Matka Joanna od Aniołów

"Matka Joanna od Aniołów" Jarosława Iwaszkiewicza w reż. Jana Klaty w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Rafał Kowalski.

Rozczarowanie przeżyją myślący, że Jana Klata w "Matce Joannie od Aniołów" w Nowym Teatrze miesza z błotem instytucję Kościoła. Nic z tego. Co więcej, według mnie daje on Kościołowi nadzieję. Apeluje, by skupił się na sprawach najważniejszych, wrócił do źródeł. Jak wtedy, gdy Maciej Stuhr w stroju papieskim wygłasza tylko jedno słowo: "Zapomnieliśmy". Kiedy jeden z prostych ludzi mówi do drugiego: "Pomódl się za ojca, który cię bije". Albo gdy hierarcha kościelny recytuje "Hymn do miłości", a inny puentuje to zwrotem "Oto Słowo Boże".

Klata też nie przesądza, czy zakonnice w "Matce Joannie..." faktycznie są opętane przez jakąś siłę wyższą. I zadaje widzowi pytanie, czy cielesność i wolność mogą być złem w oczach Boga - jak wtedy, gdy zestawia dwie sceny: w jednej zakonnice chwytają sznury i bujają się na nich w ekstazie, a w drugiej karnie i chórem wygłaszają modlitwę do Anioła Stróża.

Nie jest to najlepsza sztuka Klaty, jaką widziałem. W ostatnim czasie bardziej podobały mi się jego "Wesele" i "Trojanki" - bardziej spójne, dynamiczne, z mniejszym natężeniem choreografii. Choć oczywiście nie ma rozczarowania. Reżyserowi należą się podziękowania choćby za pokazanie, czym naprawdę jest głębia wiary, prostota, miłość (urzekająca scena wolnego tańca Matki Joanny i księdza Suryna). Za wizualne piękno i świetnie dobrane utwory muzyczne. Za role Wojciecha Karalusa i Jacka Poniedziałka, których można łyżkami jeść.

W "Matce Joannie..." swój aktorski talent potwierdza Bartosz Bielenia, ale show kradnie sugestywna Małgorzata Gorol. Uważam ją za jedną z najlepszych polskich aktorek. Już za sam udział w Klatowskich sztukach, które wymieniłem, życzę jej wypłynięcia na jeszcze szersze wody. Takiego uznania, jakiego doznaje właśnie Bielenia po filmie "Boże Ciało".

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego