Olga Lipińska: Moje pasje i miłości...

Mąż, mama, babcia, siostra. Julka (pies) i Agatka (gęś). Mazury i dom w fioletowej, pachnącej chmurze. Aktorzy i kamera telewizyjna, a nade wszystko - praca. Oto krótka lista miłości jej życia.

«Aż się prosi, by napisać: kobieta-legenda. Ale ona nie lubi wielkich słów. Pijemy herbatę w cienkiej porcelanie, w głębi pokoju zegar wybija równe godziny. Jaka jest? Kobieta, reżyserka i scenarzystka, na której kabaretach i spektaklach telewizyjnych wychowały się pokolenia? - Praca, to pani miłość? - Raczej pasja. Do pracy jeździłam zawsze z radością. Zaraz po maturze przyszłam do telewizji, to były jej pionierskie czasy. Cały program szedł na żywo, nerwy trzeba było mieć ze stali. Tak, telewizja to była moja wielka pasja. Ku rozpaczy mojej rodziny, bo mama nigdy nie wiedziała, kiedy wrócę do domu. Wigilia często bywała u nas raz o drugiej po południu, a raz o jedenastej w nocy.

Co panią tak przyciągało?

- Praca z kamerą. Przez nią oglądam świat, jak przez wyostrzone okulary. Miałam też to szczęście, że otaczałam się ludźmi, których lubiłam. Aktorzy, asystenci, montażystka, producentka - to byli moi przyjaciele po prostu. Ale czy oni się ze mną przyjaźnili, tego nie wiem. Często na nich krzyczałam.

Legendy krążyły o tym jak się pani bali...

- Nie przesadzajmy. Czasem, jak tupałam i krzyczałam, to pękali ze śmiechu. Janek Kobuszewski nie znosił wszelkich kłótni, niepokojów i starał się łagodzić każdą aferę. Kiedy na niego krzyczałam, to on się po prostu zmniejszał, kucał. Niezmiennie mnie to rozśmieszało i wzruszało. Mój kochany Janek, nie mogę się z tym pogodzić, że już go nie ma... Boże mój, jak ja nienawidzę tej kostuchy! Janka poznałam bardzo wcześnie, zaraz po maturze, gdy zdawałam do szkoły teatralnej na wydział aktorski. Trafiłam na dwutygodniowy obóz przygotowawczy, na którym był też on. Oboje nas skreślono z listy i nie przyjęto. Komisja egzaminacyjna uznała, że do niczego się nie nadajemy.

Mama chyba była z tego zadowolona? Widziała panią pewnie gdzie indziej.

- Moja mama niczego mi nie narzucała. Wiedziała że się nie da, poza tym nie miała takiej powszechnej ambicji, aby jej córka została lekarzem czy prawnikiem. Powiedziała: - Rób w życiu to, co lubisz.

Wychowywała się pani w domu kobiet?

- Tak, w domu babci i mamy. Moją babcię jeszcze przed wojną konieczność zmusiła, by stać się bizneswoman. Dziadek dość wcześnie i beztrosko zmarł, zostawiając jej na głowie trójkę dzieci i trzy duże zakłady plastyki metalowej. Nie wyszła za mąż po raz drugi, bo świetnie radziła sobie sama.

Jednak mężczyźni pojawiali się w waszym domu?

- Na krótko. Dziadek był w międzynarodowym towarzystwie poszukiwaczy złota, ciągle gdzieś w świecie... I gdzieś w świecie ostro się zaziębił i zmarł w młodym wieku. Mój tata zginął na wojnie, w 1941 roku. Wychowałam się bez ojca. W naszym domu mężczyźni przebywali więc przez chwilę. Jedynym męskim akcentem, jaki pamiętam z dzieciństwa, było duże, okrągłe pudło, obciągnięte niebieskim jedwabiem, do którego mnie i siostrze nie wolno było zaglądać. Obie długo myślałyśmy, że w pudle jest pełno złota, którego dziadek tak ofiarnie szukał. A tymczasem były tam pięknie poukładane, sztywne kołnierzyki dziadka. Babcia wyniosła to pudło w panice, pod gradem bomb, z płonącego domu w dniu wybuchu II wojny światowej. Nic więcej nie wyniosła. Nazwałyśmy z siostrą to pudło Władysławem. Gdy coś zbroiłyśmy, babcia zwracała się do pudła i dramatycznie wyciągając rękę, pytała: "Władysławie, czy ty to widzisz i nie grzmisz?!". Poza tym babcia była rozsądna i spokojna. Bardzo dobrze ją wspominam, bo chroniła mnie przed mamą, która - w przeciwieństwie do babci - była bardzo emocjonalna. A ja z kolei nie byłam spokojnym dzieckiem.

No i chyba do dziś nie jest pani oazą spokoju?

- Tak, ale jeszcze w dzieciństwie denerwowałam też mamę moim wyglądem. Byłam chuda, rosły mi krzywe zęby i nie można było porządnie uczesać moich kręcących się byle jak włosów. "To jest odrodek rodziny, jakaś pokraka" - rozpaczała mama. A babcia ją pocieszała: "Za to jest bystra, a z brzydoty może wyrośnie". Do dziś nie wiem, czy babcia miała rację. Widzi pani, w rodzinie było dużo bardzo ładnych kobiet i mężczyzn, siostra też była piękną dziewczyną. Na ich tle rzeczywiście byłam pokraką. Na szczęście jest takie przysłowie: "Każda potwora znajdzie swojego amatora". Ja też znalazłam.

Pani mężem został Andrzej Wiktor Piotrowski, znany dziennikarz radiowej, ,Trójki", którego nazywała pani Piotrusiem.

- Był nadzwyczajnym człowiekiem. Wszyscy tak mówią o swoich bliskich. Ale proszę spojrzeć, pokażę pani coś, co trzymam na biurku (podnosi kartkę lekko pożółkłego papieru, z napisem: "Dzień dobry Oleńko, proszę się uśmiechnąć". Zostawiał mi takie kartki codziennie rano. Nie mam więcej słów na ten temat. Przepraszam.

Czytałam, że nie chciała pani mieć dzieci?

- Tak, byłam tak zakochana w mojej pracy, że nie starczyłoby tej miłości i serca jeszcze dla dziecka. Za to całym sercem jestem po stronie zwierząt. Tak szczerze, to bardziej lubię zwierzęta niż ludzi. W domu u babci na Saskiej Kępie zawsze było kilka psów. I zawsze pod stołem siedziały psy, a na stole, siedziały koty. Nawet ptaki łaziły gdzie chciały, latały po całym domu. Mamę doprowadzała do pasji moja kawka Kasia, która uwielbiała przebywać w bibliotece, a nie korzystała z kuwety... Mój mąż, tak jak ja, kochał zwierzęta. W naszym domu zawsze były psy.

Podobno chciała pani także adoptować gęś?

- Tak, Agatkę. Występowała ta Agatka w przedstawieniu "Zielona gęś"w Teatrze Telewizji, gdzie się zaprzyjaźniłyśmy. Ale wtedy zdecydowanie sprzeciwił się mąż, który już i tak narzekał, że musi wyprowadzać wieczorami naszą suczkę Julkę i nie chciał słyszeć o wyprowadzaniu jeszcze gęsi.

Pani wieloletnia miłość to Mazury...

- Od lat mam w Krzyżach dom, który bardzo lubię. Tam zawsze ktoś u mnie gości, tam też lubię gotować i wymyślać różne potrawy. Na werandzie mam wielki stół, przy którym odbywają się wesołe biesiady. Albo siedzę w ogrodzie, gdzie mam dużo kwiatów. Najbardziej lubię floksy, te wiejskie, dzikie. One tak pięknie pachną. Mój dom jest w chmurze tych fioletowych kwiatów... Dobrze mi tam.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego