powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Od środka

"#chybanieja" Artura Pałygi w reż. Pawła Passiego w Teatrze Maska w Rzeszowie. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Opowiadano mi, że niewierzący nagminnie zwierzają się dziś kręgom znajomych na Facebooku, iż odczuwają nieprzezwyciężalny dyskomfort, gdy przychodzi im przekraczać próg kościoła. Nawet w drodze na ślub, albo co gorsza na pogrzeb kogoś z przyjaciół czy z rodziny. Złość na tę po świecku mocarną instytucję, przekonanie, że stała się ona rozsadnikiem czystego zła, kolejne popisy buty i arogancji frontmanów w typie Jędraszewskiego czy Rydzyka - wszystko to budzi wręcz fizyczny odruch odrzucenia. Machinalny i podprogowy. Wolno podejrzewać, że za tym atawizmem idzie też brak śladowej nawet empatii wobec tych współziomków, którzy próg kościoła nadal gotowi są przestępowa. I których świadomość daleko posuniętego zgangrenowania religijnych instytucji - bo większość tę świadomość jednak ma - nie prowadzi łatwo i prosto ku apostazji, zwłaszcza jeśli miałaby być manifestacyjnie ogłaszana na społecznościowych portalach.

Współczesny polski teatr stał się jednolicie antyklerykalny a w wielu swych przejawach i antyreligijny. Doskonale współgra z owym facebookowym neoatawizmem. Ci, którzy próbują chronić swą wiarę, niemal nie mają czego szukać na scenach. Wyjątki można policzyć na palcach może obu rąk. Należy do nich spektakl "#chybanieja", koprodukcja rzeszowskiego Teatru Maska i Centrum Kultury z Lublina. Przedstawienie, którego pasja obnażania nieprawości w Kościele dorównuje, tak, tak, dorównuje Klątwie z warszawskiego Teatru Powszechnego! Z tą różnicą, że oskarżenie dokonuje się od środka, nie od zewnątrz. Idzie nie o to, by krzyż obalić piłą mechaniczną, tylko o to, by ów krucyfiks ustawiony w ścianie zamykającej scenę, ocalić. Jeśli się w ogóle da.

Tegoroczny warszawski Festiwal Nowe Epifanie organizowany przez Centrum Myśli Jana Pawła II postawił w centrum zainteresowania postać Judasza. Jednego z apostołów, najbliższych współpracowników Jezusa, tego, który zdradził swego przywódcę i wydał go na śmierć. Artur Pałyga i Paweł Passini zgłosili projekt spektaklu z założeniem tak rozbrajająco oczywistym, że aż dziw, iż nikomu przedtem nie przyszło to do głowy. Spróbowali opowiedzieć o współczesnych nieprawościach kościoła właśnie w kategoriach Judaszowej zdrady. W kategoriach sprzeniewierzenia się nauce Chrystusa, ale nie w planie szczytnych i niespełnionych idei, tylko w planie jak najbardziej realnym, tak jak realna w przekazie ewangelicznym była męka Pańska. I postawili pytanie - nie ośmielając się próbować na nie odpowiadać - czy dzisiejsza kompromitacja instytucji Kościoła też powinna być przez wierzących brana za część Boskiego planu, jak była nią tamta zdrada?

Skromny spektakl jest zbiorem scen mieszających porządki sytuacyjne i czasowe. Są tu monologi samego Judasza i próby zrozumienia jego możliwych motywacji, od gry ambicji i zazdrości wobec lidera, przez idiosynkrazje "klasowe", po pobudki czysto materialne. Przywołuje się stare przekazy, które wcale nie mówią o samobójczej śmierci zdrajcy, tylko o jego późniejszym długim i dostatnim życiu owocującym bujnym rozrostem brzucha i penisa; demaskuje tę niepedagogiczną pointę Ewa Mrówczyńska jako oślica Balaama. Ale to tylko tło. Współczesnym Judaszem twórcy czynią Marciala Maciela Degollado, meksykańskiego zakonnika, twórcę Legionu Chrystusa, hołubionego w Watykanie, ulubieńca papieża Wojtyły. Ojciec Maciel był sprawcą gwałtów i molestowania seksualnego rzesz dzieci i seminarzystów, uwodził kobiety dla ich pieniędzy, miał synów i córki z kilkoma kobietami. Jednej z jego córek spektakl oddaje głos. W dramatycznych monologach Anna Zachciał pyta, czy i jak możliwa jest jeszcze jej wiara, skoro jej ojciec był tym, czym był, a ziemscy urzędnicy Nieba bezwzględnie i skrupulatnie ukrywali dostępną im wiedzę na jego temat. W jej słowach nie ma bluźnierstw. Jest tylko niesłychanie bolesna obrona przed zwątpieniem. Notabene to jeden z ważnych tematów pisarstwa Artura Pałygi. W zeszłym roku powstały jego Usta Weroniki, monodram-spowiedź z takich to czarnych zwątpień Zofii Kossak-Szczuckiej drastycznie doświadczonej przez wojnę; wystawiono ten tekst w Cieszynie i drukował go "Dialog".

Spektakl przeplata konfesyjne monologi scenami jak z interwencyjnych reportaży. Niby wszystkie te zachowania już widzieliśmy, czy to w filmie Kler czy w dokumencie braci Sekielskich, a jednak krętactwa hierarchów, ich bezwstyd i bezkarne nadużywanie władzy nieodmiennie wstrząsają. Zapewne także dlatego, że Passini te "scenki z życia" realizuje bez emfazy i retorycznych popisów. Ot, jak staroświecki teatr konwersacyjny: pytanie, odpowiedź, kwestia, kontra, etc. Wrażenie robią same tematy. Oto jeden biskup nie dopuszcza do naukowych badań hostii zmieniającej się w ludzką tkankę, choć oszustwo jest oczywiste. Oto drugi biskup modelowo zamiata pod dywan wyjątkowo paskudną sytuację: nastolatek zabił się, oskarżając w liście pożegnalnym księdza o molestowanie, po czym tenże ksiądz ku rozpaczy wstrząśniętej rodziny sam odprawia pogrzebową mszę. Jarosław Tomica, dawny aktor Kompanii Teatr Witolda Mazurkiewicza z jej heroicznego okresu, gra i biblijnego Judasza, i jego współczesne wcielenia. Jest drapieżny pod układnością słów, bezwzględny pomimo ciepło-ojcowskiego tonu. Dysonansu między postawą kapłana a sytuacją teatr i aktor nie muszą podkreślać, oskarżenie i tak jest druzgocące.

Ja jednak najbardziej lubię w Pałygowym pisaniu te scenki nie najjaskrawsze, pozornie zwyczajne, uboczne, a uchwycone w jakimś ważnym aspekcie. Taką sekwencją jest w rzeszowsko-lubelskim przedstawieniu przyjazd młodego księdza do jakiegoś żeńskiego zakonu. Mniszki są spokojne i uśmiechnięte. "Będzie nas ksiądz pouczał" - pytają. - "Skoro księdza przysłano do nas". Coś tu się wydarzyło, nie wiemy co, kobiety szykują się na "karne" kaznodziejstwo młodego szczawika, wiedzą, że trzeba odbębnić jakiś rytuał, nakazany przez górę, nie mający nic wspólnego ani z wiarą, ani z Chrystusem, ani z konkretnym życiowym sensem. I wiedzą, że muszą to przejść jak wiele bezsensów w ich tak zwanym posłannictwie. Tyle, że sobie poironizują z kaznodziei. A młody, żarliwie grany przez Macieja Owczarka, mówi im, że się poddał. Że już nie chce być księdzem. "Jakie piękne kazanie Judasza" kpią kobiety. "To Kościół jest Judaszem" krzyczy ksiądz. Nie ma tu plugawej postaci Marciala Maciela Degollado, ani krzyczącej głupotą pychy arcybiskupów, ani przez nikogo nie przeproszonych ofiar agresji seksualnej. Ale jest w tej raniącej kpinie może najdotkliwszy obraz skutków owej zdrady, jaki na naszych scenach i nie tylko na nich można zobaczyć.

Przedstawienie jest, jako się rzekło, dość skromne; kołyszący rytm nadaje mu muzyka z wybijającym się, czasem gwałtownie piskliwym klarnetem Pawła Passiniego siedzącego z instrumentem wśród widzów. Być może niektórym monologom przydałyby się nożyczki. Być może teatry powinny reglamentować wydawanie reżyserowi czerwonej farby, ponieważ lubi on mazać nią aktorów, nie zauważając, że to chwyt zbanalizowany i już przeciwskuteczny. Furda; widownia słucha spektaklu z powagą, potem zostaje na krótkiej rozmowie z artystami. Nie ma żadnych kłótni, oskarżeń. Jest coś bardzo w teatrze rzadkiego: przejęcie.

A ten tytuł z haszem? To refren rozbrzmiewający pomiędzy scenami. Od strony zastygniętej na krzyżu figury Chrystusa z twarzą kobiety dobiega proroctwo z Wieczernika "Jeden z was" i gwar głosów powtarzających na różne tony obronne "chyba nie ja", "chyba nie ja". W przedstawieniu, które Judaszową zdradę rozpatruje od środka i nie umywa rąk prostym i bezpiecznym "oni", dalsze, niedopowiedziane już pytanie musi brzmieć "więc kto"?

Jacek Sieradzki

Artur Pałyga #CHYBANIEJA. Reżyseria: Paweł Passini, muzyka: Paweł Passini, Daniel Moński, kostiumy: El Bruzda, scenografia: Marta Ożóg, Daniel Moński. Prapremiera koprodukcji Teatru Maska w Rzeszowie i Centrum Kultury w Lublinie 19 maja 2019, przedpremierowy pokaz na Festiwalu Nowe Epifanie w Warszawie.