powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Dziady" bez cheerleaderek

Czy Mickiewicz jest w teatrze jeszcze potrzebny? Elity teatralne traktują romantyzm jak balast. Bo promuje "niewłaściwe formy" miłości do ojczyzny. Bo wydaje się niestosowny w nieheroicznych czasach. Bo zwraca się do Boga - pisze Piotr Zaremba w Rzeczpospolitej - Plus Minus.

W czasach, gdy wielu powątpiewa w sens wracania do romantycznego repertuaru, Teatr Polski w Warszawie wystawił "Dziady" [na zdjęciu]. Wyreżyserował je Janusz Wiśniewski. Publika drugiego dnia po premierze wstała z miejsc, nagradzając przedstawienie owacją. Na widowni było sporo znanych postaci - od Anny Komorowskiej (żony byłego prezydenta) i dyrektora TVN Edwarda Miszczaka, po kojarzonych raczej z prawą stroną pisarzy: Wojciecha Tomczyka i Antoniego Liberę. Dzień wcześniej, na premierze, kiedy na sali znalazło się wielu sławnych ludzi teatru, reakcje były podobne.

Równocześnie nad przedstawieniem ciążyła szeptana opinia, że słabe, nieudane, nie na miarę. Część zastrzeżeń miała naturę fachową. Sam wychodziłem z poczuciem niedosytu. Jednak miałem wrażenie, że w kręgach ekspertów od teatru to przedstawienie jest skazane na osąd surowszy, niż na to zasługuje. Z powodu jego wymowy. Sama decyzja, aby wystawić "Dziady" była zaskoczeniem. A zwłaszcza "Dziady" tak tradycyjne.

Blaski i cienie Wiśniewskiego

Najpierw o mankamentach. Obawiano się, że Wiśniewski podporządkuje ideową wymowę dramatu Mickiewicza swoim wizjom plastycznym, zgodnym z duchem jego "teatru śmierci", który uprawia od zawsze. A właśnie soczystej plastyczności mi tu brakuje. Podobnie jak dawki szaleństwa, które tak pulsowało w sławnych "Dziadach" Konrada Swinarskiego ze Starego Teatru. To przedstawienie jest zbyt wystudzone, chwilami ilustracyjne.

Czy ta miejscami wyczuwalna ilustracyjność to efekt zużycia się tekstu? "Dziady" wciąż elektryzują jednak samą siłą poezji. Dowiódł tego choćby Eimuntas Nekrošius, wystawiając je trzy i pół roku temu w Teatrze Narodowym. Ja nie mam przekonania do jego wersji, kładącej nacisk na rozterki poety i doznania metafizyczne jednostki. A jednak było to przedstawienie żywe.

Zresztą w spektaklu Wiśniewskiego jest wystarczająco dużo momentów pozwalających taką interpretację odrzucić. Kiedy Krzysztof Kwiatkowski, najmłodszy Senator w dziejach polskiego teatru, miota się, dręczony przez diabły, i kreuje samymi słowami wspaniały sceniczny obraz, mamy poczucie: to przemawia. Jego słabości są następstwem inscenizacyjnych błędów, którymi można się po kolei zajmować. Jego siła jest również siłą tekstu. I to na głód tego tekstu reagowała wstająca z foteli publika.

Jednocześnie Wiśniewski przedstawił nam dość spójną ofertę. Kawałki części II i IV potraktował jako zło konieczne, pozwalające objaśnić genezę postaci Gustawa-Konrada. Wątki miłosne, ba, nawet Wielka Improwizacja, przedstawione są w telegraficznym skrócie. To pozwala zagrać cały dramat w dwie godziny. Adaptatora najbardziej interesuje warstwa polityczna utworu. Opowiada nam o kondycji Polaków na początku XIX wieku w zderzeniu z rosyjskim bezprawiem, ale też z konformizmem i kosmopolityzmem części własnej elity.

W tej konstrukcji, inaczej niż w wielu poprzednich inscenizacjach, Gustaw-Konrad to bardziej reprezentant swojego pokolenia, jeden z grupy więźniów, niż bohater, w którego mamy się zapatrzeć. I Jakub Kordas, student V roku Akademii Teatralnej, którego bardzo dobre role w dyplomowych przedstawieniach zdążyliśmy już poznać, świetnie realizuje tę koncepcję. U Nekrošiusa dojrzały mężczyzna, Grzegorz Małecki, długo rozmawiał z Bogiem. U Wiśniewskiego romantyczny chłopak szuka dopiero swego miejsca w świecie.

Centralną postacią staje się senator Nowosilcow, bo mechanizmy rządzące carską administracją są pokazane ze szczegółami często pomijanymi w innych wersjach. To dlatego, choć także z powodu perfekcyjnego warsztatu Kwiatkowskiego, kradnie on show innym postaciom. Ale ważne są także Salon Warszawski, gdzie chwytamy cynizm polskiego towarzystwa, oraz dwie opowieści o polskim męczeństwie: Sobolewskiego w celi i Adolfa w salonie. One zawsze tam były, ale trochę ginęły w zgiełku innych wątków.

Ten spektakl nie przejdzie

Spróbujmy opisać ogólną wymowę opowieści Wiśniewskiego. Całkiem konkretne anioły walczą z równie konkretnymi diabłami o duszę, po pierwsze jednostki (Gustaw-Konrad), po drugie - narodu. Polacy cierpią, a ta ich martyrologia pokazywana jest serio, bez dodatkowych kontekstów. Serio brzmi widzenie księdza Piotra (Wiesław Komasa), przedstawiające Polskę jako Chrystusa narodów (Nekrošius wziął je w wyraźny cudzysłów). Czy taka wymowa, otwarcie, powiedzmy to, patriotyczna i religijna, zasługuje na uznanie polskiej krytyki Anno Domini 2019? Nie bardzo. Tu już działa bariera ideologii.

Recenzje jeszcze się nie pojawiły. Można się jednak spodziewać zdawkowego lekceważenia ("wizja nie na miarę XXI wieku"), a w jeszcze większym stopniu - przemilczenia. Polscy krytycy są w większości przewidywalni. Można pisać za nich opinie, a także zgadywać, które przedstawienia "przeoczą".

Niemniej wypada też zauważyć, że dzięki tej premierze Teatru Polskiego mamy zaskakującą sytuację, kiedy możemy oglądać dwie zupełnie różne wersje "Dziadów", bo ta Nekrošiusa wciąż jest grana. Wcześniej dramat ten był wystawiany w Warszawie, pomijając Akademię, w roku... 1987. Choć można w tej podwójności widzieć splot przypadków, bo dla romantyzmu nie ma na polskich scenach dobrej pogody.

Romantyzm nasz powszedni

W PRL było inaczej. Elżbieta Wysińska zwracała uwagę w "Premierach i wydarzeniach" z 1977 roku, że wersja Swinarskiego jest dla Polaków prowokacyjna, miejscami niemal bluźniercza, a jednak ją akceptują, głosując nogami. Ze względu na cenzurę nie mogła napisać jaśniej, o co chodzi. Sam jako licealista byłem uczestnikiem teatralnej wycieczki do Krakowa - wiele lat po premierze (1979 rok). Traktowano obejrzenie tych "Dziadów" jako patriotyczny obowiązek (choć i hołd sławie reżysera). Polska inteligencja żywo reagowała na kontekst niewoli. I niektórzy twórcy, pewnie także Swinarski, świadomie czy nieświadomie kierowali się tymi emocjami. Tego z oczywistych powodów dziś już nie ma.

Ale nie tylko to decydowało. Elity uważały za swój obowiązek kultywowanie tradycji romantycznej w teatrze, bo wierzyły w "teatr narodowy", w konieczność zachowywania za jego pośrednictwem tożsamości. Przedstawienia Mickiewicza, Słowackiego czy Krasińskiego były grane niemal co roku, "z urzędu", przez takie teatry jak Narodowy czy Polski w Warszawie, ale też wszędzie indziej. Ja "Kordiana" poznałem w Teatrze Współczesnym. Była to druga z kolei inscenizacja tego dramatu przez Erwina Axera, który poza tym bawił się raczej literaturą XX-wieczną.

Poczucie misji grania tych dramatów dotyczyło też ludzi pogodzonych z PRL-em, odrzucających niepodległościowe przesłanie Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego, lub w każdym razie jego przenoszenie do współczesności. Dlaczego "Dziady" wystawił w roku 1967 Kazimierz Dejmek, nie tylko członek PZPR, ale też, jak sam o sobie mówił, "czeski realista" - narażając się na zarzut antyrosyjskości, która jest po prostu wpisana w sam utwór? Dejmek potraktował też serio przesłanie religijne utworu, chociaż był niewierzący, ale przekonany o trwałości polskiego kodu kulturowego.

Adam Hanuszkiewicz żywił się romantyzmem, choć próbował polemizować z jego przekazem. Jego sławny "Kordian" na drabinie z roku 1970 miał przekonać Polaków, że rację mieli konserwatywni oponenci młodego podchorążego, który chciał zabić cara. To wywoływało polemiki - Konstanty Puzyna zarzucał mu pochwałę oportunizmu (gdzieś w tle był stosunek do PRL). Ale i Hanuszkiewicz wierzył w wagę utworów romantycznych, nawet jeśli upraszczał ją popkulturowymi skojarzeniami lub zmieniał wymowę. Bo rozumiał rolę poezji w kształtowaniu wyobraźni młodego człowieka, bo wiedział, że polska kultura jest ufundowana na tamtych skojarzeniach.

Wystawiając w 1979 roku w Teatrze Małym III część "Dziadów", do takich wyzwań jak poświęcenie czy opór wobec narzuconej władzy podszedł już tradycyjnie. To był znak czasów.

Jaki znak? Romantyczna literatura była podstawą edukacji pokoleń Polaków. Przyswajana powierzchownie, ważyła jednak na wzorcach i skojarzeniach nawet niektórych absolwentów zawodówek. I nie da się zrozumieć godnościowej rewolucji z sierpnia 1980 roku także bez wiedzy o tej okoliczności.

Polskość, czyli balast

Taką rolę romantyczny repertuar pełnił jeszcze w początkowym okresie wolnej Polski. Potem wszystko to zaczęło się kruszyć. Starego kanonu nie zastąpił nowy, zatriumfowała czasem małpia chęć dekonstrukcji, a częściej obojętność, niechęć do zawracania sobie głowy poetyckimi frazami z całą ich emocjonalnością i metafizyką. Młode pokolenie reżyserów ich nie czuło i nie pojmowało.

W nowej rzeczywistości w roku 2014 Radosław Rychcik realizuje w poznańskim Teatrze Nowym "Dziady", które skrzą się od współczesnych popkulturowych skojarzeń - jest Joker, są cheerleaderki, jest wreszcie walka amerykańskich Murzynów z systemem rasowej opresji reprezentowanej przez Ku Klux Klan. Reżyser próbuje nas przekonać, że przekaz dramatu jest nie tyle (lub nie tylko) polski, ale uniwersalny. I osiąga to za pomocą tandety.

Kuriozalne doświadczenie zafundował nam w roku 2018 Jakub Skrzywanek w poznańskim Teatrze Polskim. Na małej scenie grany jest "Kordian", w którym z pierwotnego dramatu ostało się ledwie kilka scen przedstawionych w skrajnie zdeformowany sposób. Choć na afiszu zostały i tytuł, i nazwisko Juliusza Słowackiego, dostaliśmy niewiele oryginalnego tekstu, a celem było wykazanie, że przesłania romantycznej epoki są dziś głęboko nieaktualne.

Częścią spektaklu jest występ piosenkarki Alex Freiheit, która zyskała rozgłos, skarżąc się na gwałt, jakiego miał się na niej dopuścić jej chłopak, basista. Śpiewa ona o tym, że współczesny car to mężczyzna czyhający na kobiety. Zwietrzałe podobno konteksty romantyczne zostały zastąpione bełkotliwym strumieniem świadomości na wszelkie tematy. Ale tak naprawdę romantyczna spuścizna jawi się w tym kolażu jako upiorny balast do jak najszybszego zrzucenia. Staje się synonimem wszystkiego, co więzi: tradycyjnej polskości i religijności.

Podobną sugestię, choć subtelniejszą, można by wyczytać z widowiska "Miny polskie", wystawionego dwa lata temu w tymże warszawskim Teatrze Polskim, który dziś poważył się na "Dziady". W ujęciu Tadeusza Nyczka i Mikołaja Grabowskiego sarmacka spuścizna, warcholstwo, pijaństwo, samochwalstwo, są częścią tego samego koszmaru, co romantyczna (a właściwie neoromantyczna, bo wzięta z Wyspiańskiego) poza, mistycyzm, wiara w polskie wybraństwo. Choć skądinąd Mikołaj Grabowski nie zamknął obrachunków z polskim romantyzmem. Jego "Pan Tadeusz" z poznańskiego Teatru Nowego, kolejna jego adaptacja poematu, jest daleko mniej jednoznaczna. Wielu widzów płacze, kiedy na scenie umiera ksiądz Robak.

Bez romantycznych uniesień

Grabowski to jednak jeden z niewielu wahających się. Mamy też "kapitulację" upartych krzewicieli romantyzmu. Wymienię tu Jana Englerta, który zwłaszcza w Teatrze Telewizji stworzył w latach 80. i 90. kanon romantycznych widowisk. Jego "Dziady", "Kordian", ba, "Irydion" Krasińskiego, bywały lekceważone przez krytyków, a lubiane przez takich prostodusznych widzów jak ja.

Wystawiając w roku 2015 w Teatrze Narodowym "Kordiana", Englert dopuścił się rewizji własnej tradycyjnej wykładni romantycznego przesłania, pasującego jak ulał do poczucia opresji rodem z PRL. W sumie wypowiedział się przeciw "bohaterskiej" wersji historii, gdzie młodzież narzuca starszym swoją wizję świata, pakując Polskę w ryzykowne awantury.

Ale zrobił to subtelnie, korzystając zresztą z niejednoznaczności tekstu Słowackiego, i - pomimo wstawek nawiązujących do innych okresów polskiej historii - z respektem dla dawnej metody grania romantycznego widowiska. Patos miesza się tu z ironią, a rozmach scenicznej wizji (który przydałby się Wiśniewskiemu) powala na kolana.

Tyle że nowy, sceptyczny wobec romantycznego gestu Englert nie jest już gotów mierzyć się z innymi romantycznymi dziełami. Nieprzypadkowo "Dziady" oddał Nekrošiusowi, a ten zrobił z nich psychodramę artysty. Dyrektor Narodowego będzie nam odświeżał Fredrę czy Czechowa, ale nie Mickiewicza czy Słowackiego. A jest jednym z niewielu, który to potrafi. To jakby wyrok na ten repertuar.

Trudno się oprzeć myśli, że jeśli tamta literatura ma trafiać w ręce takich ludzi jak Jakub Skrzywanek, niech lepiej będzie zapomniana i niegrana wcale. Ale gotów byłbym ją powierzyć nawet sceptykowi Englertowi, bo nie całkiem ortodoksyjnie oddając intencje romantyków, wciąż czuje ich ducha. Niestety Skrzywanków jest dziś więcej niż Englertów. A wieloletni brak "Dziadów" w Warszawie jest skądinąd bardziej znamienny niż błazeńskie miny.

Może jednak próbujmy?

Przepaść między polskimi elitami teatralnymi i romantyzmem pogłębia się. Na pewno wynika to z owego poczucia balastu, jaki ma stanowić cała ta tradycja. Bo jest właśnie tradycją, a nie nowoczesnością, bo promuje "niewłaściwe formy" miłości do ojczyzny. Bo wydaje się niestosowna w nieheroicznych czasach. Bo koliduje z nastawieniem, które nazywam "polakosceptycyzmem". Bo zwraca się do Boga.

Pewną rolę odgrywa tu także powiększająca się luka estetyczna, z którą coraz trudniej się spierać. Nawet Grzegorz Małecki, Gustaw-Konrad z "Dziadów" i Wielki Książę Konstanty z "Kordiana", prezentował w rozmowie ze mną dystans wobec żywotności tych tekstów, czyniąc wyjątek dla tych fragmentów, które mają naturę uniwersalną i ogólnoludzką. Ale jak to rozdzielić?

Pytam, czy warto grać "Dziady" 25-letniego Jakuba Kordasa, ostatniego Konrada. - Tak, bo są ponadczasowe, bo jest w tym dramacie zapisana jakaś charakterystyka Polaków, choćby ich hartu ducha - odpowiada. "Dziady" dzieją się do pewnego stopnia tu i teraz, a reżyser może wybierać, czy woli mówić o rzeczywistości politycznej czy o wymiarze czysto ludzkim, uważa aktor. I dodaje: - Poza wszystkim to piękny utwór.

Nie jest odosobniony. - Jak nie grać "Dziadów"? Te dramaty opowiadają o Polakach. Jest tylko problem, jak je przybliżać pokoleniu Facebooka i Instagrama - to opinia nieco starszego aktora Wojciecha Solarza, któremu zdarza się czytać "tamtą" poezję dla samego siebie. Takich opinii będzie sporo, a Akademia Teatralna wciąż pokazuje swoim adeptom potencjał tkwiący w tych tekstach. Choć to nie oni decydują o repertuarach. W tym przypadku zdecydował Andrzej Seweryn, dyrektor Polskiego. I chwała mu za to.

Trudno nie zauważyć poplątania ról. Mickiewicz i Słowacki byli radykałami gotowymi burzyć trony. Dziś to lewica chce nas najchętniej - z powodów ideologicznych - uwalniać od balastu ich myśli, emocji i skojarzeń. Polska prawica wciąż odwołuje się z kolei do ich retoryki, choć pytanie, czy zawsze ją rozumie. Jej wystarczy często pozór bogoojczyźnianego tonu. Nie zauważa natomiast zawartego w tych tekstach niemal świętokradczego buntu.

A przecież nawet "sceptykopolacy" mogliby w nich docenić ładunek nonkonformizmu, pochwałę oporu wobec zła - gdyby zechcieli. Że nie wszystko zachowało bezpośrednią aktualność? Że widzenie księdza Piotra o Polsce jako Chrystusie narodów może prowadzić do fałszywych wniosków? Że religijne konkluzje Mickiewicza są naiwne? Ależ teatr jest przestrzenią umowności, w której nie musimy akceptować każdej myśli czy emocji bez reszty.

Janusz Wiśniewski pokazał nam historię Polski widzianą oczami Mickiewicza w sposób tradycyjny, dosłowny. Czy jest to wizja anachroniczna, zwietrzała? A czy zniknął problem zderzenia polskiego poczucia wolności z rosyjską kulturą polityczną, wciąż opartą na przymusie? Albo problem łączności elit z własnym narodem? A czy współczesny świat chroni nas przed wszelką opresją? Pytanie o nieaktualność "Dziadów" to pytanie o sens twierdzenia, że historia się skończyła.

Pytanie o ich dosłowność to dla odmiany pytanie o siłę naszej wyobraźni. To od nas zależy, ile z tego weźmiemy wprost do siebie, a ile potraktujemy jako historyczną ciekawostkę, pozwalającą lepiej zrozumieć naszych przodków. Jest zresztą w tej ofercie Wiśniewskiego również pomysł na swoiste ściśnięcie tych dramatów. Nie trzeba grać wszystkiego. Choć Swinarski się odważał, a był twórcą na wskroś nowoczesnym.

Kiedy słuchałem Marcina Hycnara, który jako jeden z trzech Kordianów w spektaklu Englerta zastanawiał się ze sceny nad samobójstwem, wyłuskałem nagle szokująco współcześnie zadawane pytanie o koniec, o życie pozagrobowe. Wcześniej nie zwracałem na to uwagi. Tam jest dużo takich zdań, fragmentów, myśli.

Mówiąc zaś o "historycznej ciekawostce", mam na myśli coś więcej. Młodzi widzowie mogli być zdziwieni drwiącymi słowami Gustawa-Konrada o dziewczynie, "przed którą bieży baranek, nad którą lata motylek". Okazuje się, że jeszcze Kazik Staszewski (a właściwie jego ojciec, poeta) umiał czerpać z tej tradycji, choćby dla żartu. Odcinając się od niej, nie rozumiejąc jej, przestajemy trochę być sobą. Coś tracimy.

Właśnie - dla żartu. Możliwe, że współczesny Jarosław Rymkiewicz wzmocnił nieufność niektórych Polaków do romantyzmu, korzystając z jego skojarzeń na swój ponury sposób i zaprzęgając do bieżących politycznych twierdzeń. Ale oto mamy w teatrze renesans jego dawnych sztuk, z lat 70., kiedy pozwalał sobie na drwiny z tej tradycji.

Nowocześni widzowie się cieszą, ale czy są w stanie pojąć wszystkie jego przesłania, skoro nie znają tego, z czego tamten Rymkiewicz drwił? Kiedy ostatnio obserwowałem speszoną publikę na dobrze wystawionym "Dworze nad Narwią" w teatrze Ateneum (reżyseria Artur Tyszkiewicz), miałem wrażenie, że nie jest z tym najlepiej.