powiększwersja do drukupoleć znajomemu

O Wandzie, co z łuku strzelała

"Smok!" Jakuba Roszkowskiego w reżyserii autora w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Pisze Jan Karow, członek Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

W materiałach promocyjnych Teatru im. Juliusza Słowackiego jest parafrazowane znane powiedzenie: "cudze smoki chwalicie, a swego nie znacie". Można by z tego wysnuć wniosek, że przygotowana przez Jakuba Roszkowskiego inscenizacja legendy o królu Kraku i wawelskim smoku wpisuje się w konserwatywny sposób myślenia, z założenia i bez uzasadnienia wywyższający przede wszystkim to, co rodzime. Byłby to jednak błąd. Prawda, twórcy, wobec trwającej inwazji nowych "mitów" z Zachodu (komiksy, seriale) i Wschodu (warto pamiętać o niesłabnącej popularności mangi i anime), przypominają - skądinąd słusznie - że my też mamy swoje. Wśród nich ten dotyczący początków Krakowa i walki ze straszliwym smokiem pozostaje jednym z najpopularniejszych. Stojący niedaleko brzegu Wisły, ziejący ogniem pomnik mówi przechodniom pewnie więcej niż milczący Adam Mickiewicz na Rynku.

Kiedy opowieść rezonuje, można z nią wejść w twórczy dialog. Z tego też Roszkowski korzysta. Nie przyjmuje postawy rekonstruktora i nie stara się na przykład szewczyka Dratewki potraktować jako eksponatu, który wystarczy wyciągnąć z magazynu zbiorowej pamięci, odkurzyć i ustawić w świetle reflektorów. Wówczas mielibyśmy do czynienia z trudnym do zniesienia muzeum. W Smoku! sprawdza się nowe punkty widzenia, z których widoczne stają się nowe, współczesne tematy.

Przewodniczką po legendarnym świecie jest bogini Żywia (Bożena Adamek). Jej kostium to efektownie udrapowana suknia w kolorze głębokiej czerwieni, a czoło wieńczy wielki bukiet róż. Przez większość spektaklu pozostaje zdystansowana wobec scenicznej akcji; ukazuje się kilkakrotnie na jednej z najwyższych lóż i stamtąd opowiada. Na początku przedstawia Kraka (Tadeusz Zięba) i jego potomstwo: synów Lecha (Antoni Milancej) i Kraka Juniora (Karol Kubasiewicz) oraz córkę Wandę (Agnieszka Kościelniak). Przeszłość króla i czasy dorastania jego dzieci poznajemy nie tylko dzięki słowom - narracji towarzyszy kilkuminutowy teatr cieni, w którym aktorzy żwawo i dowcipnie ilustrują losy pierwszego władcy Krakowa. Wtedy też zostają zarysowane podstawowe relacje rodzinne, czyli pobłażliwy stosunek Lecha do Juniora (do którego, mimo protestów, zwraca się nieustępliwie per "braciszku") i protekcjonalizm mężczyzn wobec Wandy. Jako że jest dziewczyną, jej zdanie się nie liczy. Nie może także uczyć się razem z braćmi władania bronią. Dostaje tylko pozwolenie na naukę strzelania z łuku. Będzie to miało swoje konsekwencje w finale historii, kiedy od celności jej oka zależeć będzie los wszystkich mieszkańców. Nim jednak krakowian przejmie trwoga spowodowana smoczym terrorem, Lech i Krak Junior, którzy zapomnieli się w wirze wykonywania rozkazów ojca i w żądzy niepohamowanego rozwoju, decydują się ściąć święty gaj. Chęć zbudowania możliwie najkrótszej drogi do miasta zachwiewa przyrodą dookoła grodu. Wszystko zaczyna usychać i mieszkańcy zaczynają cierpieć niedostatki.

Brzmi "zielono"? Niewątpliwie, bo to jeden z głównych tematów przedstawienia. Opowiadając na nowo legendę, dotyka się równocześnie istotnego problemu, jakim jest dziś ponowne sformułowanie swego rodzaju porozumienia ze światem przyrody. Co istotne, Roszkowski jasno wskazuje, że zarówno wina, jak i rozwiązanie leży po stronie ludzi. Kiedy Żywia pojawia się jedyny raz na scenie - na wezwanie popadającej w zwątpienie Wandy, której znaczenie stopniowo rośnie wraz z biegiem opowieści - wyjaśnia, że smok nie jest żadną karą zesłaną przez siły wyższe. To anomalia, której obecność jest konsekwencją ludzkich działań. Odpowiedzialność jest jasna. Nabroili nieroztropni faceci (Lech i Junior), starsze pokolenie nie ma już sił do intensywnego działania (Krak) i to kobiety muszą nas ratować. W tym przypadku jest to Wanda, ale swój udział ma również rezolutna, kierująca się zdrowym rozsądkiem kucharka Lubawa (Marta Waldera).

Proste? Za proste? Nie sądzę. Udaje się Roszkowskiemu metaforycznie pokazać mechanizm, którego - czy się tego chce, czy nie - częścią jesteśmy wszyscy. Nie warto chyba iść aż tak daleko, żeby dopatrywać się w smoku symbolu katastrofy klimatycznej. Wystarczy punkt wyjścia, czyli wycięcie lasu, które zaburza równowagę. A że przy okazji dostajemy opowieść o złym Kraku Juniorze, który dopuszcza się zbrodni, wobec zmęczenia ojca przejmuje władzę i doprowadza królestwo na skraj upadku? To tylko na plus autora, że jest w stanie przechwycić wielowiekową historię i nadać jej aktualny sens.

Cieszy oko również forma, jaką nadaje swojej opowieści Roszkowski. Połyskujące kostiumy, szczególnie kwieciste marynarki synów, mienią się pod światłem reflektorów; mi w pamięci pozostał szczególnie kapłan Mirmił (Tomasz Wysocki) - zabawny w swojej gorliwości strażnik pogańskiej wiary, w nakryciu głowy okraszonym rogami, w wielobarwnym ponczo z masą kolorowych frędzli. Centrum scenografii Mirka Kaczmarka stanowią schody prowadzące do tronu Kraka, który, zniechęcony do działania i głuchy na prośby córki, siedzi przez dużą część przedstawienia tyłem do widzów. Tron otaczają pozbawione gałęzi pnie drzew - znak zniszczonego gaju. Pośród nich można wypatrzeć bokserski worek treningowy. To przy nim cierpliwie ćwiczy Wanda, kiedy jeszcze jest ignorowana przez najpierw dwóch, a potem przez jednego brata. Lecz najważniejszą scenografią są ściany i widownia dużej sceny krakowskiego teatru. Jej niedzisiejszy, ozdobny charakter zostaje przysłonięty licznymi projekcjami. Bo animowany smok grozi nie tylko postaciom na scenie, pojawiając się na horyzoncie, ale straszy również widzów, latając po lożach i balkonach, groźnie przy tym rycząc. Nic dziwnego, że powracająca na scenę jak refren grupa krakowian - w kolorowych kostiumach, maskach i z małymi szopkami na głowach - przypominająca nieco chórek lajkoników, poza tym, że śpiewa i tańczy, to także drży i ucieka w popłochu.

Gdyby ktoś z nich padł ofiarą smoka, wpadłby do kanału orkiestrowego. Tak jak dzieje się z przybyszami z dalekich krain, których przyzywa wirujący po scenie w błyszczącej pelerynie, pyszałkowaty Krak Junior. Rady nie daje ani brodaty i mrukliwy Sven Svensson z Północy (Antoni Milancej), ani wymachujący maczugą i zerkający niedwuznacznie na kucharkę Mylobrjat Salonyj (Maciej Jackowski), ani błyszcząca za sprawą złotego kostiumu i biegłości we wschodnich sztukach walki Katsumi Shun (Agnieszka Judycka). Bezradny pozostaje również Francuz Henry Jet'Aime (Daniel Malchar), na którego miłosne podskoki i rozrzucane płatki kwiatów smok pozostaje nieczuły. Tu jednak trzeba zwrócić uwagę, że prezentacja potencjalnych zabójców potwora jest fragmentem, w którym przedstawienie wypada z dobrego, wysokiego rytmu. Schemat jest prosty (przydługa prezentacja bohatera-szybka porażka) i szkoda, że go nie urozmaicono albo nie utrzymano na podobnym co reszta spektaklu tempie.

Rozwinąć można by za to wątek jakby wyjętych ze świata Tolkiena dwóch Drzewic (Agnieszka Judycka i Marta Waldera), towarzyszek bogini Żywii i opiekunek świętego gaju. Ich wejścia ewidentnie wzbudzają zainteresowanie widzów, bo i są stworzeniami niezwykłymi. To para wędrujących na pneumatycznych szczudłach ożywionych krzaków-duchów, które, będąc świadkami bratobójczej zbrodni, pomagają Wandzie poznać prawdę i odsłonić kłamstwa Juniora. Ich niefrasobliwość w formułowaniu wypowiedzi połączona z górowaniem nad innymi postaciami wprowadza trochę komizmu, ale też tajemniczości.

Tę tajemnicę udaje się, wraz z nieśmiałym i posłusznym mamie szewcem Skubą (Maciej Jackowski), Wandzie rozwikłać. Postać graną przez Agnieszkę Kościelniak można traktować jako teatralną odpowiedź na Daenerys Targaryen z "Gry o tron". Obie początkowo ignorowane przez otoczenie, muszą same wywalczyć należne sobie miejsce, by ostatecznie to od nich zależał finał historii. Los dla Wandy jest łaskawszy niż dla Królowej Smoków. Wyborna łuczniczka, niczym współczesna wersja amazonki, sprowadza na strwożony Kraków spokój. Nie musi oddawać ręki ani poczciwemu Skubie, ani też żadnemu niemieckiemu księciu. Nastaje czas jej panowania.

Można oczywiście tę perspektywę zlekceważyć, ale przestrzegałbym przed taką postawą. Podobnych do Wandy młodych dziewczyn widać było na widowni wiele i jeśli jeszcze nie teraz, to prędzej czy później od nich będzie coraz więcej zależało. Może również to, czy nie pożre nas wszystkich jakiś inny, niekrakowski smok, jeśli nie przestaniemy ścinać lasów, palić węglem, śmiecić ponad miarę czy ignorować wiadomości o klimatycznej katastrofie. Dlatego finałowych projekcji z nagraniami zniszczonych przez człowieka miejsc nie traktuję jako nadgorliwości twórców. To temat, którym jeszcze nikt nie ma prawa być znużony.