powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Prorocza to noc!

"Tajemnica beletrysty, czyli ostatnia czytelnia w Imielinie" Mateusza Lewandowskiego, Karoliny Norkiewicz i Michała Sufina w reż. Michała Sufina w Klubie Komediowym w Warszawie. Pisze Michał Mizera, członek Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Prorocza to noc! - chciałoby się zakrzyknąć w ślad za bohaterami "Lata Muminków" Tove Jansson, wystawiających pod wodzą szczurzycy Emmy, dawnej woźnej opuszczonego teatru, sztukę "Narzeczone lwa, czyli więzy pokrewieństwa". Michał Sufin przedstawił w Klubie Komediowym, firmowaną przez Stowarzyszenie "Windą w bok", zgoła niefuturystyczną, wizję świata bez książek. Osiedli bez bibliotek. Inteligentów bez regałów Billy, a regałów Billy bez czytelników. Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka. Czytasz? Tym bardziej nie idę: co to za upokorzenie przegrać w łóżku z Proustem czy jakimś innym Mannem! To prosta droga do frustracji, nie tylko czytelniczej!

Spektakl pierwotnie powstał na zakończenie Big Book Festival i doprawdy trudno o lepszą okoliczność jego premierowego zaistnienia w zgrzebnej, umownej, pomysłowej, dowcipnej scenografii Michała Jońcy (jak żartował Sufin w monologu wstępnym, oddającej poziom budżetu tego przedsięwzięcia). Cały scenariusz, autorstwa trójki współpracowników: Michała Sufina, reżysera i współwłaściciela Klubu Komediowego, Karoliny Norkiewicz, stand-uperki i menadżerki Klubu oraz aktora Mateusza Lewandowskiego - upstrzony jest literackimi asocjacjami, aluzjami, nawiązaniami, cytatami, kryptocytatami, parafrazami i trawestacjami. I dotyczy tego, co jest ideą przewodnią owego Dużego Festiwalu Czytania: jak czytanie uczynić atrakcyjnym w nowych "okolicznościach przyrody", jak podtrzymać tradycyjny kontakt z literaturą w nietradycyjnej, a nowoczesnej formie.

Oto ponaglony telegramem Zagranicznych Przyjaciół, zapowiadających postój w warszawskim Imielinie, niejaki Pan Julian rusza do dawno nieodwiedzanej ursynowskiej czytelni, by doszkolić się w temacie aktualnych mód literackich. Jakież jego zdziwienie, kiedy okazuje się, że jest jedynym gościem czytelni, a zrozpaczona bibliotekarka, Pani Cymelia, rzuca obelgami w kierunku doniczek obsianych "kwiatami zła" (inaczej się przecież w jej czytelni marnują...). Ma po temu istotny powód: otrzymała właśnie pismo z terminem 24 godzin na eksmisję. Konkurencja ("Książki 24 h") bezlitośnie czeka, przygotowana już do inauguracji swojej działalności spotkaniem z Najbardziej Poczytnym Autorem. Można wprawdzie wyzwać Najbardziej Poczytnego Autora na pojedynek, ale brak śmiałków zdolnych stanąć w literackie szranki i pokonać owego "potwora". Dzielny Pan Julian rusza w osiedle na poszukiwanie odpowiedniego kandydata.

Taki oto początek akcji tego beletrystycznego dramatu. Dalszy ciąg niezwykłych wydarzeń (naprawdę niezwykłych, tak niezwykłych, że domagających się postawienia pytania, jakimi drogami - i czym powodowana! - porusza się wyobraźnia Autorów!) niech pozostanie niespodzianką dla wszystkich przyszłych uczestników tego wydarzenia. Dość wspomnień o postaciach napotkanych w trakcie tych poszukiwań. To rozwiedziona Pani Warzywko i jej Ex ("Moja była żona, proszę pana, potrafiła wciągnąć się do tego stopnia w lekturę, że nawet w czasie pożycia intymnego nie odkładała książki. Z czasem doszliśmy do takiej wprawy, że punkt kulminacyjny powieści idealnie pokrywał się z kulminantą naszego aktu miłosnego"). Osiedlowy Reportażysta ("Ja jestem prozaikiem bezriserczowym. Nic nie sprawdzam. Piszę, jak mi wyjdzie! Honorowo. Na mnie to temat musi sam wpaść"). Pacjent i Duch czekający na wizytę u Doktor Szwarcpaginy ("Czy to narrator wszechwiedzący? Zapadł się w lekturę. Siostro, proszę podać kaczkę dziennikarską"). Doczytywacz Albert zawodowo zajmujący się doczytywaniem ledwie napoczętych książek, specjalizacja: lektury szkolne ("Ja całe życie byłem chowany w szacunku dla statystyki. Mamę miałem z ZUS-u, a tatusia z GUS-u. I oni sobie mnie zrobili na przełamanie niżu"). Wreszcie chór "rewelersów" znani jako Fani Fantazy (">>Paw królowej<< do mnie nie przemawia/ Prawdziwa Królowa ma smoki, nie pawia). Nieco odjechana bibliofilka Tamara zapraszająca na quasi ezoteryczno-erotyczne warsztaty lekturowe ("Kochany, mógłbyś mieć w rękach oryginał Biblii Gutenberga, a miłości byś nie miał... No więc ja nauczam miłości. Proszę, bierzemy po jednej książce... I teraz tak: książkę trzeba odbierać holisensualnie"). Wreszcie prowadzący otwarcie "Książęk 24 h" Biały kłamca i sam Pleonazmus w roli Najbardziej Poczytnego Autora ("Moje książki są mojego autorstwa").

Wszystko to w tonie komediowym, absurdalno-groteskowym, błyskotliwym, inteligentnym. Przy drinku, czynnym równolegle barze, w którym można się zaopatrzyć (lub po prostu wrzucić pieniądze do słoika na ladzie, co gospodarze traktują jako "wyjście honorowe"). Miły, zabawny wieczór w miłych, zabawnych okolicznościach. Ale przecież w tych żartach ukryty jest ton serio, ton szukający wspólnoty w obliczu lekturowego "końca świata". Jak apokalipsa, to apokalipsa, przynajmniej umrzemy razem, z książkami w ręku. Jak nie z czytelniczego głodu i niezaspokojenia, to ze śmiechu. Sami z siebie się śmiejemy i jest to śmiech oczyszczający, śmiech wtajemniczonych, śmiech redaktorów i edytorów, śmiech polonistów i humanistów. Śmiech tych, którzy wrócą do domu i sięgną po kolejną książkę, koniecznie w otoczeniu naturalnego dla nich krajobrazu lektury: wygodnego fotela, pledu (nie jakiegoś tam wulgarnego koca), kubka gorącej herbaty oraz najwierniejszej towarzyszki wieczornych, późnojesiennych lub zimowych nielimitowanych czasowo wędrówek kulturalnych - nocnej lampki. Tej samej, o której i do której wiersze pisali tacy mistrzowie jak Zbigniew Herbert.

Jasno trzeba powiedzieć, ze nie byłoby sukcesu tego przedsięwzięcia, gdyby nie trzy elementy: scenariusz, reżyseria i aktorzy. A z nich zaś największe jest aktorstwo. Młodzi wykonawcy są po prostu znakomici. Z lekkością wielkich mistrzów gatunku (nazwijmy go bardzo szeroko: kabaretowym) żonglują aktorskimi perełkami: minami, grepsami, dobrze temperowaną przesadą, grubą kreską przełamywaną niezwykłą wprost czułością wobec swoich papierowych (sic!) postaci. Potrafią i dykcyjnie wytrzymać natężenie "trudnych słów", i zaśpiewać (też w różnych gatunkach!), i wyjść z roli (gdzie trzeba), i zaśmiać się z kolegi, przerywając przedstawienie (gdzie trzeba), co publika lubi i docenia. To jest dar, nie wszyscy aktorzy go posiadają. Ten rodzaj swobody estradowej, zarazem utrzymanej w precyzyjnych ryzach scenariusza i roli, sięgający do doświadczeń literackiego kabaretu, niewymyślnego stand-upu i żywiołowej improwizacji z publicznością - to fantastyczne doświadczenie warsztatowe, poszerzające rutynowe emploi, wyniesione ze szkoły teatralnej. Powiedzmy zresztą jasno: tego w szkole nie uczą. To trzeba wypracować w pocie czoła na estradowych deskach.

Kolosalna w tym zasługa reżysera Michała Sufina, który zjadł zęby na tego typu teatralnych formach i swoje unikatowe, jeszcze Klancykowe doświadczenie potrafi przekazać kolegom aktorom. Cała piątka: Katarzyna Kołeczek, Dorota Krempa, Grzegorz Kwiecień, Mateusz Lewandowski, Szymon Roszak - gra po prostu koncertowo. Godni następcy Ireny Kwiatkowskiej, Anny Seniuk, Magdaleny Zawadzkiej, Wiesława Michnikowskiego, Jana Kobuszewskiego czy Piotra Fronczewskiego. Bo i skojarzenia z owymi mistrzami narzucają się nienachalnie, ale jednoznacznie. Wieczór w Klubie Komediowym pozwala uzmysłowić sobie, czym przed laty mogła być wizyta w "Dudku", "Kabarecie pod Egidą", czym kolejne odcinki telewizyjnego "Kabaretu Starszych Panów", czy - jeszcze nie tak dawno, o czasie szybko upływający! - kolejne programy Kabaretu POTEM. Owszem, oddechem od szarej wówczas (dziś nazbyt pstrokatej) rzeczywistości, owszem, dwiema godzinami bezinteresownego uśmiechu, śmiechu a nawet rechotu, owszem, sympatycznie spędzonym wieczorem. Ale i lekcją stylu, klasy, dystansu, ironii, inteligentnej złośliwości, (auto)krytycznego stosunku do zgoła nieliterackiej codzienności. Ale i lekcją nawiązywania budowanego ponad czy między słowami międzyludzkiego porozumienia.

Równie utalentowani - nie da się tego inaczej określić - okazali się bowiem uczestnicy owego nocnego seansu, którzy siedzieli na widowni tego wieczoru, dawno nie miałem okazji współuczestnictwa w tak uwspólnionym odbiorze przedstawienia, na podobnych falach, w podobnym rytmie, oddechu i podobnych reakcjach. Jeśli chcecie zobaczyć i poznać inteligencką publiczność (i poczuć się jej - o snobizmie! - częścią), idźcie na "Tajemnicę beletrysty, czyli ostatnią czytelnię w Imielinie". Poczujcie namiastkę tego, co mogli czuć prapremierowi czytelnicy "Pana Tadeusza, czyli ostatniego zajazdu na Litwie". Żegnali się z oni - w poczuciu niedawnej katastrofy - z odchodzącym światem swoich tradycji i wartości, pogodzeni, że lada moment znajdzie się on zanurzony w formalinie w jakimś muzeum osobliwości. Ale z jaką klasą to pożegnanie! Z jakim humorem! Za jaką czułością i zrozumieniem dla praw natury i mechanizmów kultury! Powiedzmy to wprost: wieczór taki jak ten wypełnia ogromną lukę w i po czymś, co w telewizji publicznej onegdaj nazywało się "pasmem dla inteligencji". Socjologowie potwierdzają: nie ma już inteligencji jako warstwy społecznej, przynajmniej nie w znanych nam dotąd formach i rozumieniu. Nie ma więc pasma dla inteligencji. Niedobitki i rozbitkowie, a właściwie ich potomkowie, błąkają się po warszawskich piwnicach, spotykają i rozpoznają się w tych paradoksalnych Okopach św. Trójcy. A jak poznają, to i - popuśćmy wodze fantazji - zakochują. Po powrocie do domu idą do łóżka. Tylko po co, skoro prokreacja wymarłej klasy nie ma sensu?

Jak to po co? Poczytać! Tekst "Tajemnic" powinien zresztą zostać wydany, a piosenki do świetnej, wpadającej w ucho, niebanalnej muzyki Pawła Szamburskiego - nagrane i wydane na płytach CD. Wręczając je sobie na Gwiazdkę, moglibyśmy, jak pierwsi chrześcijanie, wysyłać sobie tajemny sygnał, przynależności do jednej kasty, kasty beletrystów. Tak, łączą nas "więzy pokrewieństwa". Tak, jesteśmy z Klubu Komediowego, tak, jesteśmy od Sufina, tak, jesteśmy myślący, czujący i z poczuciem humoru. Nawet, jeśli to dzisiaj poczucie trującego muchomoru raczej.