powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Czy prawda zawsze popłaca?

"Dobrze się kłamie" wg Paolo Genovese w reż. Marcina Hycnara w Teatrze Studio Buffo w Warszawie. Pisze Iwa Poznerowicz w Teatrze dla Wszystkich.

Spektakl "Dobrze się kłamie", który miał ostatnio premierę na deskach Teatru Buffo, a wkrótce - mam nadzieję - będzie prezentowany na scenach w Polsce, jest bardzo dobrą komedią, świetnie zagraną, z lekkimi dialogami, doskonale podawanymi przez sprawdzonych aktorów. Dodatkowo ma to, czego sama najbardziej oczekuję od teatru: inteligencję, mądrość i siłę przekazu, która zostaje w widzach na dłużej, zmuszając do odpowiedzi na różne pytania, czasami niezadane wprost, np.: czy prawda zawsze popłaca?

Najpierw w 2016 roku premierę miał doskonały włoski komediodramat "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" w reżyserii Paolo Genovese. Film został uhonorowany włoską nagrodą filmową Davida di Donatello dla najlepszego filmu i za najlepszy scenariusz. Od czasu premiery powstało kilka remaków stworzonych w wielu krajach, m.in. w Chinach, Korei, Niemczech, Turcji, Francji i Hiszpanii. W 2019 roku powstała polska wersja filmu w reżyserii Tadeusza Śliwy pod tytułem "(Nie)znajomi".

Powróćmy jednak do spektaklu. Przedstawienie wyreżyserowane przez Marcina Hycnara opowiada o spotkaniu siedmiorga przyjaciół. Miała to być kolacja w domu Evy (Anita Sokołowska) i Rocco (Marcin Perchuć) połączona z oglądaniem zaćmienia księżyca. Gdy kolacja jest już gotowa, zjawiają się Carlotta (Katarzyna Kwiatkowska) i Lele (Przemysław Sadowski), a po chwili Cosimo (Wojciech Zieliński) i Bianca (Olga Bołądź). Jako ostatni dociera Pepe (Szymon Bobrowski). Towarzystwo jest wesołe, wszyscy znają się od wielu lat - panowie chodzili razem do szkoły. Z nudów, a może z ciekawości, Eva proponuje, aby zabawili się w specyficzną "grę w szczerość". Przez całą kolację wszystkie telefony komórkowe mają leżeć na stole w widocznym miejscu. Każdy przychodzący sms jest odczytywany na głos, a ewentualne rozmowy prowadzone na głośnomówiącym ustawieniu telefonu.

Z drobnymi oporami pratagoniści zgadzają się na takie "urozmaicenie" przyjacielskiej kolacji. Teoretycznie nie mają przed sobą tajemnic. Początkowo po odczytaniu kilku SMS-ów czy przeprowadzeniu rozmów jest miło i zabawnie. Pierwszym newralgicznym momentem jest wyszeptana po cichu propozycja Lele, aby zamienić się telefonami z Pepe. Niby Lele otrzymuje od koleżanki co wieczór pikantne zdjęcia. To nic nie znaczy, ale po co się tłumaczyć przed żoną i przyjaciółmi. Co chwilę następne osoby odbierają kolejne telefony i SMS-y. Odczytywanie informacji i prowadzenie rozmów zaczyna być problematyczne. Niewinna w założeniu "gra w szczerość" odsłania skrywane tajemnice, dramatyczne wyznania i prowadzi do zaburzeń w relacjach rodzinnych, a nawet rozpadu przyjaźni i związków małżeńskich.

Przekładu i adaptacji tekstu podjął się Bartosz Wierzbięta. Wierzbięta jest moim zdaniem mistrzem inteligentnego, bystrego dialogu. Dzięki jego tłumaczeniu, reżyserii Marcina Hycnara i grze aktorów spektakl nabiera dodatkowego blasku, wdzięku i zabawnego smaczku. Cały zespół aktorski jest świetnie obsadzony i doskonale radzi sobie z dowcipnym tekstem. Jest jednak aktor, którego trzeba koniecznie wyróżnić. To Szymon Bobrowski w roli Pepe. Początkowo jego bohater jest tylko sympatycznym, pulchniutkim, trochę ciapowatym kumplem, który jest nie do końca zachwycony zabawą wymyśloną przez Evę. Tak jakby wiedział, że ta gra nie skończy się dobrze. Pepe ma zresztą swoją tajemnicę, którą ukrywa skrzętnie od lat. Kiedy zaczyna się zamieszanie z zamienionymi telefonami jego i Lele, a wszyscy goście zaczynają obrzucać się nawzajem oskarżeniami, zachowanie Pepe wydaje się pozbawione emocji. Stara się wpłynąć na innych, uspokoić, tłumaczyć, a czasami po prostu stoi jak sparaliżowany, czekając, aż inni odkryją jego sekret. Przecież on sam od dawna prowadzi podwójne życie.

Scenografia autorstwa Wojciecha Stefaniaka pomysłowo zagospodarowuje małą przestrzeń warszawskiej sceny. Mamy tu kuchnię i salon, w którym siedzą wszyscy goście, balkon, na którym oglądają zaćmienie księżyca, i łazienkę. Jest to rozplanowane na tyle estetycznie, że nie czujemy kompozycyjnego przeładowania.

Gdy gra doprowadza do rozpadu dwóch małżeństw i osobistych dramatów, pada najprostsze, najbardziej oczywiste zdanie, które staje się najważniejszym tekstem nie tylko samego spektaklu, lecz także naszego życia: "Jak się kogoś kocha, to się o niego dba". Te kilka słów pozostaje w nas, nawet gdy ucichną brawa. Finał spektaklu jest niespodziewany, ale o tym przekonają się widzowie, którzy obejrzą sztukę. Ja ze swojej strony zapewniam, że warto, ponieważ jest to mądre przedstawienie, które zmusza do refleksji. I oby takich było na scenach teatralnych jak najwięcej.