powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Mieć czy być?

Tumidajski nie rezygnując z komediowego sznytu, salonowej otoczki, sięga w głąb dramatu wydobywając zeń bolesną refleksję o naturze człowieka, który skupiony na ego zatracił umiejętność budowania więzi i komunikacji z bliskimi - o spektaklu "Kuchnia Caroline" w Teatrze Współczesnym w Warszawie pisze Marta Żelazowska z Nowej Siły Krytycznej.

Pytanie "mieć czy być?", które ludzkość zadaje sobie od wieków, a Erich Fromm uczynił z niego tytuł eseju, stanowi myśl przewodnią sztuki Torbena Bettsa. Autor, inspirując się rozważaniami filozofa, poddaje analizie dwa modele życia: pierwszy zakładający czerpanie satysfakcji z posiadania, drugi objawiający się empatią i dążeniem do pełni miłości. Wybór między nimi wydaje się oczywisty, ale w praktyce okazuje się, że "mieć" bardzo często przesłania nam "być". Jarosław Tumidajski w stołecznym Teatrze Współczesnym sięga po znakomity tekst brytyjskiego dramatopisarza. To poprawiona wersja sztuki "Monogamy" z 2018 roku, cieszącej się ogromną popularnością na Wyspach. Autor w sposób zjadliwy krytykował w niej angielską klasę średnią. Bardzo wyraźnie zarysowany kontekst społeczno-polityczny sprawił, że utwór okazał się nieczytelny dla widzów spoza Wielkiej Brytanii. Betts zuniwersalizował go i wydał pod zmienionym tytułem w 2019 roku. Warszawski spektakl jest polską prapremierą tegoż dramatu. Należy wspomnieć, że to drugie spotkanie reżysera z twórczością Brytyjczyka, w zeszłym roku w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku zrealizował "Niezwyciężonego" we współpracy z Katarzyną Sobańską i Marcelem Sławińskim, także w "Kuchni Caroline" odpowiedzialnymi za scenografię i kostiumy.

Caroline Mortimer (Monika Krzywkowska) zdaje się mieć w życiu wszystko. Piękny, przestronny dom z otwartą urządzoną w stylu skandynawskim kuchnią i monumentalnymi oknami wychodzącymi na obrośnięty bluszczem i ozdobnymi trawami ogród. Stąd prowadzi popularny program kulinarny, którego fragment oglądamy. Książki kucharskie jej autorstwa sprzedają się jak przysłowiowe świeże bułeczki. Syn Leo (Konrad Szymański) właśnie skończył Cambridge z wyróżnieniem, mąż Mike (Andrzej Zieliński) robi karierę w banku, a młody, przystojny kochanek Greame (Szymon Mysłakowski) darzy ją większym uczuciem niż własną żonę. Idealny świat zaczyna się rozpadać, gdy niespodziewanie dowiaduje się, że "Daily Mail" zamierza opublikować kompromitujące ją zdjęcia, a zamiast klientki chcącej obejrzeć wystawiony na sprzedaż dom pojawia się Sally (Katarzyna Dąbrowska). To psychotyczna żona Greame'a, która w telefonie męża znalazła erotyczne smsy od Caroline. Atmosfera gęstnieje. Padający za oknem deszcz przybiera na sile. Zdaje się podsycać napięcie. Stopniowo zamienia się w apokaliptyczną burzę, która metaforycznym zasięgiem obejmuje kuchnię Caroline. Kobieta musi zmierzyć się z wypieranymi problemami, bolączkami, niepozałatwianymi sprawami, które przysłaniają to, co w życiu ważne - otwartość na drugiego człowieka.

Betts tworzy postaci wyzute z uczuć, empatii, na wskroś egoistyczne. Trudno je polubić. Zdają się niezwykle wyrozumiałe wobec własnych, dość kontrowersyjnych postaw życiowych i hipokryzji. Problem alkoholowy żony Mike kwituje krótkim "tylko tak da się żyć", a ona z kolejnym kieliszkiem wina w dłoni peroruje o szkodliwości uzależnienia od nikotyny. Nie może wybaczyć mężowi zdrady, a sama sypia z innym mężczyzną. Wady, nieobycie w relacjach interpersonalnych bohaterowie tłumaczą trudnym dzieciństwem (matka Caroline jest, jej zdaniem, oziębła i okrutna; Mike twierdzi, że był bity przez ojca, a matka nie stawała w jego obronie; Greame został porzucony przez rodzicielkę, która uciekła z mleczarzem; Leo przez pół roku rozmawiał z automatyczną sekretarką zamiast z matką). Trudno pozbyć się wrażenia, że są to wymówki, frazesy, pozwalające z jednej strony zdjąć z siebie ciężar odpowiedzialności za decyzje, z drugiej pogrążyć się w bezpiecznym świecie ułudy. Niezwykle istotną rolę w życiu bohaterów pełnią pieniądze. Nie służą jedynie zaspokajaniu potrzeb, są czymś więcej - swoistym synonimem więzi emocjonalnej. Caroline "kupuje" kochanka zlecając mu kolejne stolarskie zadania. Spłata kredytu studenckiego zaciągniętego przez Leo, kupno mu mieszkania i wypisywanie kolejnych czeków świadczyć mają o rodzicielskiej miłości. Nie tego jednak oczekuje syn. Pragnie zaspokojenia podstawowych potrzeb emocjonalnych: miłości, bliskości, akceptacji jego homoseksualności. Postawa życiowa może ulec modyfikacji dopiero w konfrontacji z katastroficznym doświadczeniem. "Podbiliśmy świat, a straciliśmy duszę. Musimy być dla siebie lepsi" - mówi Caroline. Tylko czy już nie jest na to za późno?

Tumidajski nie rezygnując z komediowego sznytu, salonowej otoczki, sięga w głąb dramatu wydobywając zeń bolesną refleksję o naturze człowieka, który skupiony na ego zatracił umiejętność budowania więzi i komunikacji z bliskimi. Bardzo ładnie grają to aktorzy. Monika Krzywkowska w sposób konsekwentny buduje dramaturgię wewnętrzną postaci, gra z detaliczną wręcz pieczołowitością. Odziera postać z psychologicznej komediowości, pozwala sobie jedynie na komizm sytuacyjny. Gra lekko, naturalnie. To najlepsza rola spektaklu, subtelnie łącząca dramatyzm i humor inscenizacji. Drugą jest Leo Konrada Szymańskiego, sztywny i zdystansowany, zdaje się być ponad wydarzeniami, w których uczestniczy. Ich przeciwieństwem jest Mike Andrzeja Zielińskiego, kokietujący młodsze kobiety i stale narzekający na zbliżającą się starość i depresję, czym wywołuje gromki śmiech publiczności. Aktor bierze postać w gruby nawias. Zabieg ten podkreślony został kostiumem i charakteryzacją: z poparzoną od słońca twarzą, rozczochranym włosem, w niegustownej różowej koszulce polo i z zarzuconym na plecy musztardowym swetrze Zieliński wygląda zabawnie. Pozostali aktorzy bawią się komediową konwencją, ale nie popadają w farsową przesadę. Urocza jest Vanessa Aleksander jako nadpobudliwa Amanda. Sally Katarzyny Dąbrowskiej balansuje na granicy niepoczytalności, z każdym wypitym kieliszkiem szampana tracąc nad sobą kontrolę. Greame Szymona Mysłakowskiego rozbraja brakiem umiejętności radzenia sobie z zainteresowaniem płci pięknej.

"Kuchnię Caroline" bardzo dobrze się ogląda. Spektakl wciąga od pierwszej sceny. Jest świetnie wyreżyserowany, dobrze zagrany. Bawi, wzrusza i skłania do refleksji. To doskonała propozycja dla szerokiej publiczności.

***

Marta Żelazowska - pedagog, absolwentka studiów podyplomowych Wiedza o teatrze i dramacie z elementami wiedzy o filmie w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk oraz Laboratorium Nowych Praktyk Teatralnych, otrzymała wyróżnienie specjalne w VI edycji Ogólnopolskiego Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego na Recenzje Teatralne.