powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Miliard powodów, by cieszyć się życiem

"Wszystko, co najlepsze" Duncana Macmillana i Jonny'ego Donahoe'a w reż. Piotra Złotorowicza w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska w Teatrze dla Wszystkich.

Kameralna scena Teatru Polonia, zwana Fioletowe Pończochy (nazwa urocza i nieco prowokująca), doskonale nadaje się do prezentacji drobnych, emocjonalnie poruszających spektakli. Do takich należy zabawny, ale wcale niebanalny, obyczajowy monodram w wykonaniu Rafała Mohra "Wszystko, co najlepsze" - od niedawna w repertuarze Polonii. Spektakl w reżyserii Piotra Złotorowicza oparty jest na tekście "Every Brilliant Thing", który powstał dzięki współpracy dramatopisarza Duncana Macmillana i brytyjskiego aktora komediowego Jonny'ego Donahoe. W delikatny, pełen zrozumienia sposób opowiada o sprawach ważnych, bardzo ludzkich - zaburzeniu psychicznym rujnującym ludzkie życie, czyli po prostu o depresji, a także o wytrzymałości, wdzięczności oraz uczuciach wobec najbliższych.

Treść sztuki nie jest skomplikowana czy szczególnie wyszukana. Ale sam pomysł i konstrukcja, które wynikają z nietypowego, odmiennego od znanych nam podejścia do problemu depresji, zaskakują. Bohater monodramu, dorosły mężczyzna, opowiada o swojej przeszłości. Miał siedem lat, gdy dowiedział się, że "mama zrobiła coś głupiego". Od tej pory zmaga się z depresją, szukając lekarstwa na trudną, często nieuleczalną chorobę. I wcale nie chodzi o medykamenty. Świeżość dziecięcego spojrzenia pozwala mu dostrzec to, czego inni nie widzą - miliard radosnych chwil, momentów, doznań, z których zbudowane jest szczęście. Próbuje przekonać najbliższą osobę o tym, że życie jest piękne i warte... życia. Tytuł sztuki Macmillana odnosi się do listy tworzonej przez bohatera - spisu najwspanialszych na świecie rzeczy. Zaczyna się od dziecięcych pomysłów, takich jak lody waniliowe, przyjazne zwierzęta, picie porannej herbaty, uśmiech bliskiej osoby zaraz po przebudzeniu. W miarę upływu czasu lista również rośnie, dojrzewa wraz z jej autorem i zaczyna obejmować rzeczy, które cenimy w wieku dorosłym (zakochanie się, pocałunki, kawa, taniec, fragmenty piosenek, głosy ulubionych piosenkarzy). Nietrudno zauważyć, że gdyby ten spis prostych przyjemności nie miał tła, byłby niewybaczalnie ckliwy, nadto cukierkowy. Jest inaczej, ponieważ mały, a później dorosły chłopiec opowiada nam tragiczną historię o chorobie i próbie samobójczej ukochanej osoby. Jego lista to rodzaj terapii (najlepszej, jaką udało się wymyślić kilkuletniemu dziecku) oraz dowód miłości. Monolog bohatera, który nie jest do końca monologiem, opiera się na eksponowaniu różnych, często krańcowych uczuć - od rozpaczy, bezradności i zniechęcenia po radość, czasem wręcz ekstatyczną.

W bardzo ograniczonej, "czystej" przestrzeni, bez zbędnych sprzętów (pożyczony sweter, skarpetka, kilka książek) jeden wykonawca, garść porywających utworów muzycznych, nasyconych aksamitnymi głosami śpiewaków i wibrującymi dźwiękami perkusji oraz inspirujący dla aktora udział publiczności buduje całe przedstawienie. Bez ostatniego z wymienionych elementów spektakl mógłby nużyć, wydać się zbyt miałki. Rafał Mohr ma niezwykłą umiejętność wchodzenia w interakcje z widzami. Prowadzi z nimi dialog, nad którym w pełni panuje. Aktor nie wywiera presji, delikatnie (ale zdecydowanie!) zachęca kolejne osoby do rozmowy, czytania, samodzielnego wymyślania odpowiedzi. Każdy widz, zaproszony do odegrania pojawiającej się w scenariuszu postaci, czuje się w tej roli bezpiecznie. Dzięki relacji między publicznością a aktorem, monolog momentami przeradza się w rodzaj zabawnej komedii sytuacyjnej, w której prowadzący, reagując na zachowania i odpowiedzi, raczy nas błyskotliwą improwizacją. Monodram jest autobiograficzny, a jednocześnie bliski szerokiemu gronu słuchaczy. To zasługa Rafała Mohra, który doskonale potrafi wczuć się w rolę, oddać złe i dobre chwile, wzloty i upadki bohatera. Nie ma tu miejsca na ocenę czy krytykę postępowania kogokolwiek. Podnoszące na duchu, klarowne i wzruszające przedstawienie wydaje się aż nadto spokojne (biorąc pod uwagę ciężar tematu), a temat depresji płynnie łączy się z opowieścią o radości życia, opartej na małych-wielkich przyjemnościach. Bez patosu, bez koloryzowania i przesady sztuka "Wszystko, co najlepsze" uruchamia naszą wrażliwość, pomysłowość i zwykłą empatię, ocieplaną przyjaznym śmiechem. Może warto zastanowić się i dorzucić coś własnego do spisu "miliarda najlepszych rzeczy"?