powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Salon pamięci

"Berek" w reż. Mai Kleczewskiej z Teatru Żydowskiego w Warszawie w Nowym Świecie Muzyki. Pisze Benjamin Paschalski na stronie Kulturalny Cham.

Maja Kleczewska, w ostatnich swoich spektaklach, eksperymentuje i poszukuje adekwatnej przestrzeni dla własnych odkryć artystycznych. Tak było w "Bachantkach" w Teatrze Powszechnym w Warszawie czy "Hamlecie" w Polskim w Poznaniu rozegranym w postindustrialnym obiekcie Starej Rzeźni. W ostatniej premierze, "Berku", przygotowanym przez zespół Teatru Żydowskiego za pole akcji posłużył obiekt symboliczny. Jego adres to Nowy Świat 63. Tu mieścił się kabaret Dudek prowadzony przez Edwarda Dziewońskiego, a także kultowy przez lata - Nowy Wspaniały Świat, miejsce "Krytyki Politycznej". W zaaranżowanej przestrzeni przez Zbigniewa Liberę, na salon wystawowy, niczym z dawnego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, którego ściany pokrywają obrazy, rysunki, fotografie i zapisy wideo bohaterów żydowskiego pochodzenia walczących za "wolność waszą i naszą", rozgrywa się szczególna instalacja pamięci. Seans snu, zjawiskowej opowieści o tym co minione. Historii dawnej i współczesnej, tej która przybiera miano polityki historycznej. To spektakl o trudnych i skomplikowanych relacjach jednej wspólnoty polsko-żydowskiej. Ukazujący, że oręż żydowski wpisany jest w historię tej ziemi. Nierozerwalna symbioza losów militarnych bohaterów, gdzie pochodzenie schodziło na dalszy plan, a sprawa wolności i niezależności stawała się nadrzędna.

Tytuł przedstawienia to imię żydowskiego żołnierza poległego w bitwie pod Kockiem w roku 1809 a wcześniej, podczas insurekcji kościuszkowskiej, organizatora Pułku Lekkokonnego Starozakonnego - Berka Joselewicza. Postać-symbol dla całej wspólnoty żydowskiej, pozostawał również w legendzie polskiej jako przykład walki o wolność, równość i braterstwo. Jego postać, w tym wystawowym miejscu zadumy i refleksji nad przeszłością, staje się punktem wyjścia dla ukazania oręża żydowskiego na ziemiach polskich. Bowiem osią opowieści nie są tylko jego losy, ale narracje postaw i czynu podczas zrywów i wojen: lat 1914-18, obrony kraju (1939), powstania w getcie warszawskim (1943) i warszawskiego (1944). Autorzy w swojej opowieści finalizują epos w dniu dzisiejszym. Czasu bez wojen, gdzie karabin i butelkę z benzyną zamieniono na spór o historię, przeszłość, wagę cierpienia i bólu. Te dziewięćdziesiąt minut jest niezwykle udaną próbą podróży w przeszłość. Początek, gdy grupa aktorów, pobielona, w strojach jak ze spektakli Tadeusza Kantora, z przewodniczką starszego pokolenia (Wanda Siemaszko) zwiedza wystawę, jest inauguracją podróży w dawny czas. Od malarskiego obrazu śmierci Joselewicza przechodzimy płynnie do portretu poety-żołnierza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Jego żydowskie korzenie skrywamy i ukrywamy w naszym publicznym dyskursie, a tym prostym teatralnym gestem widzimy jak losy dwóch wspólnot żyjących, pod jednym wspólnym niebem, splatały się i uzupełniały.

Maja Kleczewska, z dramaturgiem Łukaszem Chotkowskim, budują spektakl z fragmentów literackich od Zygmunta Krasińskiego "Nie-Boskiej Komedii" poprzez "Powrót Odysa" Stanisława Wyspiańskiego do dokumentów historycznych: odezw Joselewicza czy z dni powstania w getcie warszawskim. Najbardziej wstrząsającym jest list Symchy "Kazika" Rotema do obecnego Prezydenta RP wołający o prawdę i rozumienie historii. Napisany przez jednego z ostatnich żyjących uczestników zrywu w zamkniętej dzielnicy stolicy z lat wojny, staje się wymownym przykładem jak spór o przeszłość i niewiedza konstruują mity, które trudne są do obalenia i przezwyciężenia. Całość przypomina akademię, w pozytywnym, artystycznym znaczeniu, na cześć lub ku czci. Na jednej ze ścian rozpostarta biało-czerwona flaga z orłem, u którego podnóża znajduje się gwiazda Dawida. Przygrywa orkiestra wojskowa w genialnych kompozycjach Cezarego Duchnowskiego. Pieśni wojskowe, a szczególnie "Piechota" i "Mazurek Dąbrowskiego" w języku jidysz brzmią wstrząsająco i porażająco. Oddzielnym, uzupełniającym elementem jest ruch, powtarzalny, marszowy, rytmiczny, który przywodzi na myśl spektakle wspomnianego Kantora.

W tym salonie z przeszkleniami na ulicę Świętokrzyską, samo centrum Warszawy, gdzie bieżą ludzie w swojej codzienności, gdzie owa przestrzeń staje się również polem gry i nowym miejscem wystawienniczym, spotkanie z przeszłością nabiera nowego wymiaru, magii i doświadczenia. Spotykamy się ze światem dawnych dni. Aktorzy jak duchy z przeszłości, nie tylko opowiadaniem o niej, ale właśnie swoją obecnością, głównie pieśnią i ruchem najlepiej mówią o pamięci i o współbraciach tej ziemi, tych których już nie ma. Walczących, herosach bitew i frontów, ale również tych zapomnianych i anonimowych. To wielki triumf ukazania owego ulotnego fragmentu przeszłości - pamięci, którą nadzwyczaj ciężko obrazować, ale dzięki Kleczewskiej i wspaniałemu zespołowi Teatru Żydowskiego kolejny raz się udało. A wychodząc z przedstawienia, powrócił cytat z Wyspiańskiego "I ciągle widzę ich twarze"...