Post-"Klątwa"

Jan Klata w stołecznym Nowym Teatrze opowiada o konfrontacji człowieka ze złem. Sięga po tekst Jarosława Iwaszkiewicza z 1942 roku (wydany cztery lata później) nawiązujący do głośnego, opętania sióstr urszulanek z Loudun we Francji w 1634 roku. O "Matce Joannie od anioł" w Nowym Teatrze w Warszawie, pisze Marta Żelazowska z Młodej Siły Krytycznej.

Dezaprobatę publiczności wywołuje wygłaszany jakby po zakończeniu spektaklu monolog Ewy Dałkowskiej (fragmenty wypowiedzi św. Katarzyny ze Sieny). Dotyczy między innymi konieczności okazywania szacunku kapłanom, choćby ich życie było mało przykładne, oraz eliminacji przeciwników Kościoła. Podstawiony, jak mniemam, inicjator głośno komentuje wypowiedź znanej z prawicowych poglądów aktorki. Podpuszcza. Niczego niepodejrzewający widzowie, wtórują mu. Jednoczą się we wspólnej do niej niechęci. Co ciekawe, wcześniej nie przyłączyli się do modlitwy "Ojcze nasz", do której zachęcał Ksiądz Suryn (Bartosz Bielenia). Teraz bez zahamowań psioczą i obrażają artystkę, która gra siostrę Małgorzatę a Cruce (od Krzyża), wybijając ją z rytmu wypowiedzi. To bardzo nieprzyjemny moment, przerażający - uwidaczniający jak łatwo i nieoczekiwanie budzą się w ludziach "demony".

Jan Klata w stołecznym Nowym Teatrze opowiada o konfrontacji człowieka ze złem. Sięga po tekst Jarosława Iwaszkiewicza z 1942 roku (wydany cztery lata później) nawiązujący do głośnego, opętania sióstr urszulanek z Loudun we Francji w 1634 roku. Autor miejscem wydarzeń uczynił Ludyń, fikcyjną miejscowość usytuowaną na krańcu przedrozbiorowej Polski. Na polecenie władz kościelnych przybywa tam ksiądz Suryn, by poddać egzorcyzmom przeoryszę klasztoru, Joannę od Aniołów (Małgorzata Gorol). Reżyser uniwersalizuje akcję sceniczną rozgrywając ją poza miejscem i czasem. Przestrzeń (Justyna Łagowska) jest abstrakcyjnym połączeniem rzymskich Schodów Hiszpańskich czy Scala Sancta, z czerwonym pokojem z serialu "Miasteczko Twin Peaks" Davida Lyncha. To wysokie, strome, białe stopnie okolone czerwonymi kotarami. Na proscenium rzutowane jest sklepienie katedry gotyckiej. Można by rzec - świat wywrócony do góry nogami. A może to przedsionek między niebem a piekłem? Wszak tu odbywa się walka o duszę człowieka. Im wyżej bohaterowie wkraczają po stopniach, tym bliżej piekła się znajdują. Suryn na szczyt wchodzi w scenie zabójstwa służących, Kaziuka i Juraja (Włodzimierz Końko, Arkadiusz Pyć), a Matka Joanna poddając się grzechowi pychy (wybierze opętanie, a nie życie mniszki).

Spektakl jest sekwencją efektownych obrazów z onirycznym światłem (Justyna Łagowska), intrygującą muzyką (Jan Klata), zaskakującym ruchem scenicznym (Maćko Prusak). Klata z premedytacją odziera postacie z psychologicznej głębi, intelektualnych rozważań. Zło działa bowiem na poziomie pierwotnym, instynktownym, cielesnym, zmysłowym. Wprowadza człowieka w przyjemne podniecenie, uniesienie, szał wreszcie, dlatego choreografia jest podstawą inscenizacji. Urszulanki (Małgorzata Biela, Emma Giegżno, Ewelina Pankowska, Dorota Papis, Joanna Połeć) prężą ciała w opętańczych pląsach, uwieszają się na linach poruszających dzwony jak na rurach w klubie go-go. Zadzierają połyskujące habity, przyjmują seksowne pozy, rozpinają jednym ruchem, ukazując wdzięki. Cadyk (Jacek Poniedziałek) krąży w chasydzkim tańcu. To nie tylko manifestacja spętania przez demony, ale coś więcej - magiczny rytuał.

Wszechobecność mocy nieczystych sygnalizowana jest od pierwszej sceny. Suryn przechadzając się wzdłuż kurtyny, która zasłania schody, zagląda za nią, mówiąc z rozbrajającym uśmiechem "widzę cię", jakby bawił się w chowanego, próbował udowodnić, że potrafi zło kontrolować, trzymać na dystans. To, jak wiemy, okaże się niemożliwe. Ksiądz Bryn (Zygmunt Malanowicz) ciągnie za sobą wózek z "ogniem piekielnym", okiełznanym w metalowej konstrukcji, ale nadal niebezpiecznym. To swoiste memento przytłaczające, wyczerpujące duchownego, każe mu trzymać się od klasztoru urszulanek z daleka. To słuszna decyzja. U Klaty zła nie da się pokonać, ale też nie ma od niego ucieczki. Sygnalizuje to w otwarciu przedstawienia, przywołując fragment kończący opowiadanie Iwaszkiewicza. Kaziuk i Juraj, grani przez karłów, sprzątają rozstawione na proscenium, wbite w czarne krzyżaki siekiery, szczęk uderzających o siebie metalowych głowic świdruje w uszach. Ten nieodłączny atrybut kata, jest nie tylko zapowiedzią mordu na służących (po skończonej pracy modlą się i szykują do snu w stajni - na krwistoczerwonych poduchach). Jest jak "czarny punkt" przy drogach przypominający ogrom ofiar. To symbol determinizmu, uporczywie powtarzającej się historii.

Klata odpowiedzialnością za zepsucie świata obarcza księży, którzy zobligowani do dbania o duszę wiernych, zatruwają własną. Papież (Maciej Stuhr, podgrywający i ucharakteryzowany na Lennyego Belardo, protagonistę serialu Paola Sorrentino), wygłasza kazanie na szczycie schodów. Ograniczone jest do jednego, powtarzanego z wyrzutem słowa: "zapomnieliśmy". Przywodzi na myśl apel Jana Pawła II byśmy nigdy nie zapomnieli korzeni drzewa, z którego wyrosły pokolenia Polaków i ducha walki, "który pozwoli znaleźć tyle siły, by nasz naród mógł skutecznie oprzeć się... tendencjom współczesnej cywilizacji, które proponują odejście od wartości duchowych na rzecz nieograniczonej konsumpcji". Umiłowanie dóbr doczesnych jest przymiotem sportretowanych w spektaklu możnych kościoła. Kardynałowie Callarus (Wojciech Kalarus) i Lafcadio (Jerzy Nasierowski) kreowani są na wysztafirowanych, pysznych pajaców. Ustrojeni w złoto i drogie kamienie, z brokatowym makijażem na powiekach, z wdziękiem godnym modelki, układają na sobie powłóczyste szaty, wymachują pastorałem-krzyżem jak gadżeciarskim mieczem. Próby egzorcyzmowania zakonnic i zgromadzonej w teatrze publiczności wywołują gromki śmiech. "Hymn do miłości" (Pierwszy List do Koryntian) w interpretacji zadufanego duchownego nie tylko demaskuje jego hipokryzję, ale dewaluuje miłość - najwyższą wartość, podstawę relacji społecznych i religii chrześcijańskiej. Utwór Boba Dylana "Odpowiedź zna wiatr", zaśpiewany przez Kalarusa w stylizacji na oazową piosenkę, uświadamia, że nie mamy do czynienia z kryzysem Kościoła, ale z Kościołem pozbawionym Boga, czyli swojej istoty, treści Należy wspomnieć, że Stuhr pojawia się ponownie w śnieżnobiałym stroju do joggingu, już nie jako papież, lecz demon pragnący przejąć kontrolę nad duszą młodego księdza.

Suryn, zdawać by się mogło ma realne szanse by zło pokonać. Ujmuje wpojoną dobrocią, skromnością, bezpretensjonalnością, jest na wskroś prosty w kapłańskiej posłudze. Wszczepiona etyka zawodowa każe mu więc zmierzyć się z powierzonym zadaniem, choć robi to bez zbytniego entuzjazmu. Ekscytacja pojawia się w chwili spotkania z atrakcyjną przeoryszą. Siła nieczysta zaczyna podniecać zmysły (doskonała scena sensualnego tańca z egzorcyzmowaną zakonnicą). To co zakazane staje się atrakcyjne, pociągające, wszak młody mężczyzna, od szczenięcych lat kształcony na kaznodzieję, nie doświadczył innego życia. Nie potrafi, a może nie chce bronić się przed namiętnością? Motywacja, rozterki, emocje nie są istotne. Nie ma znaczenia, czy szczerze pokochał Matkę Joannę, czy dał upust cielesnej potrzebie. Fundamentalne jest, że złu uległ. Nie on jeden, poprzedniego egzorcystę, który spłodził w parafii dwójkę dzieci, spalono na stosie. Wykonuje więc przedziwną choreografię - pogoń za uciekającymi ofiarami, przywodzącą na myśl taniec Jokera z filmu Todda Phillipsa. To ważna scena. Ukazuje moment przemiany, wyzwolenia tego, co w człowieku mroczne, uzmysławia, że nie ma odwrotu. To traktat o kondycji współczesnego człowieka, który pozbawiony duchowych autorytetów nie jest w stanie przeciwstawić się moralnemu upadkowi.

W "Matce Joannie od Aniołów" dostrzec można odniesienia do "Klątwy" w reżyserii Olivera Frljića (premiera 18 lutego 2017 w Teatrze Powszechnym w Warszawie). Suryn w trakcie egzorcyzmów celuje do zakonnicy z pistoletu w kształcie krzyża, a Ewa Dałkowska wygłasza końcowy monolog niemal półprywatnie, zwierzając się, iż żałuje udziału w spektaklu. Klata nie tyle wchodzi w dyskusję z dziełem Chorwata, co tworzy post-"Klątwę". Dwa i pół roku po głośnej premierze, nie mówimy już tylko o hipokryzji Kościoła, ale problemie znacznie głębszym i zdecydowanie bardziej niebezpiecznym - "odreligijnieniu", wyrugowaniu z Boga. Frljić widział nadzieję w wierze jako nośniku wartości. Klata mówi o kryzysie moralnym, upadku duchowych, etycznych autorytetów, baraku wspólnoty. Kreuje świat na wskroś zły, opętany żądzą pieniądza, władzy, blichtru i chuci, z którego nie ma ucieczki, bowiem wciąga każdego jak czarna dziura. Demony działają, mamią i napuszczają nas wzajemnie na siebie. Jan Klata w notce o spektaklu przywołuje słowa kardynała Josepha Ratzingera, byłego papież Benedykta XVI: "sam człowiek nie ma dość siły by stawić opór szatanowi". A co zrobić w sytuacji, gdy już nie ma kto pomóc?

**

Jarosław Iwaszkiewicza

"Matka Joanna od Aniołów"

reżyseria, scenariusz, opracowanie muzyczne: Jan Klata

premiera: 30 listopada 2019, Nowy Teatr w Warszawie (spektakl obejrzany 4 grudnia 2019)

występują: Małgorzata Biela, Ewa Dałkowska, Emma Giegżno, Małgorzata Gorol, Ewelina Pankowska, Dorota Papis, Joanna Połeć, Bartosz Bielenia, Wojciech Kalarus, Włodzimierz Końko, Zygmunt Malanowicz, Jerzy Nasierowski, Jacek Poniedziałek, Arkadiusz Pyć, Maciej Stuhr

*

Marta Żelazowska - pedagog, absolwentka studiów podyplomowych Wiedza o teatrze i dramacie z elementami wiedzy o filmie w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk oraz Laboratorium Nowych Praktyk Teatralnych, otrzymała wyróżnienie specjalne w VI edycji Ogólnopolskiego Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego na Recenzje Teatralne.

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego