powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Tracąc autonomię

"Virginia Wolf" wg Kyo Maclear w reż. Gintar Radvilavičit z Białostockiego Teatu Lalek na IX Festiwalu Konteksty w Poznaniu. Pisze Kamil Bujny w Teatrze dla Wszystkich.

Jak można ograć chorobę? Jak opowiedzieć o niej bez słów, bez powielania klisz, tak, by zainteresować zarówno dziecko, jak i dorosłego? Brzmi jak wyzwanie, prawda? Gintar Radvilavičit wyreżyserował w Białymstoku bardzo intymne przedstawienie, w którym ukazuje rozwój depresji. Depresji, choć nie tylko - to, co wydaje się dość oczywiste przez kontekst tytułowej Virginii Wolf, przez widzów w różnym wieku i z różnymi doświadczeniami może zostać odczytane na wiele sposobów: jako symbol choroby, lęków, problemów czy zmartwień.

Na początku była niepozorna słomka, którą jedna z aktorek wyciągnęła niejako z siebie - jakby z ucha. Z czasem słomka (a właściwie sznurek z rafii) przyrasta o kolejne, stając się najpierw większym - wciąż nieznaczącym - kłębkiem, a następnie - wilkiem, który wraz z rozwojem przedstawienia jest coraz większy i coraz bardziej dominujący nad postacią. Wprawdzie zwierzę wyjściowo wydaje się całkowicie zależne od jej woli (stanowi wariację na temat niesfornej wyobraźni, może być postrzegane jako kompan do zabawy albo efekt fantazji), jednak z czasem zaczyna być nie tylko samodzielne, ale także groźne i wpływowe - do tego stopnia, że w pewnym momencie zyskuje całkowitą kontrolę nad Virginią: postać przestaje być sobą, a przyjmuje zachowania i wygląd wilka.

W "Virginii Wolf" istotny okazuje się jednak nie tyle powód opisanej transformacji czy jej skutek, ile sam - jakże wymownie i wiarygodnie przedstawiony - proces. Twórcy umożliwiają widzowi luźną, subiektywną interpretację zachodzącej przemiany, choć zahaczają ją o postać tytułowej artystki - angielskiej pisarki, feministki, reprezentantki literatury modernistycznej XX wieku, która przez całe życie zmagała się z depresją i nerwicą. Za sprawą oszczędnej scenografii oraz wyrazistych kreacji aktorskich oglądający skupia się na wspomnianym przeobrażeniu, śledząc scena po scenie, jak Virginia przemienia się w nie-siebie: obserwuje, jak kolejne części ciała zostają zawładnięte przez zwierzę, jak zmienia się ruch postaci, a w konsekwencji dynamika całego spektaklu. Tak jak postępująca choroba zabiera powoli człowiekowi siły i oddziela go od świata zewnętrznego, tak bohaterka traci stopniowo autonomiczność i odrębność.

Poza wilkiem różnych wielkości (obsługiwanym raz przez jedną aktorkę, innym razem przez dwójkę aktorów) i wspomnianym wcześniej kłębkiem rafii, z zainteresowaniem śledzimy także wykorzystanie dużego, kwadratowego materiału, który początkowo służy wykonawcom za pościel (w tak intymnych warunkach dowiadujemy się o siostrzanych relacjach obu bohaterek - Virginii i Vanessy, jednak z czasem zostaje zaanimowany w bardziej kreatywny sposób - do "tworzenia" różnych przedmiotów (m.in. kwiatów) oraz wrażenia tafli wody (fenomenalnie przygotowana scena!).

Stanem, w którym ogląda się białostocką realizację, jest zadziwienie - naturalne, dziecięce, wynikające po trosze z niedowierzania, a po trosze z bycia zaskoczonym (w taki baśniowy, jak najbardziej pozytywny sposób). Wydaje się właśnie, że ta kategoria (nie mylić ze zdziwieniem, które określa z kolei sytuację, w której - za słownikiem PWN-u - "odczuwamy, że coś jest dziwne"), stanowi o tym pokazie. Niezależnie od tego, ile ma się lat ("Virginia Wolf" według opisu teatru przeznaczona jest dla całej rodziny - a zatem i dla dzieci, i dla dorosłych), obserwuje się to wystawienie z niewymuszoną ciekawością i z satysfakcjonującym poczuciem, które każe wierzyć, że na scenie dzieje się coś, czego nie sposób ani przewidzieć, ani przeczuć. Zespół świadomie z tego korzysta, odważnie operując niedopowiedzeniem i niedookreśleniem, udowadniając przy tym, że za sprawą oszczędnych środków można wykreować przekonującą, odrębną i interesującą opowieść.

Przedstawienie wizualnie podzielone jest na dwie części: pierwszą, gdzie działania aktorskie skupione są na animowaniu "rosnącego" wilka, oraz drugą, w której na pierwszy plan wysuwają się kolorowe wizualizacje. Wprawdzie mógłby ktoś powiedzieć, że między nimi nie ma żadnej zgodności, że zrealizowane są na zupełnie innych konceptach i zamysłach (nie tylko estetycznych, ale także ruchowych), że być może nie pasują do siebie, jednak wydaje się, że reżyser zmaterializował w ten sposób bardzo ciekawą intuicję: to, co przez znaczącą część pokazu absorbuje widza, czyli zmaganie się Virginii z wilkiem, zostaje pod koniec skomentowane, niejako domknięte; wizualizacje, które pojawiają się na białym, wspomnianym wcześniej materiale, a także aktorzy, którzy są ubrani w całości zakrywające, papierowe kostiumy, zdają się symbolizować akt twórczy (poprzez zastosowanie czytelnego skrótu: wizualizacje oraz plamy kolorów padają na wielki, biały materiał zupełnie tak, jak pada farba na płótno malarza). Wszystko, co zostało przez bohaterki spektaklu, czyli Virginię i Vanessę, doświadczone, zostaje w finale - w ni to tańcu czy rytuale - przeniesione w sferę sztuki w procesie sublimacji. Zofia Nałkowska pisała, że "Rzeczywistość jest do wytrzymania, gdyż niecała dana jest w doświadczeniu", a w "Virginii Wolf" wydaje się znośna tylko dlatego, że można ją twórczo wyrazić, spacyfikować i zrozumieć.