powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Warto wziąć udział w tym eksperymencie

"Berek" w reż. Mai Kleczewskiej z Teatru Żydowskiego w Warszawie w Nowym Świecie Muzyki. Pisze Ewa Bąk na blogu Okiem Widza.

BEREK, performatywny spektakl Teatru Żydowskiego wyreżyserowany przez Maję Kleczewską, podobnie jak GOLEM czy HAMLET ma formę otwartego, niezobowiązującego spotkania artystów z widzami. Zaciera granicę między sceną a widownią. Tylko rewir orkiestry, wykonującej muzykę na żywo, jest stały. Idea spektaklu uwalnia widza, pozwala mu swobodnie poruszać się po przestrzeni, decydować z jakiej perspektywy, co i jak długo zechce obserwować, czego będzie słuchać. Aktywny, zmuszony do decydowania, staje się ważną częścią przedstawienia, elementem nieprzewidywalnym, indywidualnie wpisanym w scenografię. Jak w muzeum, czy w galerii sztuki, gdzie są wystawione zdjęcia, kopie odezw, mundury, filmy, żywe, interaktywne instalacje, rekonstrukcje. Oferta jest bogata. Spektakl eksperymentuje, sprawdza, prowokuje. Łączy światy niemożliwe. Przeszłe z teraźniejszymi. Tym spotkaniem otwiera zaczarowane przejście. Widz podąża za aktorami, wybiera sceny, historie. Krąży ciągle, zmaga się ze zmęczeniem. Nie ma gdzie usiąść, nie ma gdzie odpocząć. Sam decyduje, co robi w danej chwili. Jaki obraz w sobie zbuduje, co z tego spotkania wyniesie. Zwłaszcza, że działania performatywne wykraczają poza konkretne miejsce, bo odbywają się też na ulicy. Widz rozstrzyga, czy ma podążyć za aktorką w białym kostiumie, czy ma ją obserwować przez okno. Tak, jak to robią przypadkowi przechodnie. Oni też stają się częścią tego projektu. Zaciekawieni przystają i z uwagą śledzą kolejne akcje sceniczne. Słuchają znanych pieśni żołnierskich, hymnu Polski śpiewanych w jidysz przyklejeni do szyby. Stroją miny, jak aktorzy wykonują niezrozumiałe gesty. Przestrzeń żyje, pulsuje, zmienia się nieprzewidywalnie.

Zastanawiając się nad tak niekonwencjonalną formą spektaklu dojść można do wniosku, że odkrywanie prawdy historycznej jest procesem żmudnym, mało atrakcyjnym, trudnym. Wymaga hartu ducha i kondycji ciała. Charakteru. Wytrwałości. Otwartości. Wymusza konfrontację z nowymi faktami, szokującymi treściami, niepokornymi postawami. Szukania sensu w chaosie, zamieszaniu, niewygodzie. Jest zaproszeniem do przeżycia niecodziennej przygody. Okazją do zetknięcia się z przekazem płynącym pod prąd oficjalnie obowiązującej narracji. Co wydaje się po obejrzeniu spektaklu bardzo ciekawe, niezbędne dla społecznej dyskusji, poznawczo konieczne. Bo poszerza pole widzenia, pogłębia rozumienie historii, umożliwia poznanie działań ją formatujących/przemilczanie, nadawanie innych znaczeń faktom, wybiórcza interpretacja/.

I takie jest to zdarzenie artystyczne w istocie. Chropowate, niepokorne, niewygodne. Momentami wtórne, bo reżyserka wykorzystuje wcześniejsze swoje pomysły inscenizacyjne. Ale przecież spektakl jest powtarzalną lekcją historii, nawiązującej do tego co było, już wcześniej zaistniało. Oczywiście głównym celem jest przedstawienie tego, co jest nieznane, wypierane, zapomniane. Zafałszowane. Uznane za nieważne. Poprzez wydobycie z niepamięci wydarzeń z przeszłości, nawiązuje do czasów współczesnych. Bo ważny jest dzisiejszy stosunek do historii, narracja jaka w nas żyje, pracuje, owocuje.

Przede wszystkim opowiada się zebranym o wybitnej postaci Berka Joselewicza. W czasie insurekcji kościuszkowskiej w 1794 zorganizował on zwartą formację zbrojną tworzoną przez Żydów, którzy z zaangażowaniem, oddaniem walczyli za niepodległą Polskę. Nawiązuje się do udziału i śmierci Kamila Krzysztofa Baczyńskiego w czasie powstania warszawskiego. Opowieścią Henryka Rajfera, aktora Teatru Żydowskiego, zapoznaje się przybyłych z historią jego ojca, skromnego człowieka i zwykłego żołnierza walczącego za Polskę na szlaku bojowym od Lenino do Berlina, rannego w czasie walki, za bohaterstwo odznaczonego wieloma medalami. Bo w polskim wojsku w czasie II wojny światowej walczyło ponad dwieście tysięcy żołnierzy pochodzenia żydowskiego, a w armiach koalicji antyhitlerowskiej nawet 1,5 miliona. Spektakl upomina się o pamięć o nich i oddanie należnego im hołdu. Szczególnie wzruszające jest wykonanie pieśni żołnierskich i hymnu Polski w języku jidysz.

Ale równie ważny jest podjęty przez artystów temat wypaczania pamięci. Przepisywania historii. Zatajania prawdy. Manipulowanie nią. Wykorzystywanie jej. Przemilczanie, przeinaczanie faktów. Z różnych względów. Aktorzy dają odczuć słuchaczom, że jest to niesprawiedliwe, niewłaściwe, głęboko krzywdzące. Odczytany przez Jerzego Walczaka list otwarty Symchy Rotema do prezydenta Andrzeja Dudy jest przejmującą reakcją na takie sytuacje. Upominanie się o zgodną z prawdą interpretację historii, bez odnoszenia się, tworzenia, pogłębiania stereotypów, bez antysemityzmu ma głęboki sens. Wydaje się jednak zachowaniem rzadkim, wyjątkowym, heroicznym. Mało opinii publicznej znanym.

Ten spektakl, o trudnej problematyce, niewygodnej treści, niekonwencjonalnej formie, może wielu drażnić. Zwłaszcza, że łatwo skrytykować jego twórców za artystyczny plagiat. Maja Kleczewska się powtarza, nie zaskakuje, nie ma nowych inscenizacyjnych pomysłów. Jej projekty są porwane dramaturgicznie, pozbawione linearnej, spójnej opowieści kumulującej artystyczne środki wyrazu w fajerwerki emocji. Linkuje do swoich poprzednich spektakli/np. włączanie widzów do wspólnego korowodu poparcia=wsparcia z BACHANTEK Teatru Powszechnego/. Ale trzeba może zrozumieć, co jest w tym przedsięwzięciu najważniejsze. Czyja ma być, jaka racja. Jak ma się przedstawiać, kształtować, tworzyć. Artyści uruchamiają widza, odbiorcę, traktują go jak partnera. Proponują mu rolę w interaktywnym projekcie. Zapraszają do udziału w scenicznych akcjach. Umożliwiają mu samodzielne komponowanie przekazu, może nie na równych prawach ale jednak w znacznym stopniu bezpośredniego zaangażowania. Podejmują aktualny, ważny temat, przygotowują podstawę, sugerują instrumentarium, zachęcają do działania. Stwarzają szansę przeżycia niebanalnego spotkania, które daje wiele jego uczestnikom do myślenia, skłania ich do ustosunkowania się do przedstawionych faktów, problemów. Dowodzą, że tworzenie narracji historycznych wymaga bezpośredniego, czynnego zaangażowania. Wiąże się z wysiłkiem, niewygodą, trudem dochodzenia i świadczenia prawdy. Świadomością niekończącej się nigdy o nią walki. Odwagą.

Warto wziąć udział w tym eksperymencie, by móc samodzielnie wyrobić sobie zdanie, niezależną opinię. Chyba, że lubimy klasyczny układ uczestniczenia w życiu teatralnym: statyczna widownia, aktywna scena. Chyba, że odpowiada nam gdy artyści, twórcy za nas wszystko przemyślą i nam chronologicznie, po bożemu wyłożą. Pozostawią w spokoju. Nie będą zaskakiwać, bulwersować, zaczepiać, drażnić. BEREK jest propozycją dla widzów niepokornych, ciekawych, wytrwałych. Nie unikających szczelin, szorstkości, kontrowersji. Pragnących odkrycia tego, co ukryte, zapomniane, zafałszowane. Nie bojących się chaosu, w którego porządkowaniu też mogą, też winni aktywnie uczestniczyć. Powodzenia:)