Mała forma, wiele pytań

"Teatr małych form - konwencje i zjawiska" to nie tylko fachowo przygotowana, erudycyjna praca zbiorowa dla tych, co kochają teatr, a i fascynująca chwilami opowieść o historii pewnego pojęcia, które wpisało się w dzieje kultury, lecz i życia społecznego - o tomie pod redakcją Jana Ciechowicza pisze Artur D. Liskowacki w Pograniczach.

«Zdarzyło się to przy okazji "Kubusia Fatalisty" z Teatru Dramatycznego, późniejszej i zdecydowanie mniej udanej wersji słynnego spektaklu z lat 70., przywiezionej na Przegląd Teatrów Małych Form bodaj w 1995 roku. W którymś momencie - można nawet powiedzieć dokładnie w którym, jako że właśnie o czas tu chodziło - Zbigniew Zapasiewicz, który Kubusia wyreżyserował i grał w nim , Pana, przerwał nagle monolog, spojrzał na zegarek i rzekł: - Minęła 90. minuta. Od tej chwili gramy poza regulaminem.

No i rzeczywiście zagrali, ku uciesze trochę skonsternowanej publiczności - nie bardzo, zdaje się, potrafiącej ocenić, czy tekst ów był naprawdę spontanicznym i "pozaregulaminowym" żartem wielkiego aktora czy może elementem gry z widzem i konwencją spektaklu, już w to przedstawienie wpisanym; zagrali na oczach - czy może należałoby rzec: na nosie - jury (którego byłem członkiem) i organizatorów, a więc odpowiedzialnych, przynajmniej zdaniem wybitnego aktora, za regulaminowy reżim Malej Formy.

Przytaczam tę anegdotę nie tyle dlatego, że smaczna i pasuje wybornie do tematu konferencji "Teatr małych form - konwencje i zjawiska", towarzyszącej Kontrapunktowi 2005, a zapisanej właśnie w formie książki - ile dlatego, że jest w niej akurat to, co składa się na wybite w tytule owej konferencji hasło. A więc na zjawisko samo, konwencje i formy (formowanie, reformy) małej formy.

Rzekłbym też nawet, że anegdota ta stanowi zabawny (chociaż, szalenie serio) skrót myślowy, ironiczną summę problemu, jakim była - i jest - sceniczna mała forma, wpisana dzięki imprezie o zmieniającej się przez lata (od 1966) formule oraz nazwie (dziś jest to Ogólnopolski Przegląd Teatrów Małych Form "Kontrapunkt") w dzieje teatralnego Szczecina, ale i w dzieje teatru w ogóle.

Jest przecież w niej zapisany spór o kształt inscenizacyjny OPTMF (czas spektaklu ograniczono wtedy w regulaminie do 90 minut), jego napięcie, ale i dynamika - w łonie formuły przeglądu - i całego zjawiska, wykraczającego wszak poza przegląd - jest zderzenie teatru instytucjonalnego, repertuarowego ze sceniczną, wielobarwną alternatywą, jest prowokacja, typowa dla teatru otwartego, ale i próba obrony granic sceny, jako sfery sztuki, nie sportu (z jego zasadami gry, w tym wypadku - czasem meczu futbolowego).

Pokonferencyjny tom pod redakcją Jana Ciechowicza stanowi - i mówię to poważnie, choć, żeby być wierny anegdocie, lekko tu rzecz ważąc - rozpisany na 22 referaty dyskurs wokół tego gestu - zniesmaczonego, drwiącego, "pańskiego" (bo i była to rola Pana) - jakim się od rygorów regulaminu zdystansował Zapasiewicz.

To zresztą walor tej książki, która - mimo naukowej oprawy - ma temperaturę rzeczywistego, żywego, nieakademickiego sporu i spotkania, którego powód jest atrakcyjny, ale i kontrowersyjny, sympatyczny, ale i drażniący intelektualnie.

Autorzy tekstów, którymi na potrzeby tomu stały się referaty, starają się zdefiniować małą formę według rozmaitych kryteriów (tu m.in. prace Magdaleny Raszewskiej, Dobrochny Ratajczakowej, Jana Ciechowicza, Piotra Michałowskiego), ukazać jej źródła, a i niezależne dorzecza (Agnieszka Marszałek pisze o XIX-wiecznej jednoaktówce, Henryk I. Rogacki w świetnym, pełnym drobiazgów, pozornie dygresyjnym szkicu "Teatr w salonie" ożywia naturalną formę i podskórną treść zjawiska, Izolda Kiec przywołuje "Zieloną Gęś" Gałczyńskiego i jej "małoformatowe", mądre dzieci, Juliusz Tyszka z pasją - popartą osobistym przeżyciem - profesjonalnego obserwatora i widza kreśli wizerunek teatru studenckiego jako "najjaskrawszego przykładu małej formy teatralnej w każdym [...] z jej aspektów", Zbigniew Majchrowski analizuje interesująco związki między juweniliami mistrzów, np. Witkacego, Różewicza a "wczesną" - młodą, małą? - formą teatralną) oraz opisać jej pra- i nową historię (Magdalana Golaczyńska: poprzez "teatr przy stoliku", Mirosława Kozłowska: teatr w Klubie 13 Muz, Hanna Baltyn: Teatr TVP, Anna Rembowska Teatr Mały w Warszawie, a Zenon Butkiewicz w syntezie dziejów szczecińskiego festiwalu). Bogactwo takiego ujęcia jest zarazem rozproszeniem wątków, ale małej formie - i książce o niej - bardzo ta dychotomia służy.

Niebezpieczeństwo jałowej dyskusji teoretycznej - o tym, co jest, a co nie jest małą formą - rozbijają szkice pełne ekspresji szczegółu, za to chaos, którym groziło zbyt swobodne mnożenie wątków (ciekawe prace Anny Ląkocy o "miniaturowym" Mrożku i Ewy Wąchockiej o "moraliach dramatycznych" Herberta zdają się wszak marginesem zagadnienia) dyscyplinują błyskotliwe, mocne klamry syntez.

Nie da się wprawdzie powiedzieć - mówiąc żartem, ale i nie bez tonu serio - po lekturze tego tomu również, czym w istocie jest mała forma teatralna, jakie są jej granice, przestrzenie oraz kierunki rozwoju (zaniku?). Ale może w tym rzecz właśnie, iż. co by nie rzec i jak by nie rzec o małej formie, jej wyznacznikiem jest właśnie zmienność, wielokształtność, a może też podatność na nasze oczekiwania wobec teatru. Nasze - odbiorców, a i nasze - twórców. Mała forma wydaje się z tej perspektywy magiczną i piękną szkatułką spełniającą życzenia (czy też może: szaktułką spełnionych życzeń). Kiedy teatr puchnie od przerostu formy, ona się kurczy i szlachetnieje ascetycznie, kiedy teatr nadyma się pustką mętnej treści, ona jest czystym, zimnym źródłem, gdy teatr więdnie, bo cierpi na niedostatek pomysłu, ona się rozwija z małego pączka, gdy teatr tchórzy, bo jest zbyt wielki, ona daje mu odwagę, którą mają niewielcy, bo im nie strach upaść z takiej (nie)wysokości... '

Małą formę w teatrze - na szczecińskim przeglądzie zwłaszcza - obserwuję już od blisko trzydziestu lat, zdarzało mi się ją też nie raz opisywać. Mam więc w pamięci - w sobie, a i za sobą - tę niechęć do zakreślenia ram jej opisu, znużenie chwytaniem wciąż umykającej definicji. Ale z perspektywy czasu, a i z perspektywy tej książki właśnie rzec mogę, iż to, wydawałoby się, próżne, nieustanne, monotonne dobijanie się sensu, znaku, formy - małej, a przecież w swej różnorodności wielkiej formy, stanowi wartość samą w sobie. Jest też być może, paradoksalnie, siłą tej formuły.

Bo konieczność definicji tego, czym jest mała forma, sprzyjała nie tylko niekończącym się, męczącym dyskusjom, a i pogłębiała refleksję na temat zjawiska, i co ważniejsze - stanowiła wyraz, a i napęd jego przemian, a z nimi atrakcyjności. Stawiała pytania, nie zawsze udzielała odpowiedzi, czasami udzielała ich błędnie, lecz wymuszała aktywność. Po prostu i tylko organizacyjną, acz bywało, że twórczą, artystyczną... Oczywiście, było by naiwnością twierdzić, że to właśnie amorficzność małej formy - i związane z nią próby nadania jej kształtu - przyczyniły się do rozwoju oraz cennej wielobrawności tego "dużego, małego teatru". Bo to mała forma - sama, jako teatr - inny, "ciekawy świata", tworzony nie z musu, ale z chęci (Raszewska), w "sprzeciwie, obok i pomiędzy" w stosunku do oficjalnej sceny (Ratajczakowa) - nadawała formę przeglądowi, a z nim - sporom teoretyków, recenzentów, widzów.

"Świat widzialny jest atom!" - cytuje Adama Mickiewicza wytrwały badacz małej formy, redaktor tomu, Jan Ciechowicz. Bo też opozycja małe-wielkie waży na ocenie, nie tylko formy, a i skali - rangi - zjawiska. W końcu nie tylko z przyczyny kuszącej łatwości gier i zabaw językowych - kryjących się w pojęciu oraz jego nazwie - tak częstych też u autorów tomu (z tego zderzenia znaczeń czyni np. użytek Ratajczakowa pisząc o "Teatrze dużym - teatrze małym", a Michałowski już w tytule szkicu stawia tezę o "małej formie - dużym teatrze"; nawet ostrożna definicja teatru przy stoliku - vide: Gołaczyńska - jako "istotnego marginesu" - to znamienny dowód dynamiki paradoksu w małej formie ukrytego) zwykliśmy oczekiwać od małych form mierzenia się z zadaniami w sztuce najwyższymi.

Z drugiej wszak strony pamiętać należy, że taki punkt widzenia może być pułapką. Bo mała forma bywa też teatrem skromnym, uciekającym od rozmiarów XXI, - także i w sferze emocji (stąd niechęć do patosu, wielkich liter, a czasami i wszelkich słów), dlatego wynoszenie jej w górę, celebra, obarczanie pomnikowo-symbolicznym bagażem może ją stawiać w sytuacji kogoś, kto swą wielkość ogląda w krzywym lustrze. Wynaturzoną, nadętą, nieadekwatną (czy to przypadek, że mały i skromny, ale ambitny Teatr Adekwatny tę właśnie adekwatność wobec sceny i czasu już swą nazwą podkreślał?). Przyznam, że w niektórych tekstach tego tomu - w ich sposobie podejścia do tematu - razi mnie nieco ów przerost (małej?) formy nad treścią (i tak przecież, istotną).

Zdarza się też, iż entuzjazm potrąci o nutę fałszywą, np. Juliusz Tyszka, akcentując (słusznie skądinąd) wpływ "warunków konspiracyjnych", "półlegalnych" (lata 80.), na kształt i odbiór tej formy teatru i wymieniając na dowód realizacje Ósmego Dnia czy Provisorium, dopisuje do listy Moskwę-Pietuszki Teatru Kana graną "w podziemiach szczecińskiej Krypty"... Cóż, brzmi to konspiracyjnie, ale Krypta była wtedy, i jest (o czym w tomie też się pisze) bardzo legalną sceną Zamku Książąt Pomorskich. A że Kana ma za sobą inne przygody z półlegalnością? Fakt, ale Fakt na inną okazję...

Dobrze więc, że w tomie pod red. Czechowicza jest też miejsce dla szarej, nie tak wysokiej (co nie znaczy: niskiej) perspektywy. Na przykład w opisie szczecińskiej rzeczywistości małej formy Mirosława Kozłowska cytuje dokumenty będące znaczącym dowodem na to, że mała forma żyta wśród nas, wielokroć tym samym co i my, zbiurokratyzowanym, podszytym ideologią "życiem kulturalnym". A w długiej historii OPTMF oglądanej pod różnym kątem przez Zenona Butkiewicza, np. od strony terminarza i oczekiwań władzy, przez pryzmat epizodów ze Stocznią i Policami - odsłania się fragment polskiej rzeczywistości, bywało, iż heroicznej, choć... nie zawsze tym heroizmem, jaki nam dziś w duszy gra (że wspomnę sukcesy Erefu'66 Ryszarda Filipskiego), ale bywało, że i spod znaku Barci (patrz np. spory o organizację festiwalu po remoncie 13 Muz).

Tak czytany "Teatr małych form - konwencje i zjawiska" to nie tylko fachowo przygotowana, erudycyjna praca zbiorowa dla tych, co kochają teatr, a i fascynująca chwilami opowieść o historii pewnego pojęcia, które wpisało się w dzieje kultury, lecz i życia społecznego. Codziennego, powszedniego, zmagającego się ze swą formą. I może dlatego właśnie tak bliskiego malej formie teatru, która wtedy najpiękniej szuka, błądzi i znajduje, gdy czyni to na swoją własną - czyli naszą - miarę.

Teatr małych form - konwencje i zjawiska.

Pod red. Jana Ciechowicza. Szczecin:

Teatr Lalek "Pleciuga", 2006. - 368 s.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego