powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nie-pokój nauczycielski

"Kowboje" w reż. Anny Smolar w Teatrze im. Osterwy w Lublinie. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Można powiedzieć, że czymś w rodzaju prologu-zapowiedzi "Kowbojów" były sceny z "Dybuka" w Teatrze Polskim w Bydgoszczy przed czterema laty, także reżyserowanego przez Annę Smolar. Rzecz też działa się w szkole, ambitni i wrażliwi uczniowie przygotowywali premierę sztuki An-Skiego, ich kolega, zahejtowany na amen, targnął się na własne życie. Klasyczna opowieść o płynącym z innego świata żądaniu zadośćuczynienia za ziemskie winy zyskała niespodziewaną współczesną paralelę, a w centrum wydarzeń byli też nauczyciele, bezradni, osamotnieni, obnażeni nieszczęściem. Już wtedy w ich monologach brane było na widelec bez znieczulenia całe to swoiste belferskie kompleksiartwo, poczucie niższości i niepewności przebijające z nieproporcjonalnie nerwowych reakcji i rozpaczliwie nieskutecznie przykrywane pedagogicznymi perorami. Już tam współczesna szkoła jawiła się jako obszar jednoznacznej przemocy, wszechwładnych hierarchicznych konfliktów i atrofii empatii na wszystkich poziomach. Tyle że tam bohaterami byli przede wszystkim uczniowie. Tu w świetle reflektorów staje ciało pedagogiczne.

Tekst powstawał metodą improwizacji aktorskich i rozmów realizatorów z bohaterami spektaklu, ale nie ma w tym, co wyszło, podstawowych wad tego rodzaju pisania na scenie: wielo- i pustosłowia, łatwych prawdulek i komunałów podnoszonych do rangi odkryć. Śmiem przypuszczać, że dużo w tym zasługi Michała Buszewicza, który lojalnie podkreśla zasługi zbiorowe, ale ktoś jednak musiał zadbać o stylistyczną spójność i celność językowych charakterystyk postaci. W dużej mierze dzięki tym zaletom tekstu, mógł się tak ciekawie zbudować teatr Anny Smolar, który celnie obserwuje psychologię, tylko lekko doprawia ją absurdem. Powiedzmy: przesuwa opowieść krzynę poza granice realizmu. I już jest ciekawie.

Na proscenium zbudowany jest pokój nauczycielski tak celnie sportretowany, że ponoć nauczyciele na widowni kwiczą z zachwytu na jego widok. Potem śmiech im grzęźnie w gardle, gdy dostrzegą bezlitosne okrucieństwo portretów przedstawicieli ich zawodu. Nauczyciela geografii (Daniel Dobosz z niemodnym wąsikiem, w upiornym sweterku, ze wzrokiem uciekającym w podłogę, kwintesencja wypalenia, wstydu i nienawiści do własnej profesji). Matematyczki (Jolanta Rychłowska, wyniosła nienawistnica gotowa walczyć na śmierć i życie o wyłączność dostępu do krzesła, na którym zasiadała ostatnie dwadzieścia lat). Dyrektora (Maciej Grubich, skłamany szkolny szef w nieodmiennie krótkich spodenkach). I wreszcie polonistki (mocna jak zawsze Edyta Ostojak, gorzko-dumna, zaczepiająca widownię, szukająca nie współczucia tylko zrozumienia, skazana na wypalenie swej świeżości za parę lat i świadoma tej nieuchronności). Wszyscy na początku wykonują wspólne ćwiczenie gimnastyczne, absurdalne kroczki i przebieranie palcami dłoni z dziwacznie spowolniałym refrenem "tirli, tirli". Wygląda to w scenach ekspozycyjnych na reżyserskie dziwactwo, ale gdy powróci w finale, będzie już oczywiste, jakiego stanu ducha jest to wyraz.

Do tego jest Przemysław Gąsiorowicz w etiudach rodzicielskich (tatuś odpytujący córkę o jej problemy w szkole, niezręcznie, nieempatycznie, z jakimś osobistym skrępowaniem i zawstydzeniem; ten sam tatuś opieprzający ryczałtem nauczycieli, że wszystko, co robią z jego latoroślą, robią źle). Tudzież syntetyczna uczennica (Justyna Janowska), bierna i nieobecna, nie dająca się wciągnąć w ten świat tak długo, jak tylko się da. A na końcu przybędzie pani kurator, już zupełnie upiorna, ale też najmniej zaskakująca: oświatowa emanacja naszej durnej władzy w postaci wyekstrahowanej i czystej (Sonia Roszczuk).

Tuż za ścianką pokoju nauczycielskiego materializuje się podstawowa metafora widowiska, owa kraina kowbojów. A mówiąc ściślej chyba Indian, bo pod sufitem podwieszony jest olbrzymi, na całą scenę, wigwam. Przełożenie portretowanych w spektaklu stosunków na realia Dzikiego Zachodu, ale nie te z wyidealizowanych westernów, tylko te prawdziwe, gdzie każdy walczy z każdym i każdy ujeżdża kogo może, to metafora śmiała, nieoczekiwana i bardzo teatralnie efektowna, choć od pewnej chwili wpadająca w rodzaj fabularnego buksowania. Choć, owszem, dzieje się wiele, szkoła zostaje podpalona, nauczyciele dostają lekcję survivalu i wychodzą z niej równie bezradni, jak na co dzień. Trochę tej metaforyki robi się za dużo. Jak i wszystkiego.

Anna Smolar jak wielu jej kolegów i koleżanek generacyjnych, ma pewne kłopoty z miarą. Robi fantastyczną ekspozycję, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. Umiejętnie i precyzyjnie buduje napięcie dramatyczne, czego kulminacją powinien być taki przeraźliwy jak z horroru monolog Jolanty Rychłowskiej, w którym nauczycielka-upiór grozi uczennicy, że jej nienawiść nie opuści tamtej przez całe jej życie i dopadnie ją nawet na śmiertelnych marach. Akurat na moim przedstawieniu, podczas krakowskiej Boskiej Komedii zabrzmiało to nie tak mocno, jak mogło; być może aktorkę, zachwycającą w ostatnich sezonach świetną formą zjadła trema albo zmęczenie całodziennym wyczekiwaniem na późno-nocny występ. Aliści struktura opowieści też była trochę przeciw niej. Bo po wybrzmieniu jej monologu uporczywie wracały pokazane już tematy, jakby po finałowej kodzie muzyk uparł się grać dalej kolejne wariacje. Pomysł, że patrzymy na zatopione w swojej machinalnej krzątaninie postaci, a stara Indianka głosem Soni Roszczuk mówi ich monolog wewnętrzny, taki kompromitujący już do imentu - był świetny, ale już nie w tym miejscu; niemal czuło się westchnienia widzów: "jeszcze...". Może nie ma już w teatrach nikogo, kto by skutecznie, w ostatniej fazie, umiał przekonać rozgorączkowanych artystów: skróć, będzie mocniej. Lepiej.

Tak czy tak zalety spektaklu, kolejnej udanej produkcji lubelskiej antrepryzy Doroty Ignatjew, są niebagatelne. Mądre dotknięcie ważnego tematu, doskonale uchwycone konterfekty ludzi, okrutne, ale w najmniejszym stopniu nie wzgardliwe, nieoczywista symbolika. I niekłamane przejęcie sprawą. Wcale nie tak oczywiste i codzienne.

Michał Buszewicz KOWBOJE. Reżyseria i dramaturgia: Anna Smolar, scenografia i kostiumy: Anna Met, opracowanie muzyczne i reżyseria świateł: Rafał Para-dowski. Prapremiera w Teatrze im. Osterwy w Lublinie 12 kwietnia 2019.