powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Bądź to stary albo młody / Żadny nie ujdzie śmiertelnej szkody"

"Krótka rozmowa ze Śmiercią" w reż. Marcina Libera w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.

Marcin Liber w swoim najnowszym spektaklu zrealizowanym w Gnieźnie, dotykającym - można by rzec najprościej - spraw ostatecznych, czerpie nie tylko ze skarbnicy teatralnej tradycji, ale jak zawsze w swoich inscenizacjach w dużej mierze i z innych dyscyplin sztuki oraz popkultury. W traktowaniu teatru jako swoistego instrumentarium dla testowania polskiej mentalności bez wątpienia pomaga reżyserowi wyobraźnia współpracującego z nim scenografa, Mirka Kaczmarka. Trzeba przyznać, że nawet w przypadku sięgnięcia tym razem po teksty staropolskie przynosi to ciekawe efekty, czyniąc ze spektaklu "Krótka rozmowa ze Śmiercią" niemalże obłąkańczy, pełen splątanych żywiołów wyścig za obsesjonalnie nieokiełznanymi doznaniami przede wszystkim śmierci, ale przy okazji również miłości, cierpienia i nienawiści. Momentami przypomina to wielkie show, mocno zrytmizowane kolażowe widowisko podporządkowane inscenizacyjnej wizji reżysera, czasami charakterem nawiązujące do misterium czy rapsodu, które w finale kończy się zbiorowym tańcem aktorów z widownią, na pewno bardziej radosnym niż pogrzebowym; elementów do śmiechu i samego humoru w tym spektaklu jest zresztą dużo więcej. Tak jak i w samych tekstach, które realizatorzy pragną przywrócić naszej pamięci.

Liber poprowadził spektakl w bardzo dobrym tempie, atakując widzów różnorodnością i wielością obrazów, które swoją wyrazistość osiągają także dzięki wykonywanej na żywo muzyce zespołu Nagrobki. Jest w niej spora doza ironicznego spojrzenia nie tylko na samą śmierć, ale i nasze ciało, naturę człowieka czy cały proces umierania. Silne flirtowanie wszystkich twórców z rzeczywistością mass mediów nie zakłóca stylistycznej klarowności i robi w wielu dance-macabrowych sytuacjach scenicznych ogromne wrażenie. Liber w swoim teatrze zorientowanym na prawdę transmitowania twórczego myślenia, jak zawsze pragnie służyć badaniu naszych postaw i wartości w czasach nam współczesnych, gdzie z jednej strony okrucieństwo miesza się z głupotą, z drugiej wciąż istnieje nieprzebrana potrzeba piękna, w imię poszukiwania sensowności teatralnych działań będących w symbiozie z ciągłością odnoszenia się do aktualnych zjawisk obyczajowo-społeczno-politycznych.

Liber z Kaczmarkiem, przy wtórze dramaturga Jarosław Murawskiego, otwierają na scenie Teatru Fredry całe laboratorium rekwizytów kojarzących się z umieraniem i śmiercią, zarówno tych najbardziej trywialnych czy konwencjonalnych (kosy, kroplówki), jak i tych nawiązujących chociażby do rozwijającego się w Meksyku kultu Świętej Śmierci. Swoistą uwerturą do spektaklu, również ze względu na dość statyczny sposób inscenizacji, jest "Krótka rozprawa między Panem, Wójtem i Plebanem". Wojciech Siedlecki, Roland Nowak i Wojciech Kalinowski siadają w trzech kościelnych ławach i próbują rozmawiać tekstem Mikołaja Reja. Przedstawienie nabiera rumieńców i dynamiki dopiero w momencie pojawienia się czterech dziewcząt ucharakteryzowanych na Amy Winehouse. Wszystkie one, niczym postaci z Apokalipsy św. Jana wyruszające przed Sąd Ostateczny - Kamila Banasik, Joanna Żurawska, Martyna Rozwadowska, Zuzanna Czerniejewska - tworzą zbiorowy w wyrazie, choć niekiedy zindywidualizowany ruchem, jeszcze bardziej emocjonalnością portret Śmierci i staną się wraz Pawłem Dobkiem głównymi protagonistami podczas "Rozmowy mistrza Polikarpa ze śmiercią". Warto zwrócić uwagę na niezwykle oryginalne kostiumy aktorek przygotowane przez Grupę Mixer, na to ile znaczeń, odcieni i barw wydobywa z nich choćby samo światło, a także ruch zaproponowany przez Katarzynę Kulmińską i Paulinę Jaksim z Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu. Równie imponująco prezentują się wszystkie fragmenty śpiewane przez kwartet mocno wystylizowanych kostuch, szczególnie te uwodzące harmoniczną czystością, które stają się znaczącym kontrapunktem dla partii dużo bardziej makabrycznych, zatrważających czy wręcz apokaliptycznych.

Liber sięgając po staropolskie teksty stara się odświeżająco spojrzeć na to, co nazywamy tradycją, tym samym próbuje rewaloryzować wszystkie determinanty kulturowych znaczeń. Stąd w gnieźnieńskim spektaklu tak wiele odniesień nie tylko do średniowiecznej ikonografii, ale przede wszystkim do wyrafinowanego mieszania sacrum z profanum, wysokiego z niskim, powagi ze śmiechem czy góry z dołem. I to najlepiej tłumaczy swoistą ekscentryczność tego przedsięwzięcia, w którym porządek i hierarchia naszej rzeczywistości i współczesnego świata wciąż pozostają względne, mgławicowe i niekonkretne.