powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Dawno, dawno temu

"Baśń o rycerzu bez konia" Marty Guśniowskiej w reż. Andrása Veresa w Białostockim Teatrze Lalek. Pisze Kamila Łapicka, członkini Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Rycerz i Koń to nie tylko ulubione danie pewnego Smoka, to także zestaw obowiązkowy w repertuarowym menu wielu teatrów lalkowych. Debiutancka sztuka Marty Guśniowskiej zaspokaja apetyty najmłodszych widzów już od piętnastu lat, bo tyle minęło od prapremiery Baśni o rycerzu bez konia w poznańskim Teatrze Animacji. Jej najnowszą inscenizację przygotował węgierski reżyser András Veres, absolwent białostockiego wydziału lalkarskiego, na scenie Białostockiego Teatru Lalek. Tekst o dążeniu do realizacji własnych marzeń nie zdezaktualizował się specjalnie, może poza jedyną postacią kobiecą. Królewna bez ogródek przyznaje, że sama zamknęła się w wieży, by los przydzielił jej "tego właściwego". Marzy o życiu na garnuszku dobrze sytuowanego rycerza, w jego królestwie. Coś mi podpowiada, że Królewna Anno Domini 2020 postawiłaby raczej na miłość z wyboru, życie z dala od dworu i finansową niezależność.

Tytułowi bohaterowie sztuki spotykają się dopiero w ostatniej scenie, a wcześniej zanoszą nieustanne skargi do Losu na swój niekompletny status.

I jakże miałby przestać płakać,

Gdy dola taka zła,

Bo każdy swego ma Rumaka,

A nie mam tylko ja

- pochlipuje Rycerz.

Koń bez Rycerza,

Komu mnie nie żal,

Że wciąż przez świat idę sam?

- wtóruje mu Koń. Napotykają też na swojej drodze szereg postaci, które podkreślają ich ułomność. Łotrowie nie mogą ich okraść, bo Rycerz bez Konia to biedak, a Smok nie chce ich pożreć osobno, bo to jak jedzenie truskawek bez śmietany. Do tego dochodzi zachowanie Królewny, której charakterek już nieco poznaliśmy. Nikczemna zrywa z Rycerzem, gdy tylko się okazuje, że pod zamkiem nie czeka zaparkowany rumak. Zmienia zdanie dopiero w finale, widząc swego wybawcę na końskim grzbiecie. Zatem już w pierwszej sztuce ujawnia się oryginalny charakter pisma Marty Guśniowskiej, która nie idealizuje rzeczywistości i nie ucieka od jej ciemnych stron. W oczach bliźnich często nie przystajemy do jakiegoś szablonu, z tego czy innego powodu, ale warto zadać sobie pytanie, czy to naprawdę powinno determinować nasze wybory i dążenia. Rycerz i Koń tego akurat pytania sobie nie stawiają, bo przekreśliłoby to ich baśniową egzystencję.

Znając kolejne sztuki Guśniowskiej, ciekawie jest obserwować ewolucję jej języka i ścieżki skojarzeń. Baśń zawiera już słowne kalambury, które ujawniają podwójne znaczenie słów lub ich użycie w zaskakującym kontekście, ale z czasem "kalamburyzacja" tekstu osiągnie poziom o wiele wyższy, humor się zaczerni, zaś autoironiczne didaskalia się rozrosną. Tak, jak w najnowszych prapremierach - Kto się boi Pani eŚ w Zdrojowym Teatrze Animacji w Jeleniej Górze i Wielkie mi coś w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora. Ten ostatni tytuł wyreżyseruje w lutym 2020 sama autorka.

Wróćmy tymczasem na Podlasie. Węgierski scenograf Erik Grosschmid zaprojektował neutralną w wyrazie przestrzeń, aby dziecięce oko mogło skupić się na urodzie lalek i zręczności animatorów. Pośrodku pola gry wyrosło duże drzewo i estradka, a wokół niej krążyły scenki marionetkowe, czyli platformy na kółkach przypominające scenę teatru w miniaturze - drzewa okalały przestrzeń, w której animowane były lalki. Grosschmid zdecydował się na połączenie marionetek sycylijskich, prowadzonych za pomocą drutu wbitego w głowę i marionetek na niciach, poruszanych dzięki wahadełku. Mają one ruchome stawy i szybko reagują na impuls lalkarza. Niektóre potrafią także kłapać paszczą oraz machać ogonem i skrzydłami, jak najbardziej urokliwa w mojej ocenie lalka Smoka, animowana przez Ewę Żebrowską.

W kapitalnej książce Teatr przedmiotu. Kulisy warsztatu. Arkana rzemiosła, która jest mi tutaj pomocna, Adam Walny opisuje pewien mechanizm. "Wydaje się znamiennym fakt, że marionetka - mimo skomplikowanej animacji, konstrukcji wymagających od lalkarza najwyższych umiejętności - często ogranicza swój ruch do imitowania ludzkich zachowań. Pozbawia go wówczas metaforyki". Czy taka sytuacja ma miejsce w BTL-u? Z jednej strony inscenizatorzy ulegają tej pokusie, odwzorowując sposób zachowania człowieka, z drugiej jednak udaje im się to ograniczenie pokonać. Nie tylko dlatego, że część lalek wyobraża bohaterów zwierzęcych lub fantastycznych, ale także z powodu gry z grawitacją, którą uprawiają na przykład skoczni Łotrowie, zawisając przez dłuższą chwilę w powietrzu oraz dzięki dystansowi obecnemu w grze aktorów. Nierzadko odłączali się oni od swoich lalek, wygłaszali krótkie, śpiewane komentarze i pomagali sobie nawzajem wytwarzać efekty specjalne (vide: podświetlanie małymi latarkami szklanej kuli, by stworzyć aurę niesamowitości; używanie ręcznej wytwornicy dymu towarzyszącego Smokowi).

Większa część obsady gra po kilka ról, jednak Rycerz i Koń otrzymali swoich lalkarzy na wyłączność. Są nimi Jacek Dojlidko i Krzysztof Bitdorf. Obaj grają z dużym kunsztem, choć ich postacie mają zdecydowanie odmienne charaktery. Rycerz jest rozgoryczony losem samotnika i owładnięty myślą o własnym rumaku. Z kolei Koń to istota kochająca swobodę i harce, obdarzona przez autorkę sztuki dobrym sercem. Ujawnia się to najpełniej w scenie z Myszą. Małe stworzenie pragnie choć raz kogoś przestraszyć i wydać się straszliwym, na co koń z ochotą przystaje i aż trzykrotnie rży z przerażenia w różnych wariantach tej sekwencji. Trzeba tutaj podkreślić znakomitą dyspozycję Grażyny Kozłowskiej, która animowała Mysz. Ekspresyjna aktorka używająca bardzo wyrazistej mimiki, przydatnej zwłaszcza w robieniu strasznych min, bez trudu skupiała na sobie uwagę, nawet gdy pojawiała się na scenie tylko przez chwilę.

Klasyczna inscenizacja Andrása Veresa przynosi dużo frajdy najmłodszym i całkiem wyrośniętym widzom, którzy mogą obserwować techniczną precyzję wykonawców i sposób, w jaki prowadzą lalki. Jest w nich obecny duch najlepiej rozumianej zespołowości - niezależnie od gabarytów lalki czy też roli, traktują swoich bohaterów z czułością, a publiczność z powagą. Dzięki temu wszyscy wymienieni artyści, wespół z dotąd niewymienionymi, czyli niezwykle muzykalną Magdaleną Dąbrowską (Księżniczka) i Sylwią Janowicz-Dobrowolską (o wiele bardziej elokwentna od swojej szklanej kuli Czarodziejka) sprawiają, że ci, którzy z twórczością Marty Guśniowskiej spotkali się po raz pierwszy, będą przeczesywać repertuary w poszukiwaniu jej sztuk, a stali wielbiciele jej talentu zyskają szansę, by przekonać się, jak radziła sobie ta prześwietna autorka dawno, dawno temu.

Marta Guśniowska BAŚŃ O RYCERZU BEZ KONIA. Reżyseria: András Veres, scenografia: Erik Grosschmid, muzyka: Bogdan Szczepański. Premiera w Białostockim Teatrze Lalek 18 maja 2019.