powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Przebieżką przez Pekin

"PeKiN" Agaty Biziuk w reż. autorki, koprodukcja Teatru Żydowskiego w Warszawie i Teatru Papahema z Białegostoku. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Z kontuaru w przedsionku wziąłem zgrabny zeszycik, co wyglądał jak program do spektaklu. Ale nie był programem. Był zeszycikiem właśnie. Edukacyjnym. Na ostatniej stronie wydrukowano obsadę, poprzednie wypełniły szczegółowe konspekty trzech lekcji, które należałoby przeprowadzić po obejrzeniu przedstawienia. "Pałac Kultury jako bohater tekstów literackich. Nasz dom pod pałacem. Co zrobić z Pałacem Kultury i Nauki". Napisali je nauczyciele z warszawskich liceów, pewnie fajni belfrzy.

A mnie to jakoś nastroszyło. Co u diabła, przyjechałem przecież jak należy do teatru, poważnie, na siódmą wieczór. Nie umawiałem się do freblówki.

Dobrze, dobrze, proszę na mnie nie krzyczeć. Wiem, że jest ciężko, teatr orze jak może, a twórcy szukają pieniędzy na realizacje gdzie tylko się da. Więc i w rozmaitych konkursach grantowych, przedsięwzięciach niekiedy całkiem odległych od życia sceny, promujących konkretne tematy i konkretnych adresatów. I trzeba się naginać, przydeptując gardło własnej pieśni. Wiem też, że młody widz może być, jeśli się doń trafi, wdzięcznym odbiorcą, nie tak zblazowanym, jak starzy burżuje gustujący w farsach. Wszystko to wiem. Może po prostu kropla przelała czarę. I poczułem, że już za chwilę wśród kolejnych misji, jakie bierze na siebie teatr, edukacyjnych, wspólnotowych, wspomagających ważne akcje społeczne, aktywizujących grupy wykluczone, miastotwórczych, badawczych, akademickich i jakich jeszcze chcieć, zginie nam z oczu funkcja naturalna i podstawowa: tworzenie sztuki dla świadomych, dorosłych, nie potrzebujących dydaktyki widzów. Nam zginie z oczu, nam, obserwatorom! Widzom nie zginie, po prostu przestaną się naszymi niszowymi głosami przejmować. Już to chyba zresztą zrobili.

To dygresja, przepraszam. Miało być o spektaklu "PeKiN" przygotowanym przez Agatę Biziuk z aktorami Teatru Żydowskiego i grupą białostockich absolwentów Akademii Teatralnej funkcjonującą pod nazwą PAPAHEMA. Nie oglądało mi się go zbyt dobrze. Czy tylko przez to odkrycie przy wejściu, że miast dorośle bawić, wzruszać i nakłaniać do myślenia, mogą mnie za chwilę zasadzić w szkolnej ławie?

Niekoniecznie. Bo poprzednie przedsięwzięcie tej samej ekipy, równie edukacyjne, było świetne. Dwa lata temu, w roku jubileuszowym polskiej chemiczki-noblistki, Agata Biziuk z PAPAHEMĄ przygotowała widowisko "Skłodowska Radium Girl", też niby lekcję, ale jaką! Ileż tu atrakcji - notowałem sobie wtedy. - Życiorys Marysi S. napisany częstochowskim wierszem. Alternatywna biografia: co by było, gdyby Maria wyszła za syna hreczkosiejów, u których była guwernantką: on by został uniwersyteckim profesorem, ona kisiłaby się w domu, bo przecież dawanie wykładów, nawet ku oświacie ludu, źle świadczyłoby o umiejętnościach utrzymania rodziny przez męża. Dyskusja o Marii i Polsce w poetyce telewizji śniadaniowej. Zespół rockowy Radium Girls, który oczywiście świeci w ciemności. Polska na kozetce u Freuda. Poród córek versus poród pierwiastków, imieniem polon i rad. Personifikacja tychże w postaci natrętnych bobasów. Romans z Paulem i skandal w świecie naukowym, którego nie trzeba turbodoładować, sam się kręci. No i oczywiście cały pakunek haseł ruchów feministycznych, na których ikonę Maria Skłodowska-Curie nadaje się jak mało kto.

Chciałbym powtórzyć te superlatywy wobec "PeKiNu". Ale nie mogę niestety już na poziomie scenariusza, który sprawia wrażenie skompilowanego w pośpiechu; może właśnie mijał termin wystąpienia o grant? Agata Biziuk poszła po linii najmniejszego oporu. Przejrzała historię warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki sprzężoną z dziejącą się tu i dookoła historią - i zilustrowała działaniami teatralnymi wypisane sobie punkty. Leciało po kolei: niechciany prezent od Stalina, budowniczowie nowej Polski i sieroty po zamordowanych obywatelach starej, kamienice, co poszły w gruz pod nową budowlą, bikiniarska młodzież w zabawie w Kongresowej, musztra na basenie w Pałacu Młodzieży, Gomułka i rok 1968. Po czym rok 1990, "sztandar wyprowadzić", reprywatyzacja, facet, co na odzyskanej działce stawia wrak samolotu i sprzedaje kebab, afera z rzeźbami Aliny Szapocznikow. Mogłoby to być nawet w takiej przebieżce teatralnie efektowne, tyle że poszczególnym scenkom zabrakło błysku metafory, syntezy, skrótu, który olśniewa i zapada w pamięć. Tylko odfajkowano tematy. Jak w szkole: dziś przerobiliśmy...

Przez tą połebkowość teatralna lekcja o Pałacu trochę straciła adresata. Bo co mógł młodzieży młodszej od Trzeciej Rzeczpospolitej mówić okrzyk "sztandar wyprowadzić", czyli czysto hasłowe odniesienie do pogrzebu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, z którym to pochówkiem nie wiązała młodych żadna miła emocja? Albo spowiedź Gomułki wsadzanego na minę antysemityzmu przez towarzyszy i przez sytuację, może najmniej przez własne chęci, ściśnięta właściwie pod granice nieczytelności także dla uczniów przerośniętych, takich jak ja i moi towarzysze z widowni? Owszem, studentom uniwersytetu piątego wieku dłonie same składały się do oklasków w rytm pieśni masowej "Budujemy nowy dom". Ale chyba nie za bardzo o to chodziło.

Rzecz jasna trudno zrobić porządne przedstawienie historyczne na dwudziestu metrach kwadratowych, wyciętych w środku kiszkowatej sali zastępczej warszawskiego Teatru Żydowskiego. Ale Ľudmile Bubánovej udało się tam urządzić całkiem niezłą przestrzeń. I byłoby niesprawiedliwością niezauważenie paru pięknych zaaranżowanych tu scen: sekwencji z widmami stu siedemdziesięciu siedmiu kamienic, co poszły pod pałacowy spychacz, czy z żydowskimi sierotami po zabitej dawnej Polsce. Portretu Restauracji "Kongresowa" z jedynym długi czas w pruderyjnym polskim socjalizmie "oficjalnym" striptizem, bądź nachlorowanej pływalni Pałacu Młodzieży. Zbyt dużo było jednak scenek bladych, statycznych, bezpomysłowych. Ot, prolog. Stoi aktor i gada "Jestem... faktem. Jestem grobem. Jestem pomnikiem. Jestem tajemnicą. Jestem tabu. Jestem legendą za życia". Bo niby to on jest Pałacem. I co, żadnego ruchu do tego? Żadnej niezwykłości sposobu bycia? Żadnego ogrywania Mateusza Trzmiela przez kolegów wedle odwiecznej reguły teatralnej, że króla gra przede wszystkim jego otoczenie?

PAPAHEMA to czwórka ex-studentów Wydziału Lalkarskiego w Białymstoku, którzy po studiach postanowili trzymać się razem, robić własny teatr. I walczą o siebie z imponującą determinacją już chyba pięć lat z górą, szukają instytucji wspierających, miejsc do grania, grantów na utrzymanie. Aliści powtarzają jednocześnie niechcący wyboistą artystycznie drogę Montowni sprzed ćwierć wieku, też czwórki utalentowanych wykonawców w nieustannym poszukiwaniu repertuaru, tematów do grania, zadań. Jakby świetne instrumenty prosiły się o melodię. Miałem wrażenie, że ich energia, wola artystycznej walki jakoś przygasa, szarzeje - ale może trafiłem na nienajlepszy przebieg przedstawienia? To, co mnie nieodmiennie dziwi w praktyce grupy, to odcinanie się od lalkarskiego wykształcenia, które mogłoby być ich znakiem artystycznej odrębności. Może się kiedyś na tym sparzyli; pamiętam taką nie najmocniejszą "Calineczkę dla dorosłych" zrobioną właśnie wspólnie z Montownią. Ale tu parę razy aż by się prosiło. Agata Biziuk napisała scenkę z Broadwayu, dotyczącą jednak nie zaoceanicznej wyprawy "Metra", które też przecież w pałacowym teatrze się narodziło. Tu o rolę w musicalowym przeboju miały starać się budynki, nasz PeKiN obok wieży Eiffla i Empire State Building. I makiety wysmukłych drapaczy chmur znalazły się w dłoniach aktorów, działały tam jednak tak niemrawo, jakby animowali je amatorzy, co w życiu nie zdawali egzaminu z "gry z przedmiotem".

Trochę żal szansy. Temat na pewno był do przerobienia w atrakcyjne, niebanalne widowisko. Ile w tym winy twórców, a ile niesprzyjających okoliczności zewnętrznych, pewnie się nie dowiemy.