powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Z innej planety

"Panny z Wilka" wg Jarosława Iwaszkiewicza w reż. Krzysztofa Rekowskiego w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie. Pisze Patryk Kencki, członek Komisji Artystycznej V Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej "Klasyka Żywa".

"Panny z Wilka", wyreżyserowane przez Krzysztofa Rekowskiego w olsztyńskim Teatrze im. Stefana Jaracza, to spektakl o przemijaniu, miłości, zapomnieniu i śmierci. Reżyser inteligentnie wydobył wszystkie te znaczenia zapisane przez Iwaszkiewicza w opowiadaniu, ale jednocześnie przekuł je w zaskakujący sposób, tak aby na scenie ukazać zupełnie inną historię. I właściwie od początku do końca spektaklu zadziwiać nas będzie to połączenie wierności wobec oryginału z nader osobistą narracją.

Iwaszkiewicz, tworząc "Panny z Wilka", nie ukrywał, że jednym ze źródeł inspiracji było dzieło Marcela Prousta, aluzyjnie zresztą w opowiadaniu przywołane. Nie dziwi nas przeto, że polski pisarz nie tylko podjął podobną co "W poszukiwaniach straconego czasu" problematykę, ale również że mężczyzn postanowił sportretować jako postaci kobiece. W ekranizacji Wajdy drugie dno utworu zostało nieomal przemilczane. Z kolei Agnieszka Glińska w swojej krakowskiej inscenizacji postanowiła ową podszewkę opowiadania poddać negacji, a z tytułowych panien uczyniła główne bohaterki.

Mimo, że w przedstawieniu Krzysztofa Rekowskiego widać nawiązania i do spektaklu Glińskiej (powracające kilkakrotnie, pomnożone przez liczbę panien powitanie Wiktora Rubena), i do filmu Wajdy (chociażby wyakcentowanie skąpstwa Kaweckiego i jego wyrzutów wobec Kazi, dobrze zagranej przez Barbarę Prokopowicz), to olsztyński spektakl opiera się na nader oryginalnym rozwiązaniu. Tytułowym pannom Rekowski nie odejmuje nic z kobiecości, natomiast daje do zrozumienia, że Wiktor jest odmiennej od nich orientacji. Fascynacja wilkowskimi dziedziczkami czy nawet próby fizycznych zbliżeń okazują się dla Rubena czymś tak naprawdę zastępczym, może w jakimś stopniu omyłkowym, wobec prawdziwej, choć do pewnego momentu wypieranej, natury. Przy interpretacji podjętej przez Rekowskiego nabiera nowego sensu stanowczy sprzeciw Wiktora wobec pomysłów Ciotki o ożenieniu go z Tunią, jak też jego słowa skierowane do Joli, że jest "zabłąkany z innej planety", więc nie będą "mieć nigdy wspólnej orbity".

Genialnym pomysłem Rekowskiego jest wprowadzenie na scenę postaci Jurka. To przecież od śmierci tego kleryka, będącego jedynym przyjacielem Wiktora, zaczyna się akcja opowiadania. U Rekowskiego jednak - inaczej niż u Iwaszkiewicza - postać towarzyszy Wiktorowi w jego podróży. Już na samym początku dostrzeże ją za kurtyną z gazy, niczym jakąś zjawę, albo majak własnej wyobraźni.

Rzeczywistość przedstawienia skonstruowana została zresztą w taki sposób, że nie do końca możemy mieć pewność, kto należy do świata żywych. I Wiktor ma coś z ducha, który powraca do ważnego w jego życiu miejsca. I wreszcie samo Wilko wraz ze swoimi mieszkańcami wydaje się nie do końca realne.

Scenografia (proj. Jan Kozikowski) ukazuje las. Biorąc pod uwagę obecność w spektaklu różnych odwołań do twórczości Iwaszkiewicza, nieprzypadkowo jest to brzezina. Na ściółce ustawione są stolik i komoda z patefonami, a przez środek sceny ukośnie przebiegają tory. Wprowadzono je, aby umożliwić ruch platformy ze stołem i krzesłami (swoisty wehikuł czasu). Przy okazji jednak udało się stworzyć poruszający obraz, w którym kolej przecięła zarośnięte miejsce po dawno rozebranym dworze.

W głównej roli reżyser zdecydował się obsadzić Marcina Kiszluka, który nie jest typem efektownego amanta. To dobry pomysł. Łatwiej jest się z nim identyfikować. W Kaweckiego wcielił się Marcin Tyrlik. Jego postać jest prostoduszna, a nawet rubaszna. Wolne chwile spędza rozwalony na kanapie z nogami zanurzonymi w metalowej misce. Jurka gra młodzieńczy i niepozbawiony powabu Radosław Jamroż.

Jednym z najważniejszych tematów, poruszonych w spektaklu, jest seksualna tożsamość. Wiktor, przywołując wspomnienia, zderza się z czasem straconym, spędzonym "w cieniu zakwitających dziewcząt", z których żadnej tak naprawdę nie kochał, i w cieniu platonicznej fascynacji przyjacielem, niemożliwej już do spełnienia. Jego relacja z Tunią (przekonująco gra ją Małgorzata Rydzyńska) ma w sobie coś niepokojącego. W Iwaszkiewiczowskim opowiadaniu Wiktor, patrząc na najmłodszą z sióstr, przywoływał obraz nieżyjącej już Feli. W spektaklu, zbliżenia z Tunią służą przywołaniu Jurka. Kiedy Ruben poczęstuje ją papierosem, zaraz wda się w rozmowę ze zmarłym przyjacielem, tak jakby wyłonił się on z wydmuchniętego przez nią dymu. Tym samym papierosem poczęstuje zjawę kleryka, lekko go przy tym obejmując i podtrzymując, jakby wprowadzał go w zgoła odmienną niźli nikotynowa inicjację. Podczas kąpieli z Tunią w wąskim basenie, umieszczonym z przodu sceny i mającym niepokojący kształt otwartego grobu, pojawi się znowu nieżyjący przyjaciel. Jego przemoczone ubranie będzie zresztą budziło skojarzenia i z erotyką, i z umieraniem.

W jednej z ostatnich scen nastąpi zerwanie przez Wiktora z dawnym życiem, podporządkowanym tradycyjnemu porządkowi. Kiedy tuż przed jego odjazdem Ciotka (wyrazista Irena Telesz-Burczyk) zaprezentuje mu upieczone dla Tuni ciasto, nie tylko utwierdzi się w decyzji wyjazdu, ale gwałtownie zniszczy starannie przygotowany wypiek. Jest w tej scenie jakieś niesłychane okrucieństwo. Zbrukanie ciasta nabiera charakteru bluźnierczego i wyzwalającego jednocześnie. Teraz Wiktor, pogodzony z własną odmiennością, może śmiało odejść. Ale zakończenie nie jest bynajmniej optymistyczne. Odchodzącemu Jurek czyta wiersz Iwaszkiewicza "Boję się, że jak Hafiz Dżalaluddin Rumi", przywołujący motyw ubóstwienia ukochanej osoby, ale zawierający w ostatniej strofie pesymistyczne słowa: "jesteś chłopcem tylko, I Bóg nie mieszka w tobie [], I chcę żeby po tobie nic nie pozostało".

Jarosław Iwaszkiewicz PANNY Z WILKA, reżyseria: Krzysztof Rekowski, Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie, premiera: 24 sierpnia 2019