strzelanki" typu FPS, wyścigi, różne multiplayery. To przestrzeń, w której czuje się najpewniej. Jest mu jednak ciągle mało. By mógł w pełni się zalogować, przychodzi do niego ubrana w srebrzysty kostium, niebieskowłosa Cybergirl (Dominika Majewska). Będzie przewodniczką po sieci dla niego i dla widzów. W ten sposób ironiczny wobec wszystkiego i wszystkich, olewający "starych" Marcin trafia na ranking najgłupszych śmierci. Nie robi na nim szczególnego wrażenia do momentu, kiedy staje się nagle bohaterem jednej z historii. Pojawia się An-ai (Maria Sobocińska). Jest w białej bluzce i granatowej spódnicy, przybywa z Japonii. Sytuacja jest zwyczajna: wpada w oko Marcinowi, który będzie odtąd próbował zwrócić na siebie jej uwagę. Po kolejnej głupiej odzywce ("Szarpałbym cię jak Reksio szynkę") zostaje odtrącony. Sfrustrowany nastolatek postanawia się zemścić, co doprowadzi ostatecznie do tragedii.

Mimo że Wawrzyniec Kostrzewski czyni tematem relacje w sieci, jest to bardzo aktorskie przedstawienie. Na białym tle wyświetlane są niemal nieustannie liczne projekcje (filmiki z gier, szkolne korytarze, fotografie oraz bardziej abstrakcyjne wizualizacje, kojarzące się z "Matrixem" albo "2001: Odyseją Kosmiczną"), jednak to od tego, co dzieje się przed nimi zależy powodzenie spektaklu. Marcin Stępniak jest w roli młodego zdobywcy Internetu bardzo przekonujący. Od pierwszego monologu jawi się jako ktoś z dużą energią, wręcz podekscytowany, i pozwala ruszyć historii z mocnym akcentem. Dalej nie ma problemu, żeby pokazać nieśmiałość, zażenowanie, przerażenie wywołane przez własne działania, ale też fizyczną przemoc.

Razem z nim spektakl prowadzi do przodu Dominika Majewska. Jest bytem wirtualnym, więc musiano znaleźć dla niej jakiś sceniczny sposób istnienia. Zdecydowano się przedstawić ją jako trochę egzaltowaną konferansjerkę-vlogerkę, która z jednej strony podjudza Marcina, z drugiej przytacza różne fakty i statystyki na temat zachowań młodych ludzi w Internecie. Nie ma w tym na szczęście tonu dydaktycznego; raczej pewien rodzaj prowokacyjnych informacji. Przez to że Marcin szybko przekonuje do siebie widzów, staje się na scenie ich przedstawicielem. Tym samym niewygodne komentarze mogą być odbierane nie tylko przez postać, co atmosfera na widowni zdaje się podpowiadać. Wpierw jest wesoło, słychać śmiechy, które jednak stopniowo zostają zastąpione przez ciszę bynajmniej wynikającą ze znużenia.

Natomiast An-ai pokazuje Maria Sobocińska jako (początkowo) pewną siebie nastolatkę. Nie próbuje grać młodszej od siebie - jej wiek podpowiada wspomniany już kostium. Z czasem okaże się, że jej istnienie na scenie też jest swego rodzaju powidokiem, który ma właściwie jedną prośbę: nie chce, by jej śmierć - jak wiele podobnych - została zapomniana.

Sentymentalny ton, mogący budzić opór, wprowadza matka dziewczynki (Justyna Sieńczyłło). Nie pojawia się na scenie, ale oglądamy nagrane uprzednio filmiki, w których dzieli się swoimi emocjami wywołanymi przez samobójstwo córki. Trudno mieć zastrzeżenia do realizacji tego wątku, ale wątpliwości budzi co innego. Jako przyczynę internetowego zła kobieta wskazuje na brak miłości w domu. Że niby tak głębokie wejście w sieć wynika z braku zainteresowania i czułości. Takie postawienie sprawy zaskakuje, bo jest wyłącznie stwierdzeniem faktu, bez żadnego uzasadnienia. Jak widzimy proces zmiany relacji między Marcinem i An-ai, tak tutaj zostaje postawiona tylko kropka. Odstaje in minus także jej język. Takie zdanie jak: "Gdybym miała zniszczyć wszystkie telefony komórkowe świata, gdybym miała wyłączyć Internet, gdybym miała spalić każdy komputer, żeby tylko cię ocalić, zrobiłabym to", brzmi wobec młodzieżowo-internetowej gwary jak zgrzyt. Ponadto wprowadzenie tej postaci zdaje się powtórzeniem motywu z "Sali samobójców" Jana Komasy, a taki replay nie wnosi nic nowego. Może i nastolatkowie nie pamiętają tego filmu, ale tak czy siak wymagałby ewentualnie aktualizacji.

Poza tym należy przyznać, że język, jaki proponuje Kostrzewski, jest generalnie bardzo skuteczny. Specyficzna "gwara", jaką rozmawiają ze sobą postaci, pełna określeń funkcjonujących wyłącznie w sieci, bywa zarówno zabawna, ale też oddaje dziwność tego rodzaju komunikacji. Dialog między Marcinem i An-ai, w którym niby wysyłają do siebie wiadomości, a na scenie mówią kwestie bez polskich znaków diakrytycznych, ale za to z różnymi emotikonami typu "XD" oddaje osobność tego językowego świata, w którym najczęściej używanym zwrotem jest "ha ha"...

Kiedy wejdzie się na stronę www Teatru Kamienica i przeczyta, że "Wszechmocni w sieci" to spektakl misyjny, nie należy się zrażać. Jakie wiele internetowych informacji, to nieprawda. Jeśli już trzeba byłoby użyć jakiejś etykiety, jest to dobry teatr edukacyjny - taki, który podsuwa temat do dyskusji i nie propaguje jakiejś tezę. To, że przemoc w sieci istnieje, nie jest tajemnicą. Teatr natomiast ma w tym przypadku tę zdolność, że jej efekty może przedstawić. Śmierć dziewczynki nie jest tylko jednym z setek leadów czy postów, które można "skomciać" albo "zalajkować". Podwieszona na skakance nastolatka może być czymś, co trudno potem "odzobaczyć".