powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kiedy nic nie jest takie, na jakie wygląda

"Rodzina" Antoniego Słonimskiego w reż. Rafała Sisickiego w Teatrze im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku. Pisze Maria Marcinkiewicz-Górna, członkini Komisji Artystycznej V Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej "Klasyka Żywa".

Antoni Słonimski kojarzony jest dziś przede wszystkim jako Skamandryta oraz autor zbioru teatralnych felietonów i recenzji pt. Gwałt na Melpomenie. Z jego zdaniem się liczono, ceniąc inteligencję, przenikliwość, poczucie humoru autora, choć w swoich ocenach bywał bezlitosny.

Ale Słonimski jest także autorem utworów dramatycznych, w tym trzyaktowej komedii "Rodzina". Sztuka dziś mało znana i niestety rzadko wystawiana. Sięgnęło po nią ledwie kilkoro twórców m. in.: Edward Dziewoński ('81, Teatr Komedia), Barbara Borys-Damięcka i Edward Dziewoński ('87, Teatr Telewizji), Jerzy Goliński ('96, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie) oraz Kazimierz Kutz ('96, Teatr Telewizji). A szkoda, bo prapremierowa realizacja w 1933 roku ze Stanisławą Perzanowską i Stefanem Jaraczem w rolach głównych była kasowym hitem, który - jak podaje Encyklopedia Teatru Polskiego - zagrano 108 razy przy kompletach widowni. Wynik dziś trudny do wyobrażenia, nieprawdaż? Tym cenniejszy jest fakt, że po ponad dwudziestu latach od ostatniej realizacji sięgnął po nią reżyser Rafał Sisicki i zrealizował ten tekst w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku.

Akcja sztuki ma miejsce w podupadającym dworku hrabiostwa Lekcickich. Hrabia Tomasz zajęty jest pracami nad kolejnymi wynalazkami technicznymi i niezbyt zainteresowany domową sytuacją. Lucysia, jego siostra skupiona jest na przeżyciach duchowych i pisaniu wierszy. Hrabianka Marysia, córka Tomasza, jako postać nieco bardziej twardo stąpająca po ziemi, postanawia ratować domowy budżet, przeznaczając kilka pokoi na pensjonat. Bez wiedzy ojca, oczywiście. Na chętnych nie trzeba długo czekać - oto zjawia się małżeństwo państwa Kaczulskich. Są właścicielami pralni w Warszawie, roszczeniowymi i niezbyt rozgarniętymi dorobkiewiczami. We dworze pojawia się także starosta w pilnej państwowej sprawie. Oto bowiem ma przyjechać ważny delegat z Rosji Radzieckiej - Lebenbaum i wojewoda chciałby, aby zatrzymał się właśnie we dworze Lekcickich. Po pierwsze ów delegat pochodzi z tej miejscowości, w której do dziś żyje jego matka, po drugie dwór jest własnością prywatną, więc zgody hrabia nie wyraża. W miarę rozwoju akcji pojawia się też wojewoda, strajkujące robotnice, młody faszysta Hans upatrujący swego biologicznego ojca w hrabim Lekcickim, miejscowy Żyd - właściciel młyna. Oczywiście wszystko okazuje się zupełnie inne niż to, co widać gołym okiem. Ojcem młodego hitlerowca okazuje się miejscowy Żyd Rosenberg, a delegata z Rosji sam hrabia, polityczny awans Kaczulskiego jako przywódcy polskiego ruchu faszystowskiego staje się niemożliwy, bo Hans nie jest już czystej krwi Aryjczykiem, itd. To tylko wybrane wątki tej zabawnej komedii, w której są też romans, ale przede wszystkim są świetnie skonstruowane intrygi, wyraziście napisane postaci, dynamiczne, inteligentnie skonstruowane i zabawne dialogi. Czegóż trzeba więcej?

Twórcy płockiej realizacji postanowili zaufać Słonimskiemu i dobrze na tym wyszli. Postawili na komediowy charakteru utworu, przy czym silnie zaakcentowali sprawy społeczno-polityczne, które okazują się i dziś aktualne. Szczególnie wymowne są sceny choreograficzne (Bogumił Karbowski) pochodu czerwonych i czarnych flag. Dwór jako miejsce akcji został uwspółcześniony i symbolicznie zaznaczony przez Aleksandrę Szempruch i Roberta Liberka jednoczesną projekcją szkicu typowo dworkowego budynku z kolumnami i realistycznymi kanapami przeniesionymi ze współczesnych salonów klasy średniej. Hrabia (Mariusz Pogonowski) bawi się emocjami swoich gości, ich radykalnymi i napuszonymi postawami światopoglądowymi i coraz bardziej absurdalną sytuacją. Gra lekko, zabawnie, choć to on pociąga za wszystkie sznurki. Hans (Bogumił Karbowski) okazuje się rozhisteryzowanym, niedojrzałym młodym mężczyzną, który ślepo uwierzył ideologii i z niej uczynił swój prywatny światopogląd. Marysia (Sylwia Krawiec) i Kaczulska (Dorota Cempura) stworzyły role wyrazistych, choć różnych kobiet. Pierwsza z nich, niezwykle urocza, inteligentnie rozgrywa sytuacje męsko-damskie, bawiąc się nimi, tak jak jej ojciec całą sytuacją. Druga - używa swojej kobiecości, aby polepszyć swoją sytuację bytową.

Reżyser uwypukla za Słonimskim całą trywialność wszelkich radykalizmów i pustotę politycznych frazesów, sprowadzających poszczególnych ludzi do funkcji i elementów jakiejś abstrakcyjnej całości, pozbawiając ich tego, co najcenniejsze - indywidualności, a co za tym idzie dystansu do samych siebie i otaczającego świata. Bo kiedy coraz trudniej o dialog, to coraz łatwiej o bezpodstawną krytykę. A czy zawsze możemy być tacy pewni tego, co widzimy? W obliczu naszej brunatniejącej rzeczywistości płocki spektakl jest głosem, którego nie wolno nam zlekceważyć. Tym cenniejsze są reakcje publiczności, która wciąż potrafi śmiać się z samych siebie. I to śmiać się mądrze.