powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Potęga zespołu

"Lalka" wg Bolesława Prusa w reż. Wojtka Klemma w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Pisze Kalina Zalewska, członkiniKomisji Artystycznej V Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej "Klasyka Żywa".

Nie będę udawać, że zgadzam się w pełni z wymową krakowskiej "Lalki", ale spektakl Teatru Słowackiego oglądałam z dużym zainteresowaniem dla koncepcji reżysera oraz z podziwem dla aktorskiego zespołu, jednego z lepszych w kraju. Czy to "Plastiki" Mayenburga w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego, którymi Teatr w Krakowie otworzył nową dyrekcję, "Bajki robotów" Lema i Agnieszki Olsten, czy mniej udane przedstawienia - zespół dawnego "Słowaka" wkłada w nie wszystkie siły i talenty. Realizuje sceniczne pomysły z oddaniem, dowodząc biegłości gry w rozmaitych konwencjach i otwierając się na kolejnych reżyserów.

Wojtek Klemm nie zlekceważył powieści Bolesława Prusa, nie potraktował jej jako pretekstu do li tylko własnej wypowiedzi o świecie, choć taką wypowiedzią uczynił. Tomasz Cymerman, autor scenariusza i dramaturg przedstawienia, przyjrzał się uważnie każdej postaci, zinterpretował niemal każdy wątek. Obaj przedstawili wizję spójną i zrealizowaną z talentem, a przy tym pełną energii i mocującą rzecz w naszej epoce.

Autorzy spektaklu szukali tego, co może być wspólne dla czasów Prusa i naszych, a co manifestuje się już poprzez współczesne kostiumy bohaterów (Julia Kornacka) i zaskakującą scenografię (Magdalena Gut). "Lalka" rozgrywa się bowiem na betonowych konstrukcjach przyszłego bloku i rusztowaniach, po których czasem wspinają się bohaterzy, wchodzący także po prowizorycznej drabince na piętro, gdzie znajduje się rodzaj salonu. Nie trzeba dodawać, że tworzy to spory kontrast z wystrojem widowni. Jest też aluzją do naszej sytuacji życia na kredyt - wszyscy jakiś spłacamy, najczęściej mieszkaniowy.

Dawna arystokracja to dzisiejsi najbogatsi, którzy zamiast poglądów mają przesądy, na czele z ciotką Hortensją (Hanna Bieluszko), Krzeszowskimi (Dominika Bednarczyk i Wojciech Skibiński) i Księciem (Feliks Szajnert). Charakterystyczna jest tu eliminacja prezesowej Zasławskiej, postaci pozytywnej, obdarzonej autorytetem. Cechą tej warstwy jest życie ponad stan: nieustanne pożyczanie pieniędzy, a zarazem manifestowanie bogactwa i przeznaczanie znacznej części dochodów na zadawanie szyku. Świetnie ich portretuje i nagle godzi ze sobą scena kwesty w kościele - okazja do zaprezentowania się w towarzystwie i zdjęć (chciałoby się powiedzieć na ściance), które to dokumentują i popularyzują. Dowodzi to, że dzisiejsi celebryci nie wzięli się znikąd, tyle, że obecnie to nie urodzenie jest przepustką na salony, ale stan konta. Krzeszowscy świadomie robią ze swojego życia publiczne widowisko, a Bednarczyk pokazuje, że Baronowa ma mentalność przekupki. W towarzystwie kręci się zawsze, także dziś, trochę freeków w typie Ochockiego, czyli ludzi z pasją, mile widziani są artyści, ale to nie oni ustanawiają reguły i nadają ton.

Może dlatego, że mowa o naszych czasach, protagonistów jest dwóch. Obok Wokulskiego (Mateusz Janicki), który przywozi do ojczyzny pieniądze i nowe pomysły, pragnąc wcielić je w życie, drugim równie ważnym bohaterem jest Rzecki (Marcin Kalisz), hołdujący tradycyjnym poglądom, podszyty sentymentalizmem i podziwem dla Stacha. Czyniąc z nich niemal rówieśników, a jednocześnie przeciwstawiając ich sobie - twórcy pokazują zmaganie starego z nowym w obrębie tego samego pokolenia. Aktorzy mają zresztą scenę, kiedy ich dyskusja przechodzi w fizyczne mocowanie się. Rzecki leży wtedy odrobinę za długo na brzuchu Stacha, jakby nie umiał poradzić sobie z podziwem dla przyjaciela, opanowującym go z równą siłą, co świadomość, że ten działa przeciwko sobie, ale nie sposób mu to wyperswadować. Bywają ludzie, którzy wywierają wrażenie, takie jak Wokulski na Rzeckim, i trudno zaklasyfikować fascynację, jaką budzą, balansującą gdzieś między przyjaźnią, miłością i oddaniem. Coś podobnego przydarza się Stachowi z Izabelą Łęcką, bo późno, o ile w ogóle, pojawia się w tej relacji wzajemność. Bardzo długo jest to podziw Wokulskiego (trudno oprzeć się myśli, że czasem spotyka nas to, co sami powodujemy wobec kogoś zupełnie innego, i mamy wtedy okazję, by poczuć, jak to jest). Podobieństwa między Rzeckim i Izabelą wydobywa także choreografia Aleksandra Kopańskiego. Bohaterka wykonuje w drugiej części spektaklu wiele razy powtarzany układ kroków, który w momencie zerwania jej związków z Wokulskim przejmuje Rzecki, niejako odzyskujący Stacha, co jest udanym środkiem wyrażenia podświadomych tęsknot i oczekiwań, niejasnych, trudnych do wypowiedzenia. Oczywiście jest to przykład dzisiejszego myślenia, nałożonego na powieściowe realia.

Karolina Kazoń gra kobietę piękną, ale w istocie banalną, i jak się okazuje, nie potrafiącą nawiązać relacji z bohaterem. Kiedy uczucie zdaje się odwzajemnione oboje stoją naprzeciw siebie niezdolni do przeprowadzenia czegoś, o czym nie mają pojęcia: ona zawsze adorowana, zostawiająca aktywność mężczyznom, on szanujący ją bardziej niż może by należało, inaczej niż wielbiciele w typie Kazia Starskiego. Krzysztof Piątkowski tworzy figurę groteskową, ale świetnie utrafioną. Jego Starski, w białych spodniach i czarnej skórze wrzuconej na podkoszulek, pojawiający się przy dźwiękach orientalnej muzyki i czynionej doń gimnastyki, jest portretem tandetnego maczo. Ma w sobie tyle kiczu, że skutecznie kompromituje flirtującą z nim Izabelę, która daje upust niskim instynktom. Wydaje się jednak, że historia głównych bohaterów dowodzi nie tyle, że oboje debiutowali na polu uczuciowo-erotycznym i dlatego nie potrafili znaleźć drogi (taką koncepcję rozwija w programie przedstawienia ojciec reżysera, zarazem znawca powieści, ale także twórcy, vide opisana wyżej scena), co raczej dumy Wokulskiego, który zdawał sobie sprawę, że zawsze będzie dla Izabeli kimś obcym, a może i świadomości, że te przepaści mentalne trzeba będzie pokonywać za każdym razem.

W przedstawieniu wydobyto fakt, że Wokulski, przebywając na zesłaniu w Rosji, zaufał Henrykowi Szlangbaumowi i doktorowi Szumanowi (którzy znaleźli się tam z podobnych powodów, co on). Rzecki postrzega Żydów jako obcych, zachowując dystans, gdy Stach czyni z dawnych towarzyszy doli i niedoli - przyjaciół, partnerów rozmów i namysłu nad światem. Szlangbaum, po próbach asymilacji, zrażony uprzedzeniami Polaków, wraca do ortodoksji, przesadnie podkreślając własne pochodzenie. Marcin Sianko w dżinsach i białej koszuli, z białymi frędzlami, przyczepionymi do szlufek spodni, lekko, ale precyzyjnie gra ten problem. Z kolei Dominik Stroka jako Szuman wydaje się uosobieniem trzeźwego myślenia, lejącym zimną wodę rozsądku na rozgorączkowane polskie głowy (to piękna postać, domagająca się może bardziej skomplikowanej interpretacji, co jest pretensją nie tyle do aktora, co do twórców). W spektaklu widać, że Żyd to ciągle w naszym społeczeństwie ktoś obcy, ale i słychać inne podejście do rzeczywistości, wyrażane przez Szumana, oparte silniej na wiedzy i racjonalizmie, niż na sentymentach i martyrologii. Podejście to wśród rdzennych Polaków reprezentuje jedynie Ochocki (Mateusz Bieryt), przeżywający w związku z tym poczucie wyobcowania i niezrozumienia.

Kazia Wąsowska (Karolina Kamińska) jest tu atrakcyjną, wygadaną emancypantką. Zdobyłaby może Wokulskiego, gdyby nie stosunek do mężczyzn, polegający na traktowaniu ich tak, jak oni traktują kobiety. Ta "kupiecka" postawa irytuje bohatera jako zbyt prosta. Kazia jest inteligentna i bystra, ale małoduszna, więc nie stanowi dla Izabeli zagrożenia. Jest to zarazem portret dzisiejszej emancypantki, której imponuje, że odwróciła role i teraz to ona gnębi mężczyzn i dowodzi intrygą. Prus obnaża pustkę nowoczesności, a twórcy razem z nim. Także Paryż, stolica świata - to targowisko próżności, gdzie o lepsze walczą uczony i prostytutka, zachwalając towar do sprzedania.

Zagadką pozostaje Helena Stawska (Natalia Strzelecka), w której Rzecki widzi idealny materiał na żonę dla Stacha, a on sam widzi świętą. W spektaklu postać połączona z prostytutką, którą opiekował się Wokulski, zostaje żoną Węgiełka (Tomasz Augustynowicz). Prostytucja, w jaką niegdyś popadła, staje się dla niego takim obciążeniem, że zaczyna traktować ją brutalnie. Węgiełek krytykuje mieszczaństwo, przy okazji kupna kamienicy Łęckich, oświadczając, że jego ojciec musiałby pracować ponad sto lat, by zdobyć żądaną sumę, powątpiewając w uczciwość szybko zdobytych fortun, ale zarazem nie chce płacić komornego niczym socjalizujący studenci z powieści. Ta postać kończy spektakl, gdy na pytanie, kto zostanie w Polsce, kiedy wszyscy wyjadą, Węgiełek, ubrany w dres, odpowiada "Ja". Twórcy widzą więc biedaków inaczej niż Prus, bez jakichkolwiek idealizacji. Węgiełek jest tu prostakiem, a nie człowiekiem prostym, co dziwi u artystów zorientowanych lewicowo, ale chodzi oczywiście o wydźwięk finału. "Lalka", jak twierdzi cytowany w programie Andrzej Leder, jest powieścią o emancypacji mieszczaństwa. Ze sceny wynika, że ma ono krytyków w warstwie niższej, skazane zarazem na pogardę arystokracji. Bohater nie może pokonać silnych antagonizmów i wycofuje się, a projekt emancypacyjny przegrywa.

Portretując w Stachu i Ignacym dzisiejszą sytuację dwóch projektów ideowych, wywodzących się z tego samego pnia, ale pozostających ze sobą w ciągłym zmaganiu, twórcy zwracają uwagę, że może rację w sporze o społeczeństwo miał/ ma doktor Szuman. Mogliśmy z tej racji skorzystać, mając ją na wyciągnięcie ręki, ale do tego trzeba było porzucić uprzedzenia i zainteresować osiągnięciami naszych sąsiadów (dziś zrobił to choćby Krzysztof Kłopotowski w książce "Geniusz Żydów na polski rozum"). Nasze społeczeństwo jawi się w spektaklu jako podzielone, kastowe i nieufnie odnoszące się do przekraczania tych barier, jak i do mniejszości, a ponadto tradycyjne w sensie obstawania przy swoim, dawnym i znanym, często bezrozumnie. Oprócz brawurowej sceny (i brawurowej roli) Marcina Kalisza, który aktywizuje widownię do współudziału w koncercie Rossiego, zapewne zapamięta ona też scenę kwesty, jako posiadającą liczne współczesne echa. Powiem szczerze: spektakl Klemma jest imponujący. Nawet jeśli nie ze wszystkim się zgadzam, to bardzo doceniam.

*

Bolesław Prus LALKA, reżyseria: Wojtek Klemm, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, premiera: 17 maja 2019.