powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Farrokh, który stał się Freddiem

"Królowa. Freddie - jestem legendą" Marii Spiss w reż. Piotra Siekluckiego w Teatrze im. Fredy w Gnieźnie. Pisze Jan Karow, członek Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Na początku rozlega się tryumfalny dżingiel i reflektor wyławia spośród widzów artystę. Uśmiecha się szeroko, znowu jest na szczycie. Kolejny sukces, kolejna statuetka do kolekcji, kolejny powód do dumy. Najpierw widzimy przede wszystkim burzę rozwianych, kręconych włosów, która przemyka bokiem. W pełnej krasie pojawia się na pokrytej biało-czarnym wzorem scenie, a dokładniej na stojącym pośrodku okrągłym podeście, podświetlonym po obwodzie żarówkami. Publiczność gromko bije brawo. Jednak radosna atmosfera rozdania nagród branży muzycznej zostaje szybko przełamana. Laureat nie wygłasza zwyczajowych podziękowań. Opowiada o śmierci i o poprzedzającej ją długotrwałej, wyniszczającej chorobie. Mówi o AIDS i o swoim homoseksualizmie. Nie uderza jednak w podniosłe tony; jest swobodny, wręcz igra z widzami w pierwszych rzędach. Tutaj pośle porozumiewawczy uśmiech, tam mrugnie okiem. I pyta ze zdziwieniem: "Czy ten stary pedzio, Elton John jeszcze żyje? Żyje? Co? Jak wygląda? Świetnie? Jak temu kutasowi, psim swędem, udało się przeżyć?".

Nagrodzony to Freddie Mercury (Michał Karczewski) wyjęty wprost z teledysku do piosenki "I'm Going Slightly Mad." Z wybieloną twarzą, w efektownej marynarce - to jedno z jego wcieleń z ostatnich miesięcy życia. Z tego samego klipu zaczerpnięto również pomysł na nadzwyczajnie długą kanapę, na której siądzie w jednej z dalszych scen ze swoimi dwoma pozostałymi wizerunkami: Freddiem najmłodszym (Omar Karabulut), z połowy lat siedemdziesiątych, wciśniętym w biały obcisły strój (jak w "Somebody To Love") i Freddiem u szczytu sławy (Paweł Dobek), krótko ostrzyżonym, z charakterystycznym wąsem i żółtą kurtką - takim, jaki został zapamiętany z legendarnego koncertu na Wembley. Tego typu wizualnych nawiązań będzie więcej. Praca Łukasza Błażejewskiego, autora scenografii i kostiumów, polegała tutaj na przejrzeniu obszernego materiału wideo, jaki pozostał po zespole Queen, i wyłuskaniu mniejszych i większych elementów. Bo oglądamy zarówno taki drobiazg, jak zabawę latarkami niczym w "Bohemian Rhapsody", ale też zilustrowane na teatralnym horyzoncie mieszkanie z "I Want To Break Free" - w przedstawieniu to przestrzeń spotkań z matką Jer (Joanna Żurawska) i ojcem Bomim (Roland Nowak). Niczego się tutaj nie podaje w wątpliwość czy wstawia w ironiczny nawias; jest szereg cytatów, które budują zmieniający się sceniczny świat ze znanych, łatwo rozpoznawalnych obrazków. Mimo tego entourage'u o samym zespole nie usłyszymy.

Bohater jest jeden, choć rozpisany na trzech aktorów. Autorka tekstu Maria Spiss przygląda się tym fragmentom biografii Mercury'ego, po których prześlizgnął się (albo w ogóle przemilczał) niedawny film Bryana Singera. Dlatego najwięcej miejsca poświęca trudnej relacji z rodzicami, którzy nie potrafili zaakceptować stylu życia syna, oraz długo ukrywanej orientacji seksualnej. Pojawiająca się kilkakrotnie na scenie Mary (Zuzanna Czerniejewska), partnerka sprzed lat, jest jak coraz bardziej natrętny wyrzut sumienia, stracona szansa na założenie rodziny. Freddie w wersji dramatopisarki jawi się przede wszystkim jako człowiek próbujący uciec przed swoją przeszłością. Porzuca pierwotne imię, stara się zerwać wszelkie kontakty z byłą dziewczyną, związek z rodzicami w końcu właściwie się rozpływa - i to za sprawą obu stron. Mniej znane aspekty życia prywatnego wokalisty zestawione z licznymi odwołaniami do dzieł zespołu Queen dają poczucie, jakbyśmy oglądali raz awers, raz rewers znanego wizerunku.

I oczywiście to, co najciekawsze, znajduje się po tej rzadziej oglądanej stronie. Gdzie słyszymy w mocnych słowach o niekończących się imprezach i nocnym włóczeniu się po gejowskich klubach w największych miastach na świecie. Reżyser Piotr Sieklucki nie podejmuje jednak ryzyka, żeby pójść do końca w tym niełatwym kierunku. Za każdym razem, gdy dochodzimy do któregoś z mroczniejszych punktów, następuje odbicie i rozbrzmiewa jeden z przebojów. Co więcej, nie są to drobne wstawki, a niemal całe utwory. Nie śpiewają ich jednak Karczewski, Karabulut czy Dobek, lecz z głośników wydobywa się oryginalny wokal Freddiego. Może to i dobrze, bo magia Queen polega w dużej mierze na niepodrabialnym głosie lidera. Tylko że - paradoksalnie - przez tak dużą ilość atrakcji i mnogość nawiązań w obrazie i w muzyce, przedstawienie w gnieźnieńskim Teatrze im. Fredry wytraca tempo. Jak gdyby obawiano się, że widzowie nie wytrzymają samych trudów biografii i trzeba je koniecznie zapakować w coś przyjemnego. Stąd świetnie odnajdujący się w trzech odsłonach Freddiego aktorzy muszą co i rusz imitować wykonanie kolejnych hitów (choreografia Karola Miękiny), co nie działa jednak jak dający wytchnienie oddech, a raczej sprzyja zastanawianiu się nad tym, której piosenki jeszcze nie słyszeliśmy.

Wszystkie te wstawki są dopracowane i efektowne. W tym też tkwi problem. Sieklucki zbliża się niebezpiecznie blisko do punktu, w którym ważne tematy podjęte przez autorkę mogły zostać przysłonięte przez atrakcyjność formy. A przecież Maria Spiss kieruje swój pisarski obiektyw na to, co właśnie atrakcyjne nie jest. Przed staniem się jedynie dodatkiem do kolejki hitów Queen ratuje ją dosadność jej tekstu. Dzięki temu spektakl nie ogranicza się do kulturalnego wieczoru przy znanej muzyce, tylko stara się też pokazać, jakim człowiekiem był Freddie, kiedy schodził ze sceny.

Co może budzić wątpliwości, to próba poszerzenia kontekstu w końcowych partiach przedstawienia "Królowa. Freddie - jestem legendą." Pojawiają się wtedy Montserrat Caballé, Elton John (w obu rolach Katarzyna Kalinowska - najpierw w ogromnej sukni na stelażu, następnie w kwiecisto-zielonkawym garniturze) i Michael Jackson (Omar Karabulut). To jedne z wielu postaci związanych z Mercurym. Razem z diwą operową nagrał album "Barcelona", z królem popu współpraca nie wyszła, natomiast Elton przychodzi niejako wytłumaczyć się z zarzutu, o którym wspomniałem na początku - jak udało mu się przetrwać epidemię AIDS. Jednak ich pojawienie się na scenie niewiele wnosi. Krótka sprzeczka między Jacksonem i Johnem na temat tego, kto napisał większe przeboje czy monolog tego drugiego o jego egoizmie w latach osiemdziesiątych i niewłączaniu się w akcje budujące świadomość na temat groźnej choroby to za mało, żeby uzasadnić ich obecność w tej opowieści. Nie oświetlają historii Freddiego w nowy sposób, więc chyba mogłoby ich po prostu nie być.

Warto pamiętać, że Mercury do bycia chorym przyznał się zaledwie dzień przed śmiercią. Od tamtego czasu minęło ponad ćwierć wieku, ale jak pokazał film "Bohemian Rhapsody" nadal nie potrafimy swobodnie rozmawiać o gwieździe popkultury bez swego rodzaju autocenzury. Przemysł domaga się wygładzenia wizerunku. W gnieźnieńskim spektaklu ślady tego typu podejścia również są obecne, ale na szczęście tekst Marii Spiss nie daje się łatwo zagłuszyć.

Maria Spiss KRÓLOWA. FREDDIE - JESTEM LEGENDĄ. Reżyseria: Piotr Sieklucki, scenografia i kostiumy: Łukasz Błażejewski, choreografia: Karol Miękina, opracowanie muzyczne: Piotr Sieklucki, Maciej Szymborski. Prapremiera w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieznie 5 października 2019.