powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Niby całkiem zabawna i frywolna opowieść o duchach...

"Dwór nad Narwią" Jarosława Marka Rymkiewicza w reż. Artura Tyszkiewicza w Teatrze Ateneum w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.

Spektakl jest wciągającą zabawą z widzami, nic, tylko chwytać aluzje, odniesienia, żarty, cytaty, jak to u Rymkiewicza bywa, choć dalibóg trzeba mieć doktorat u prof. Janion, żeby wszystko od razu wyłapać. Jest i nieledwie kryminalna zagadka, nad którą głowiła publiczność się podczas antraktu, otóż - kim właściwie jest nieobecna na scenie Marylka i jaką rolę w jej życiu odegrał Doktor? I zwracam uwagę na scenę, która dość mocno mnie wbiła w fotel ze zdumienia - bo tekstu wcześniej nie znałem - jak Jenerał i Porucznik wysysają krew z Tadzia. To jednak dość mocna metafora biorąc pod uwagę i kontekst i autora, może przede wszystkim autora. Czy dziś napisałby tę scenę tak samo?

Niby można oglądać "Dwór nad Narwią" jako całkiem zabawną i frywolną opowieść o duchach, które nie chcą opuścić tytułowego dworu nad Narwią, o nieporozumieniach żywych z umarłymi itepe. Mamy jednak drugi akt, w którym ta fabuła ulega załamaniu, monolog Lutka przecież nie jest stylizowany, jest zupełnie współczesny, jakby niespójny z całym tekstem, inaczej przez Tomka zagrany. Po co pojawia się ten kontrapunkt? Więc - rzecz jest bardziej o żywych czy o umarłych? A duchy - to wolą, żeby zostawić ich w spokoju, nad Narwią, czy raczej - wciąż je zaczepiać, powoływać, hołdować, hołubić?

Skróciłbym może pierwszy akt, publiczność wyraźnie się wierciła pod koniec tej cmentarnej opowieści, jednak do Ateneum wybrać się warto, ze względów jw. - oraz świetnego Tomasza Schucharda w roli Lutka, i słodko sobie dworującej z Amelii - kochliwej hrabiny w wieku balzakowskim - Ewy Telegi.