O raju dla najmłodszych

"Ba¶ń o trzech konikach" Marka A. Cyrisa w reż. autora w Teatrze Animacji w Poznaniu. Pisze Andrzej Lis, członek Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Jakie powinno być przedstawienie dla najmłodszych? Na pewno dostępne, proste ale jednocześnie mądre, wielobarwne i bogate w atrakcje. Słowem, od pierwszej sceny powinno porwać i zachwycić najmłodszą, ale też i najbardziej wymagającą widownię. Powinno być tak samo dobre, perfekcyjne i staranne, jak dla widzów starszych, tylko, że lepsze!

Poznańska "Baśń o trzech konikach" w Teatrze Animacji to nie tylko ciekawy tekst i wciągająca fabuła. To nie tylko fascynujący bohaterowie i przeżywane przez nich przygody. To również scenografia tworząca rzeczywistość możliwą tylko na scenie i nigdzie poza nią; światła, które potrafią wydobyć z dekoracji jej niepowtarzalny, magiczny charakter i muzyka oraz oryginalne, budujące atmosferę i podkreślające najważniejsze akcenty dźwięki. To także wyraźnie wyczuwalny rytm, w jakim toczą się wszelkie działania sceniczne. I to przede wszystkim aktorzy, którzy potrafią przyciągnąć uwagę najmłodszych widzów nawet wtedy, kiedy wykonują najprostsze zdawałoby się czynności, takie jak przejście z lalką z jednej strony sceny na drugą. Wszystkie te elementy, istniejące na poznańskiej scenie w niezwykle starannie zakomponowanej harmonii, sprawiły, że zarówno najmłodsi, jak i odrobinę starsi widzowie oglądali spektakl z niesłychaną uwagą i skupieniem, ani na chwilę nie odrywając się od przygód trzech koników.

Zacznijmy zatem od początku, od tekstu bajki autorstwa Marka A. Cyrisa, który przedstawienie także wyreżyserował. Na początku było drzewo. Drzewo tak potężne, że nie zdołały go objąć nawet dwa niedźwiedzie. Dało ono początek wszystkim innym drzewom w lesie. W jego dziupli mieszkał duch zwany Bubaczem. Mijały lata, aż pewnego roku nastała wiosna, a wraz z nią gwałtowna burza, która powaliła drzewo. Z ocalałego pnia Bubacz wyrzeźbił konika, ale widząc, że jest mu smutno, szybko stworzył drugiego, jego brata. Ostatnie promienie zachodzącego słońca zabarwiły zwierzątka na czerwono. Bubacz nie przerwał jednak pracy i z pozostałego konara wyrzeźbił jeszcze jednego konika. Trzecie zwierzę, skąpane w blasku księżyca, przybrało piękny, srebrzystobiały kolor.

Trzeci konik początkowo bawił się z kwiatami, wirował z wiatrem, był pełen radości, ciekawości świata i uprzejmości wobec każdego napotkanego zwierzątka. Pewnego dnia jednak trafił na polanę, na której bawiły się dwa czerwone koniki. Ty jesteś inny! - rzekły i przepędziły go z polany. Białemu konikowi zrobiło się smutno - nie rozumiał dlaczego nie mogą wspólnie spędzać czasu, dlaczego nie mogą zostać przyjaciółmi. Widząc jego smutek drzewa i kwiaty obsypały go czerwonymi płatkami i liśćmi, ukrywając przepiękną białą sierść i pomagając mu tym samym upodobnić się do nowo napotkanych zwierzątek. Te przyjęły go do swojego grona - kiedy jednak z białego konika opadły ostatnie czerwone liście i kwiaty, przepędziły go, zarzucając mu oszustwo.

Smutny, biały konik wyruszył w dalszą drogę; po drodze spotkał niedźwiedzia, któremu pomógł uwolnić się z wnyków. Ten, nie zważając na dzielące ich różnice, został jego przyjacielem i chcąc podnieść konika na duchu, strząsnął dla niego rosnące wysoko na drzewie czerwone owoce, które zmieniły kolor jego sierści. I znowu czerwone koniki "przywitały go w podskokach" i śpiewając piosenkę Maliny Prześlugi radośnie tańczyły, aż się zmęczyły. A potem znowu okazało się, że biały konik nie jest czerwony i musi odejść. "Tyś jest inny, Tyś nie nasz; Oszukać nas chciał; Za durniów nas brał".

Nadeszła jesień, wszystkie liście na drzewach poczerwieniały. Biały konik, chociaż smutny z powodu koloru swojej sierści, nie zapominał o swoich przyjaciołach, a ci, wdzięczni za okazane serce i dobroć, odwdzięczali się najlepiej jak potrafili. Przelatujący żuraw, chcąc podziękować za pomoc konika, strącił na niego czerwone jak zachodzące słońce liście, które przykryły białe umaszczenie zwierzątka. Kiedy jednak ten popędził co sił w nogach do czerwonych koników, by raz jeszcze się z nimi pobawić, jesienny wiatr strącił wszystkie liście.

Czas mijał, przyszła zima, zrobiło się biało i mroźnie. Czerwone koniki, których sierść bardzo wyraźnie odznaczała się na tle śniegu, trzęsły się z zimna, głodu i strachu. Bały się wejść do lasu, w którym mogłyby znaleźć pożywienie, bo bały się, że zostaną zauważone przez groźne wilki. Biały konik, nie mogąc znieść myśli o tym, że jego braciom grozi niebezpieczeństwo, nie zważając na zagrożenie ze strony wilków, wszedł do lasu. I nagle okazało się, że jego biała sierść jest nie tylko piękna, ale też stanowi idealny kamuflaż w świecie przykrytym głęboką warstwą śniegu. Udało mu się ominąć wilki i wrócić na polanę z gałązkami, którymi podzielił się z wygłodniałymi braćmi. Dopiero wtedy czerwone koniki zrozumiały swój błąd. Biały konik ocalił je pomimo, że nigdy nie chciały się z nim bawić, odtrącały go, nazywały oszustem, nie akceptowały ze względu na jego inność. Biały konik zrozumiał za to, że kolor jego sierści nie jest najważniejszy, że nie musi zmieniać się tylko dlatego, że ktoś tego wymaga, że powinien zaakceptować siebie i polubić takim, jakim jest i jakim widzą go jego prawdziwi przyjaciele. Zakończenie wzmocniły słowa piosenki napisanej przez Malinę Prześlugę: "Nie ma czasu na podziały/ Ten czerwony, tamten biały/ Obydwa tak samo skaczą/ Obydwa tak samo płaczą/ Teraz tańczą dookoła/ Póki dźwięczy pieśń wesoła!/ Hej!".

Sceniczna opowieść zawdzięcza magię przede wszystkim niezwykłej scenografii autorstwa Jakuba Psuja i Marka A. Cyrisa zbudowanej z okrągłych, większych lub mniejszych wycinanek stylizowanych na ludowe. Trochę kurpiowskie, trochę łowickie, a może i góralskie, przypominały również robione niegdyś własnoręcznie ozdoby choinkowe, których bezcenne piękno zaklęte były w pracy i trudzie włożonym w ich wykonanie. Na scenie wielobarwne wycinanki ożywały dzięki starannej animacji i pomysłowej reżyserii światła. Proste kształty przeobrażały się w korony drzew, gęste krzewy, piękne kwiaty czy wirujące liście; stawały się czerwonym zachodzącym słońcem lub srebrzystobiałym księżycem. Tworzyły las, ukwiecone łąki czy zimową, pokrytą śniegiem polanę. Były niczym zaklęty, magiczny mechanizm, rodzaj czarodziejskiej konstrukcji, od której nie można oderwać wzroku. W centralnym punkcie owej konstrukcji znalazło się pierwsze drzewo, od którego rozpoczęła się cała historia i z którego powstał cały, przedstawiony w spektaklu, świat. Symbolizowała je okrągła wycinanka stworzona z jego przekroju, zamieszkiwana przez najważniejszego ducha tego wycinankowego świata - Bubacza. Twórcy nadali mu kształt słynącej z mądrości sowy, tak jakby chcieli jeszcze bardziej podkreślić wagę jego słów i czynów.

Kolorowe, ukwiecone łąki, złota lata, wielobarwne jesienie i śnieżnobiałe zimy, wschody i zachody słońca czy blask księżyca malowane były na scenie nie tylko wielobarwnymi wycinankami, ale przede wszystkim światłami wyreżyserowanymi przez Michała Krugiołkę. Dawno na tej scenie i w tym teatrze nie było tyle koloru. Do zmiennych jak pory roku świateł należy dodać jeszcze niezwykle plastyczne dźwięki, rytmy i muzykę skomponowaną przez Kapelę ze Wsi Warszawa, wydobywającą się z prastarych, zrekonstruowanych dla potrzeb zespołu instrumentów takich jak choćby suka biłgorajska czy fidel płocka, idealnie współgrających z nastrojami i emocjami opowiadanej baśni.

Całość - scenografia, światła i muzyka, a także bohaterowie i przeżywane przez nich przygody - dała świat jednocześnie prosty, ale niezwykle bogaty i, co najważniejsze, przykuwający uwagę najmłodszych widzów. Chłonących każde zdanie padające ze sceny i, miejmy nadzieję, biorących sobie do serca równościowe przesłanie spektaklu.

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego