powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jeden do Gracjanlandu, poproszę!

"Gracjan Pan" w reż. Cezarego Tomaszewskiego w Teatrze Muzycznym we Wrocławiu. Pisze Zdzisława Fruszyńska.

Spektakl "Gracjan Pan" jest w zasadzie taki, jak mogliśmy sobie go wyobrazić. Chociaż - nie ukrywam - jest lepszy. I nie tylko dlatego, że tytułowych Gracjanów jest więcej - aż siedmioro!, ale dlatego, że ich sceniczny, skromny intelektualnie, pełen prostoty świat nie jest ani prymitywny, ani prostacki, może rozśmieszyć, zaciekawić, skłonić do refleksji i wzruszyć. I oczywiście zafascynować zgrabnymi, ładnie (znacznie piękniej i słodziej, aż chciałoby się powiedzieć: "słitaśniej" niż robi to pierwowzór) zaśpiewanymi piosenkami. Oryginalne teksty z nową muzyką (Tomasza Leszczyńskiego), profesjonalnie zaprezentowane, zaskakują subtelnością i perełkami żartobliwego liryzmu ukrytego wcześniej pod pozaliterackimi środkami zagarnięcia uwagi widza (a "prawdziwy" Gracjan to potrafi, oj potrafi!). Najlepszym tego przykładem jest chyba: "Ja Cię lovciam" - śliczna piosenka wykonana przez Paulinę Jeżewską i Tomasza Leszczyńskiego (do obejrzenia na stronie Teatru Muzycznego Capitol), ale oryginalny kanapowy duet Gracjana z psem-maskotką (ruszającą uszami jak piątkowy pies Pankracy, którego byłe dzieci być może sobie przypominają) widzowie mogą dla porównania obejrzeć na ekranie, żeby zniwelować potencjalny nadmiar słodyczy.

Bohater scenicznej opowieści nie jest tu po prostu kolorową (w sensie dosłownym) postacią medialną, choć jest nią niezaprzeczalnie. Autorów spektaklu prowadzi nie tyle szukanie przyczyn popularności Gracjana Roztockiego, opowiadanie jego historii, a już na pewno nie próba odpowiedzi na pytanie: czy on tak "naprawdę" (?!), czy też jest to jedynie kreacja artystyczna? Mówią raczej: posłuchajcie, popatrzcie - nie oceniajcie; a nawet redundantnie (choć różnymi środkami) przekonują: pozwólcie sobie usłyszeć i zobaczyć. To co mówi, a częściej śpiewa Gracjan - artykułują inaczej, by transformując - ujawnić myśl, którą nie wszyscy potrafią wyłuskać z oryginalnego przekazu.

Co zatem widzimy? W pierwszej scenie: nagość. Jej wielopoziomowe znaczenie można odczytać jako prymarnie wczepione w postać Gracjana (tego "prawdziwego", o którym wiemy z mediów), w jego otwarcie na naturyzm i zadowolenie czerpane z selficznych nudesów. Ale klucz bezpośrednich skojarzeń personalnych nie ujawni złożonych relacji sematycznych. W planie przedstawienia multiplikowany Gracjan - grupka trzech kobiet i czterech mężczyzn - wyłania się z "niebytu", wkracza na scenę, na której czekają sznurki z rozwieszonymi ubraniami. Nagość aktorów nie jest perwersyjna, nawet nie porno-wizualna, nie jest to nawet nagość. Owa nie-nagość ma dwa plany. Kostiumowy - aktorzy są szczelnie, ale nie ciasno otuleni kostiumem golizny eksponującej raczej acielesność niż cielesność, a zjesieniały, może figowy?, listek (jedyny kolorowy akcent stroju) uzupełniają gestami wstydliwości wyraźnie odrębnej (oj, tradycja!) dla kobiet i mężczyzn, są także "oddzieleni" od widzów wspomnianym sznurkiem z wypranymi ubraniami (mierny to parawan i nieskuteczny, ale wystarczy, gdy golizna nieprawdziwa). W planie symbolicznym owa nagość to brak stroju, niegotowość, moment przed zyskaniem pełnej zewnętrznej formy - zapowiedzianej tylko peruką "na grzybka" (peruką, która udaje fryzurę, ale swej peruczności nie ukrywa, ogrywana jest kilkakrotnie w czasie spektaklu). Można przyjąć, że to moment in statu nascendi, chwila przed stworzeniem jutubera Gracjana, jego przygotowanie do spektaklu. To także wielogłosowy monolog (ale będą i dialogi) androgynicznej (a może dziecięcej głównie) postaci rozpisanej na czterech mężczyzn i trzy kobiety: nie-w-pełni-męskiej, ale też tylko-troszeczkę-kobiecej. Nie w pełni jest to również postać Gracjanowa - aktorzy są protagonistami i bywają sporadycznie antagonistami: są głównie Gracjanami, ale także widzami i komentatorami jego twórczości.

Świat Gracjana staje się przez rozdzianie aktorów z "nagości", zrzucenie golizny i założenie kolorowych koszulek i szortów, to emploi właściwe do wykonania piosenek o miłości, ciumkach - piosenka "Cium ciam Cię" z 2008 roku (tu jakiekolwiek skojarzenia z wypowiedziami osób uznanych za publiczne są niedopuszczalne z powodu - o czym jeszcze będzie - całkowitej ahistoryczności bohatera przedstawienia). Staje się on na naszych oczach, a jego solipsystyczne pytania o istnienie (i nieistnienie świata) poza nim samym, każą przewidywać, że nie o zabawę chodzi, ona jest jedynie zewnętrznym, jak kostium - wyrazem wewnętrznej formy. Odsłonięcie przygotowań obnaża ich prostotę i niewinność, nagie Gracjany i nadzy Gracjanie nie odziewają się z tego powodu, że odkryli swą nagość - to piosenkowe słoneczko wysuszyło pranie, więc można zaczynać!

Świat Gracjanowy (czyli Gracjanland) jest rajski, a Gracjan (tym razem "prawdziwy" - na tyle, na ile to w ogóle możliwe w przypadku osobliwości medialnej, ale zapośredniczony przez filmowy obraz pojawiający się w zawieszonym nad sceną dysku z promieniami) uśmiecha się do widzów, jak dziecięce słoneczko z teletubisiów. Gracjanland inaczej niż Graceland (zbieżność nieprzypadkowa, ale potrzebna, by ujawnić różnicę) nie jest przestrzenią przepychu - tu słoneczka uśmiechają się (choć nie wschodzą i nie zachodzą). W Graceland sławny heliokształtny zegar z salonu odmierzał czas Króla rock'n'rolla, w Gracjanlandzie nie odmierza się czasu, ale Słoneczny Gracjan - autokonferansjer - swoimi pojawieniami wyznacza rytm i kolejność wykonywanych piosenek. Jest tu też drzewo (ale nie w środku, tylko po lewej stronie), drzewo różnych wiadomości (jak dowiadujemy się z jednej z piosenek): dobrych, złych i szybkich (w internetowym światku taka wiedza jest oczywista) zieleniące się ubraniami (kostium nadziei?), z wężem - a jakże! Ale niegroźnym, szmacianym, może włóczkowym, z różowymi, błyszczącymi oczami, zwisającym nie na pokuszenie. Po prawej wielka twarz GRACJANA, przyciągająca wzrok, ale bez szczególnego na razie zatrudnienia (zaspojluję: kryje się za nią mikrofalówka do podgrzewania frytek). I jeszcze mobilne schody. W tak zaopatrzonym raju toczy się pierwsza część spektaklu, kolejna rozegra się na Planecie Gracjana - glitter, glamour and shimmer z gwiezdnym pyłem cekinów na szortach i koszulkach oraz z anielskimi wachloskrzydłami na finał (trochę jak z kabareciku Olgi Lipińskiej - mam nadzieję, że pamięć mnie z nie zawodzi, bo wszystko się dzieje szybko, śpiewnie i tanecznie). Dzieli oba światy na krótko intermezzo w postacie scenki przyrządzania frytek ze śmietaną; słoneczko obecne jest nieprzerwanie przez całe przedstawienie.

Wróćmy jednak do raju. Choć Gracjan jest tu sam (multiplikacja się nie liczy), jego mitycznie androgyniczna natura podważa samotność, nasz bohater jest pełny i niepodzielony, nie musi wiedzieć więcej (dlatego wąż wisi bezczynny i niemy), gdy wie, że to co wie, mu wystarczy. Czy to dość, by - za Platonem - wciąż odwołując się do wskazanego mitu, uznać go za istotę "okropnie wolnomyślną"? Zmieszanie dwóch porządków mitycznych greckiego i biblijnego potwierdza odrębność Gracjana i wskazuje mu rolę outsidera, ale mediatora zarazem. Ma i drzewo, i schody (nie musi ich tworzyć, by "zacząć zabierać do bogów"), oba rekwizyty o charakterze axis mundi nie zachęcają go do zmiany (lekceważy ich prymarną funkcję), do wyjścia, do pięcia się w górę. Nie bóstwo karze Gracjana, ten bowiem jest bez winy, ale krzywdzą go złość, nienawiść, szyderstwo ludzkie, które przedostają się tu z zewnątrz, to prawie raj, ale na pewno nie hortus conclusus.

Niezasłużone zameldowanie kogoś w takim miejscu - ze wszystkimi benfitami i radościami - może być irytujące dla tych, którzy w pocie czoła orzą, programują czy wędzą kiełbasę. Osobny, niepęknięty i pierwotnie zadowolony Gracjan nie dostrzega krzywdy, dopóki jej nie doświadcza. Jego nieuwarunkowane spojrzenie widzi raczej rzeczy niż ich interpretacje (mówi to zresztą jedna z bohaterek chwilowo pełniąca funkcję komentatorki). Zanurzony w ciągłym teraz, skupiony na życiu życia (w tym podgrzewaniu frytek, robieniu kupy etc.) CZUJE (a wie, że nie można czuć tylko trochę). Nie boi się czuć, dlatego nie potrzebuje zabawek-przeszkadzajek, złodziejek czasu i uwagi. Łączy postać radosnego mędrca i "wiejskiego głupka" - to delikatnie określenie na tle epitetów, którymi był obdarzany pierwowzór, o czym świadczy piosenka Hejterzy - oryginalny wkład w kampanię przeciw mowie nienawiści, z przestrogą dla złych ludzi i oszczerców. To ta sama dwoista postać, tylko inaczej widziana, pochwycona siecią nastawień i zaszłości. Jest zatem wesoło, ale tak nie za bardzo. Jest też trochę smutno.

Internetowy Gracjan wydaje się łatwym celem kpin - niemłody, ale dziecinnie bezbronny, z marzeniami niewyszukanymi, takimi chociażby, jak z piosenki "Rewolucja": "I jeszcze mieć dużo kasy, aby móc pojechać na wczasy". Skupiony dziecięco na sobie i na swoich uczuciach, ale paradoksalnie emocjonalnie dojrzały, bo bardzo ich świadomy, ugruntowany w sobie, wiedzący (a także: rozumiejący i wprowadzający w czyn) to, czego inni poszukują w poradnikach pozytywnego myślenia czy na kursach rozwoju osobistego. Stąd też nie dziwi taka trawestacja fragmentu "Hymnu o miłości": "Jeśli miłości do siebie bym nie miał". No właśnie. Wielu z nas zgadza się bezrefleksyjnie ze zdaniem Jeana-Paula Sartre'a: "Piekło to Inni", Gracjan, którego oglądamy, wydaje się przekonywać ewangelicznie, że "Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym", co nie znaczy, że nie może go zranić.

To sztuka o miłości, ale nie o zakochaniu, o miłości jako postawie wobec świata: ku światu. To sztuka, w której nie ma ani historii, ani polityki. Dlatego spektakl "Gracjan Pan" w warstwie powierzchniowej mówi o uczuciach, ale pod spodem czają się pytania znacznie głębsze: o oczekiwania względem człowieka (i indywidualne sposoby uwalniania się od nich), o formy oraz zakres ludzkiej odpowiedzialności, a także fundamenty, na których ma być ona zbudowana.

Cywilizacja zachodnia rości sobie od kilku wieków prawo do patrzenia z pobłażaniem (żeby nie powiedzieć: z pogardą) na te kultury, które "swój świat" zamykały (a część z nich robi to dotąd) w granicach wytyczanych zasięgiem wzroku i którym nie było potrzebne rozumienie go w pozalokalnych kontekstach. Z politowaniem spogląda również na przedstawicieli swojego kręgu postępujących podobnie, co nie znaczny, że nie ograniczała i wciąż nie racjonuje poprzez mechanizmy - ekonomiczne, prawne, etc. - dostępu do źródeł wiedzy uznanej za najwartościowszą. Niemniej powszechna edukacja i mniej lub bardziej rygorystyczne przepisy dotyczące obowiązku szkolnego sprawiły, że w warstwie deklaratywnej podmiot nauczania ma być wyposażony w podstawową wiedzę o środowisku, w którym żyje i historii (m.in. lokalnej, regionalnej, narodowo-państwowej) swojej grupy, także w wariancie polityki historycznej.

Lepiej nie pytać o efekty tych zamierzeń, bo są one każdorazowo określane splotem wielu czynników, ale nawet miernie wykształcony człowiek (a może zwłaszcza on) ma prawo "robić sobie bekę" ze starego głuptasa w krótkich spodenkach ("Nie tylko na lato, nie tylko na upał, bo można w nich chodzić cały rok!"), który zajęty jest wyłącznie sobą, czasem w relacji do innych i zdaje się nie rozumieć otaczającego świata. Wie, że do przyrządzenia frytek (program "Gotuj z Gracjanem") potrzebne są mrożone frytki i mikrofalówka (a! i jeszcze śmietana). Nie interesują go ziemniaki, rolnictwo i ciąg przetwórczy, ekologia i wiele innych rzeczy, w czym - przyznajmy - nie jest odosobniony, wielu osobom wystarczy wiedza, że mleko pochodzi ze sklepu. TU, w światku Gracjana nie ma śladu globalnych zależności (nic się nie łączy ani nie przecina), nie ma konsumpcji, ale jest jedzenie (pyszne jak frytka ze śmietaną czy parówka z musztardą - tej drugiej nie zobaczycie w spektaklu, ale wystarczy trochę poszukać). Nie ma też przeszłości - korzeni, przodków, historii. Towarzyszące nam obecnie wz-dęcie memoryczne i imperatyw pamiętania nie jest domeną wyłącznie Polaków, choć to u nas na straży porządku zdają się stać i Dziady, i Widma. Spektaklowego Gracjana przeszłość nie nawiedza - słoneczne, beznocne TERAZ uwalnia od uwarunkowań, ciągów przyczynowo-skutkowych, a także zadań, procedur i strategii na drugim krańcu czasu. Tacy ludzie nie stwarzają cywilizacji, nawet jej nie podtrzymują, choć bezrefleksyjnie korzystają z jej "dobrodziejstw", tacy ludzie nie kreują ideologii, nie podtrzymują ich, w każdym węźle warunków są nieuwarunkowani i po prostu obecni, bardziej żyją niż działają. Postawa Gracjana wypreparowana ad absurdum potwierdza zgodę na nielinearność, chaotyczną sekwencyjność, nieobciążoną presją celu (prawdziwa zmora tych, którzy "naprawdę" dobrze wiedzą, czego chcą). A on jest najlepiej jak potrafi (a może po prostu: JEST), nie zrzuca odpowiedzialności za nic na system, historię, splot przypadków, spisek, nieszczęście czy los, czy nie jest to forma odpowiedzialności albo nawet bohaterstwa? A może to jedyna prawdziwa odpowiedzialność: za siebie, tu i teraz?

Mój ulubiony pisarz (trochę filozof?) Robert Fulghum w jednej z najbardziej znanych, wielokrotnie wydawanej, ale i poprawianej książce: "Wszystkiego, co naprawdę trzeba wiedzieć, nauczyłem się w przedszkolu" ("All I Really Need to Know I Learned in Kindergarten") pisze o tym, jak powinno się żyć i postępować. Jego zalecenia są pozornie proste, należy: dzielić się z innymi, być uczciwym, nie bić innych i nie zabierać im niczego, przepraszać, gdy się zrobiło coś niemiłego, sprzątać po sobie, spuszczać wodę w ubikacji i myć ręce przed posiłkiem, jeść zwykłe, dobre rzeczy, a potem się zdrzemnąć. Ale przede wszystkim: PATRZEĆ. Warto przeczytać pierwszy rozdział pt. "Credo" i razem z Fulghumem wyobrażać sobie, jak byłoby dobrze, gdyby te wszystkie zalecenia stosować w życiu rodzinnym, zawodowym i w polityce. Myślicie, że nikt tak nie robi? Popatrzcie na Gracjana. Kiedy uczeń jest gotowy, mistrz zawsze się... No dobrze, żartowałam.