Moje teatralne peregrynacje

Moja miłość do teatru trwała pół wieku. Byłam mu wierna, ale już nie jestem. Zostałam zdradzona. Kiedyś teatr był bowiem świątynią. Spektakle były pewnego rodzaju misterium, swoistym nabożeństwem - pisze Marzena Rutkowska w Tygodniku Ciechanowskim.

Dziś jest generalnie inaczej. Artystyczna tandeta, inscenizacyjne niechlujstwo stało się nagminne. Teatr zamiast bawić, uczyć, wychowywać, niweluje piękno, zohydza ważne wartości i priorytety, na pewno nie jest już świątynią. Zmieniły się czasy, zmieniły obyczaje.

Nie tylko teatr

Całe moje życie związane było z kulturą. Już na studiach we Wrocławiu poznałam śpiewaka operowego Piotra Ikowskiego, który rozniecił we mnie kaganek kultury. Gdy ukończyłam studia, Krzysztof Karulak pozwolił mi założyć klub Hades, a tam rozwinęłam skrzydła kulturalnych poczynań. I wreszcie szacowna redakcja "Tygodnika Ciechanowskiego" dała mi legitymację prasową, która otworzyła przede mną drzwi galerii, teatrów i sal kinowych. Za co dziękuję.

Robiłam to, co kochałam. I jeszcze mi płacili (nawet za festiwalowe akredytacje). Szalałam więc. Jeździłam na krajowe festiwale filmowe (Łagów, Gdańsk, Gdynia). Tam mogłam dać upust swoim emocjom (zabierając głos w fantastycznych merytorycznych dyskusjach). Fotografowałam, robiłam wywiady, a nawet tańczyłam (na festiwalowych balach) z Andrzejem Chyrą czy Piotrem Łazarkiewiczem.

Biegałam też po galeriach. Zaprzyjaźniłam się z warszawską Zachętą, z Muzeum Narodowym, Muzeum Archidiecezji (które ma niezwykle zbiory malarstwa, rzeźby i starodruków). Gościłam w Muzeum Etnograficznym, w Muzeum Karykatury, w Domu Artysty Plastyka, w salach wystawowych ASP. W ciągu jednego roku udawało mi się obejrzeć ponad dwieście wystaw (sic!). Recenzji niestety pisałam dużo mniej. Szkoda.

Teatr

To wspomniane pół wieku nie było łatwe. Nie miałam (i nie mam) samochodu. Stałam więc na tzw. rogatkach miast (Płońska, Ciechanowa, Warszawy, a nawet Łodzi, Gdańska, Krakowa czy Wrocławia), bywało różnie. Słono i gorzko płaciłam za miłość do teatru (zdarzały się porwania, okradanie, a nawet pobicia), ale wcale mnie to nie zniechęcało. Byłam uparta i niepoprawna. Starałam się nie przegapić żadnej premiery. Krysia Sienkiewicz w jednej ze swoich książek napisała o mnie: "Marzena wie wszystko o teatrze". Przesadziła trochę. Na pewno nie wszystko. Ale sporo. Oglądałam w sezonie ponad sto spektakli. Teatr niwelował wszystkie niedogodności. Dawał mi napęd życiowy. Znali mnie widzowie, którzy szeptali z uznaniem "ona jeździ autostopem", zaś prof. Aleksander Bardini wolał z daleka: "Cieszę się, że cię widzę, ale boję się, ze do tego swojego "Pcimia" będziesz wracała autostopem". Kiedy jakieś przedstawienie rozpoczynało się z opóźnieniem, Tadeusz Chudecki głośno (na całą salę) mówił: "Marzena już jest, więc możemy zaczynać".

Nie potrafiłabym żyć bez teatru. Teatr był moim życiem, moją miłością. Uczył mnie, ukształtował moje poglądy, moje spojrzenie na świat. Dawał mi piękno, mądrość, dobro. Często dokonywał ablucji nie tylko ciała, ale i duszy. Nierzadko irytował, ale i potrafił czynić lepszą. "Ale to już było i nie wróci więcej" jak śpiewa Maryla Rodowicz. Dziś takiego teatru już nie ma. Teatr zbrzydł i zhardział. Stał się nieprzyjazny, a nawet wrogi. Nie jest już moim przyjacielem.

Przyjaźnie

Było ich naprawdę wiele. Wśród nich dozgonne i takie trochę mniej trwałe. Mogę naprawdę poszczycić się wieloma. To przede wszystkim prof. Aleksander Bardini. Ta przyjaźń była dla mnie niekłamanym zaszczytem. Kiedy profesor ubolewał nad moimi stopowymi podróżami, żartując mówiłam: "Niech pan prof. ożeni się ze mną". Skonsternowany odpowiadał: "Nie mogę, mam żonę". Kiedyś na bankiecie zapytał Danutę Rinn: "Czy Marzena to poważnie z tą żeniaczką?". Ważna dla

mnie była przyjaźń z profesorem Januszem Plisieckim z Lublina. To znakomity filmoznawca, który kochał młodzież. Niestety obaj już nie żyją.

Nie żyje Krzysztof Kolberger, który jako jeden z niewielu doceniał moje ukochanie teatru. Nie ma też Krysi Sienkiewicz, która tak bardzo kochała zwierzęta, ludzi i sztukę. Niezwykle utalentowana plastyczka, która stała się aktorką (nawet śpiewaczką). Nie ma już Adama Hanuszkiewicza, z którym naprawdę się lubiliśmy. Literatura straciła Janusza Głowackiego, który zwykł mówić: "Ty wiesz więcej o mnie niż ja sam". Brakować będzie na pewno braci Kondratiuków, z których żonami (Igą Cembrzyńską i Ewą Szykulską) przyjaźnię się do dziś. Nie ma Janka Machulskiego, Piotrka Łazarkiewicza, Szymona Szurmieja. Pamiętam o nich. Są w moim sercu.

Najbardziej brakuje mi Danuty Rinn. To była naprawdę przyjaźń aż po grób. Dom Danuty był moim domem. Oglądałyśmy te same spektakle, czytałyśmy te same książki. Tylko alkohol piłyśmy różny. Danuta Rinn miała wielkie, dobre serce.

Tych przyjaźni jeszcze trochę zostało. Ewa Szykulska, na którą zawsze można liczyć. Danka Stankiewicz, która potrafi wstać o piątej rano i zawieźć człowieka do lekarza. Agnieszka Fatyga i jej mąż Wojtek Olszański, Daniel Olbrychski, Michał Bajor, Ala Majewska czy Emilia Krakowska, która przy każdym spektaklu wyraża troskę i niepokój o moje autostopowe podróżowanie.

Dobrze mi z tymi ludźmi. Niektórzy zazdroszczą mi tych teatralnych przyjaźni. Inni podają je w wątpliwość. Jeden z moich redakcyjnych Kolegów długo w nie nie wierzył. Aż kiedyś spotkał mnie w teatralnej loży ze znakomitościami teatru i filmu. Następnego dnia w redakcji stwierdził: "ona naprawdę zna tych ludzi".

Moje artystyczne odkrycia

W ciągu tych długoletnich teatralnych peregrynacji zdarzało mi się mieć tak zwanego nosa do aktorów. Czuję się Kasandrą, która przepowiedziała artystyczną karierę Kindze Preis. Kingę zobaczyłam na spektaklu we Wrocławiu, gdzie pojechałam na jubileusz Igi Meyer. Kwiaty zamiast do jubilatki powędrowały do Kingi. Przepowiedziałam jej karierę i to, ze będzie artystką totalną. I tak się stało. Odkryłam talent Gabrysi Muskały. Natknęłam się na nią w Łodzi. Zachwyciłam się jej kreacją w spektaklu reżyserowanym przez Mariusza Grzegorzka. Dziś Gabrysia święci triumfy w teatrze i filmie. Pisze też sztuki teatralne. Zabiegają o nią teatry wielu polskich miast.

O Krzysztofie Szczepaniku napisałam w "Tygodniku", że narodziła się teatralna gwiazda. Krzysztof szybko stał się gwiazdą nie tylko Teatru Dramatycznego w Warszawie, ale Teatru Telewizji. Jest aktorem o szerokim diapazonie talentu - gra, śpiewa, tańczy. Omnibus. Mam nadzieję, że artystyczną karierę zrobi córka moich przyjaciół. Michalina Olszańska zdążyła już zagrać w filmach i spektaklach telewizyjnych.

Wszystko w życiu ma swój koniec. Moja miłość do teatru również. Przybywa lat, ubywa sił. Pozostał Teatr Telewizji, który jest znowu dobry. Brak wyjazdów rekompensuje mi zaangażowanie w artystyczne działania Miejskiego Centrum Kultury w Płońsku. Oby mogły trwać jak najdłużej.

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego