powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Sztuka jest jak Ibuprom

Wyświetlane na ekranie ponad sceną nazwy miast otwierają kolejne rozdziały spektaklu, które, z pozoru zupełnie ze sobą niezwiązane, łączą się w spójny obraz przedstawiający niemoc, obcość, wyizolowanie i bezsilność wobec rzeczywistości. Każda z dziesięciu lokalizacji to inny krajobraz i inna perspektywa. Zaczynamy w Madrycie - o "Możliwościach znikających przed krajobrazem" w reżyserii Tanyi Beyeler i Pabla Gisberta z El Conde de Torrefiel, pokazanego gościnnie w Nowym Teatrze w Warszawie pisze Julianna Błaszczyk w Teatraliach.

Nie jest tajemnicą, że myślicielom towarzyszyły i nadal towarzyszą refleksje nad marną kondycją ludzkości, zbliżającym się końcem epoki czy nad beznadziejnością praw, jakie w danym momencie rządzą społeczeństwem. Uczucia te najwyraźniej nie były również obce twórcom spektaklu "Możliwości znikające przed krajobrazem" (hiszpańskiej grupie El Conde de Torrefiel), którzy postanowili zabrać widzów w podróż po Europie i pokazać panoramę jej współczesnych kryzysów.

Od początku do końca jest minimalistycznie. Publiczność poznaje dziesięć historii, które są częściowo opowiadane przez kobiecy głos z offu, a częściowo jedynie wyświetlane w formie tekstu na ekranie u góry sceny. W spektaklu gra czterech mężczyzn. Nie wypowiadają ani słowa, za to ich powściągliwe, oszczędne ruchy i przybierane pozy stanowią pewnego rodzaju ilustrację do tego, co publiczność słyszy i widzi na ekranie nad sceną. Akcja przedstawienia rozgrywa się w dziesięciu europejskich miastach, są to kolejno: Madryt, Berlin, Marsylia, Manchester, Kijów, Bruksela, Saloniki, Warszawa, Lanzarote i Florencja. W każdym z nich jeden lub kilku bohaterów, bazując na swoich przeżyciach, snuje rozważania o sobie i świecie. Wśród nich są zarówno przypadkowi obserwatorzy rzeczywistości, jak i znane osoby, między innymi: Michel Houellebecq, Paul B. Preciado, Spencer Tunick oraz Zygmunt Bauman. Ich historie są opowiadane przez głos z offu lub wyświetlane na ekranie. Niektóre stanowią zapis filozoficznych przemyśleń krążących wokół próby odnalezienia się w świecie, inne to po prostu urywki z życia. Fotograf Spencer Tunick próbuje zrobić sesję rekonstruującą Zagładę, natomiast jego statyści myślami są zupełnie gdzie indziej. Kijowska poetka pisze wiersz o starości i straconych możliwościach, a potem decyduje się nikomu go nie pokazać. Hiszpańscy animatorzy pracują od rana do nocy, zabawiając niemieckich turystów. Chłopak wraca do domu, w którym każdy jest samotny, wyizolowany, skupiony na własnych dążeniach i uzależnieniach. Twórcy spektaklu - Tanya Beyeler i Pablo Gisbert - w rozmowie z Christillą Vasserot przyznają, że wszystkie wypowiedziane zdania, nawet te włożone w usta rozpoznawalnych twórców kultury, są zmyślone.

Żart w spektaklu wyraźnie kontrastuje z flegmatycznym głosem z offu i raczej literackim niż teatralnym językiem. Tworzy się coś w rodzaju performatywnego czytania eseju.

Przedstawienie trudno sklasyfikować, bo jego autorzy odmawiają odgrywania na scenie historii , zamiast tego decydując się na opowiadanie. W narracji nie brakuje ironii i humoru, nawet historie o smutnym wydźwięku wydają się lekkie i zabawne. Żart w spektaklu wyraźnie kontrastuje z flegmatycznym głosem z offu i raczej literackim niż teatralnym językiem. Tworzy się coś w rodzaju performatywnego czytania eseju. Tanya Beyeler, reżyserka, w wyżej wspomnianym wywiadzie tłumaczy, że nazwa każdego z dziesięciu wybranych miast przywodzi na myśl inne skojarzenia i mówi, że "słowo samo w sobie jest obrazem". Dodaje : "Wybieraliśmy więc obrazy odpowiednie do nazwy każdego miasta: tego jak brzmi, emocji, jakie wzbudza, wyobrażenia, jakie przywodzi, a także estetyki samego słowa". Tak więc czynności, jakie artyści podejmują na scenie, czasem są reakcją lub odpowiedzią na to, co mówi głos, a czasem dopasowaniem się do niego, jak do wytycznych demiurga. W niektórych scenach wydają się po prostu działaniem, które ma ożywić opowieść. Jest tak w przypadku, kiedy performerzy wnoszą rośliny doniczkowe, mogące kojarzyć się z Florencją, czyli miejscem, gdzie rozgrywa się ostatnia historia.

Wyświetlane na ekranie ponad sceną nazwy miast otwierają kolejne rozdziały spektaklu, które, z pozoru zupełnie ze sobą niezwiązane, łączą się w spójny obraz przedstawiający niemoc, obcość, wyizolowanie i bezsilność wobec rzeczywistości. Każda z dziesięciu lokalizacji to inny krajobraz i inna perspektywa. Zaczynamy w Madrycie. Publicystka Sara Mesa występuje na konferencji w Muzeum Antropologii, gdzie mówi o sztucznym i naturalnym społeczeństwie. Scena jest pusta. Tyłem do publiczności stoi Tanya Beyeler i zaczyna opowiadanie. W pewnym momencie milknie i zostaje tylko tekst przemówienia wyświetlany na ekranie. W końcu artystka schodzi ze sceny i nie zostaje nic (później to właśnie ją słyszymy jako głos z offu). To zapowiedź odmowy i zaprzeczenia, które cechują cały spektakl. Głos Beyeler słychać do końca przedstawienia, jednak sama artystka więcej się już nie pokazuje. Kolejna opowieść została ulokowana w Berlinie, następna w Marsylii. To tam padają chyba najważniejsze słowa: "Sztuka jest jak Ibuprom". Ibuprom dla społeczeństwa. Sztuka wymyśla rewolucję, ale ją spowalnia. Pokazuje pewne możliwości, wytyka błędy, ale nigdy nie pociąga za sobą zmian, buntu. Sztukę tworzy się i ogląda, aby poczuć się lepiej.

Ta refleksja pobrzmiewa w całym spektaklu, szczególnie wyraźnie powraca jednak w scenie rozgrywającej się w Brukseli. Czterej performerzy odgrywają tam performance, który na dodatek jest opisywany przez głos z offu jako "występ czterech Latynosów", którzy robią takie rzeczy, że "wszyscy zastanawiają się, gdzie leżą ich granice". O jakie dokładnie rzeczy chodzi? Tego widz się nie dowiaduje, ale obecni na scenie artyści wychodzą naprzeciw niezaspokojonej wyobraźni publiczności i podczas gdy głos z offu opisuje, jak Paul B. Preciado patrzy na "szokujące widowisko" w brukselskiej galerii sztuki, oni zdejmują spodnie i z uwagą przyglądają się swoim zabarwionym na różne kolory penisom. Na sali słychać śmiech, bo obraz połączony z narracją faktycznie jest zabawny, jednak trudno mi było nie poczuć się choć trochę jak idiotka przyłapana przez Brechta na zbyt dużym zaangażowaniu w historię, którą ogląda.

W "Możliwościach znikających przed krajobrazem" przedstawiono też wiele kryzysów - związanych z samotnością, wyizolowaniem, starością, brakiem pieniędzy, kryzysem wartości, społeczeństwem, w którym nie ma przyzwolenia na nudę i marnowanie czasu. Choć wagi tych problemów nie można kwestionować, zestawienie ich wszystkich w jednym niedługim spektaklu dało efekt przeładowania treścią. Jest to estetyczna opowieść o wszystkim i o niczym, przy czym "nic" jest tu znaczące ze względu na wspomniane wcześniej zabiegi antyteatralne, takie jak odmowa mówienia i działania. Sens całości gubi się jednak pomiędzy kolejnymi częściami. Każda z nich co prawda prezentuje jakiś obraz społeczeństwa w u kresu, jednak tematyka podejmowana w kolejnych częściach jest bardzo szeroka. Trudno powiedzieć, czy widz powinien być poruszony (i spróbować coś zmienić, co jednak wydaje się sprzeczne z wygłoszonymi tezami), pogodzony ze stanem rzeczy (i wrócić do domu z poczuciem nieodwracalnego kryzysu?), czy rozbawiony (i wyjść z teatru z poczuciem, że nic takiego przecież się nie dzieje?). Mam wrażenie, że twórcy chcieli stworzyć projekt totalny, mówiący o wszystkim, ale w konsekwencji nie pogłębili żadnego problemu. Choć całe to rozmycie można by potraktować jako składową konwencji, spektaklowi brakuje esencji. Jest trochę jak ładnie napisany esej z ilustracjami lub panorama bez punktu, na którym można by zawiesić wzrok.

Dzięki swojej nietypowej formie i lekkości zapada w pamięć jako przyjemne doświadczenie, szkoda tylko, że nie ma narzędzia, którym mogłoby wyryć w niej wyraźny ślad na dłużej.

W ostatniej scenie, rozgrywającej się we Florencji, nie ma nawet performerów, są tylko rośliny i ich cienie, wprawione w ruch dzięki migającym światłom. Twórcy spektaklu tworzą listę tego, co należy zmienić w Europie, jednak, zgodnie z tezą na temat funkcji sztuki postawioną na początku, nie sugerują żadnego rozwiązania. Czy odmawianie działania to zgadzanie się na to, by nic się nie zmieniło? Jeśli tak, to autorzy "Możliwości znikających przed krajobrazem" przynajmniej robią to jawnie i mimo pewnego braku spójności, w przeciwieństwie do reżyserów wielu współczesnych spektakli, nie starają się tworzyć iluzji, że rewolucja zacznie się zaraz po wyjściu z teatru. To nie był projekt stworzony po to, by publiczność mogła poczuć się lepiej albo gorzej. Zdaje się, że przedstawienie El Conde de Torrefiel nie ma niczego zmieniać. Dzięki swojej nietypowej formie i lekkości zapada w pamięć jako przyjemne doświadczenie, szkoda tylko, że nie ma narzędzia, którym mogłoby wyryć w niej wyraźny ślad na dłużej.

***

Spektakl pokazywany gościnnie w Nowym Teatrze w Warszawie

El Conde de Torrefiel

"Możliwości znikające przed krajobrazem"

reżyseria, dramaturgia: Tanya Beyeler, Pablo Gisbert,

tekst: Pablo Gisbert,

reżyseria światła: Octavio Más,

scenografia, rekwizyty, kostiumy: Jorge Salcedo, Oriol Pont,

dźwięk: Adolfo Fernández Garcia,

muzyka: Rebecca Praga,

choreografia: Amaranta Velarde,

produkcja: El Conde de Torrefiel,

głos z offu: Tanya Beyeler,

koprodukcja: Teatro Pradillo-El lugar sin limites, Graner Espai de Creació, Festival TNT Terrassa,

występują: Albert Pérez, Nicolás Carbajal, Nicolas Chevallier, David Mallols