powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Choteckiej sposoby na niewiernego męża

"Kobieta, która ugotowała męża" Debbie Isitt w reż. Tomasza Obary w Teatrze Kamienica w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.

Spektakl "Kobieta, która ugotowała męża" mógł okazać się kolejnym wariantem ckliwie melodramatycznych opowieści, zabarwianych co dowcipniejszymi i pikantniejszymi szczegółami z pożycia małżeńskiego, które niekiedy nawet po dwudziestu latach zostaje wystawione na próbę przetrwania - takimi historiami, nie rzadko naiwnymi i banalnymi, karmią nas najczęściej teatry rozrywkowe, przygotowując przedstawienia rozgrywane w małżeńskich sypialniach i living roomach. Tomasz Obara, biorąc na warsztat dramat Debbie Isitt, postawił na zgoła inną konwencję i poetykę, które pozwoliły na podniesienie tego całkiem zgrabnie napisanego i narracyjnie nie do końca linearnie dziejącego się utworu, o kilka pięter wyżej, niż sama tylko zimna obserwacja zmian obyczajowo-emocjonalnych zachodzących między małżonkami w sytuacji, kiedy do ich życia wkracza ta trzecia, młodsza i bardziej atrakcyjna. Reżyser postawił w swojej inscenizacji przede wszystkim na wyraziste, wyrafinowane, ale mocno zamknięte w rygorach formy aktorstwo - tym samym wydobył z tekstu jego wszystkie uniwersalne smaczki, obrysowania i stymulatory, zarówno te tragiczno-farsowe, jak komediowo-dramatyczne (bo gdzieś na styku komediodramatu i tragifarsy można by ten utwór ulokować), które mogłyby utknąć na mieliźnie naturalistycznego rozgrywania sypialniano-gastronomicznych dywagacji i spostrzeżeń pojawiających się w momentach kryzysowych, zarówno między ludźmi doskonale już się znającymi, jak i tymi, którzy przeżywają dopiero swoje pierwsze zauroczenie, choć mają w zanadrzu spory bagaż doświadczeń.

W warszawskiej Kamienicy scenografia Agnieszki Prokopczuk ograniczona została do minimum i pozbawiona jakichkolwiek realistycznych sprzętów czy rekwizytów. Owszem, jest stół, są krzesła, białe ściany i podest łączący jakby dwie przestrzenie, ale to nie są w tym przypadku elementy, za którymi aktorzy mogli by się "schować" czy też nimi "podeprzeć". Albowiem to, co najważniejsze, dzieje się w samym słowie, języku, jego melodyce, harmonii i rytmie. Trudne zatem zadanie postawił wykonawcom tego spektaklu Tomasz Obara, ale też nie od dziś wiadomo, że potrafi on znakomicie pracować z aktorami, którzy już nie raz w jego teatralnych realizacjach zaskakiwali nas rolami daleko odbiegającymi od ich dotychczasowych dokonań czy doświadczeń. Tak dzieje się i tym razem, jako że trudno jest po obejrzeniu tego przedstawienia zapomnieć o roli Doroty Choteckiej, która zapewne zaskoczyła wielu widzów odmiennością użytych środków aktorskich, które wcześniej nie mogły objawić się z taką mocą w przede wszystkim jej filmowych, mocno charakterystycznych wcieleniach kobiet prostych i nieszczególnie skomplikowanych. Na deskach scenicznych aktorka pojawia się dość rzadko, a to wielka szkoda - mam nadzieję, że po ostatniej premierze w Kamienicy to się diametralnie zmieni. I tego jej życzę, bo też ciekawość i apetyt na jej kolejne wcielenia w teatrze wzrósł po ostatniej premierze niesamowicie.

Chotecka jako Hilary, na przemian śmieszna i wzruszająca, w sposób naprawdę błyskotliwy pokazała całe spektrum emocjonalnych wibracji, które targają namiętnościami jej bohaterki w momencie, kiedy dowiaduje się o zdradzie męża i ostatecznie decyduje się na "krwawą" zemstę. Już sam prolog, kiedy żona Kennetha podczas suszenia paznokci jakby antycypuje to co się już wydarzyło, wyraźnie wskazuje na swego rodzaju umowność wszelkich scenicznych działań, podczas których aktorzy zawsze pozostają na scenie i muszą "aktywnie" uczestniczyć w sytuacjach, które rozgrywają się jakby poza nimi. Wspaniale jest obserwować, co dzieje się z twarzą Choteckiej, co znaczy jej śmiech czy absolutny spokój graniczący ze stuporem, jak zmienia się jej każdy grymas, jak skrzą się jej oczy i jak patrzy na swoich protagonistów w kolejnych scenach, z jaką zmiennością nastrojów potrafi przywoływać emocje związane z bólem, smutkiem i rozczarowaniem, ale też pełne niepohamowanej agresji w walce o szacunek i choć odrobinę mężowskiej życzliwości. Tym bardziej, że poza sekwencjami dialogowymi, sporo w dramacie angielskiej dramatopisarki i aktorki monologów, niekiedy może dość krótkich, ale zawsze dających możliwość otwarcia nowych perspektyw na to, co dzieje się w relacjach między bohaterami, którzy muszą się zmierzyć z nowymi wyzwaniami i odnaleźć się w okolicznościach, które nie zawsze ich pozytywnie zaskakują. Bardzo dobrze odnajduje się w tych fragmentach również Jacek Lenartowicz w roli wiarołomnego męża, który zakończy swój żywot niczym Iwona w dramacie Gombrowicza, aczkolwiek narzędziem tej wyrafinowanej zbrodni nie będą tym razem karaski.