powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Czwarty wymiar

"Grochów" wg opowiadania Andrzeja Stasiuka pod opieką artystyczną Agnieszki Glińskiej w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

Co się dzieje z czasem, który minął? - pyta Andrzej Stasiuk. Łukasz Lewandowski i współtwórcy Malabar Hotel, Marcin Bartnikowski i Marcin Bikowski, badają ślady przeszłości, próbują ustalić, co zostało po przyjacielu, który odszedł na zawsze. Od tego spektakl się zaczyna: trzej panowie w aseptycznych strojach tropią pozostałości, oglądają jak w laboratorium to wszystko, co zostało po kimś, kto zawsze był i nagle być przestał. Najpierw powoli znikał, kurczył się, zapadał, aż przepadł na zawsze.

Utrzymane w rzeczowym tonie męskie spojrzenie na śmierć, nieobecność kogoś bliskiego to przejmujące, odważne wejrzenie w przestrzeń niebytu, w to, z czym pogodzić się nie sposób, a nie zgodzić nie można. Opowieść bez lamentów, histerii, rozdzierania szat, ale wypełniona bezbrzeżnym, kamiennym smutkiem. A właściwie smutkiem spopielałym, skoro nawet prochy przyjaciela rozwiał wiatr.

Toteż na koniec na scenie Przodownika zobaczymy tylko rumowisko pamiątek i strzępów, wszystkich tych drogocennych śmieci, które zostawiamy, kiedy nas już nie ma. Zasadnicze pytania o pamięć i jej sens, o czas, czyli tajemniczy, niepochwytny czwarty wymiar. A Grochów? To kolebka, gdzie wszystko się zaczęło. Miejsce, które dla przyjaciół, żywych i umarłych, pozostało kotwicą. Też już go nie ma. Zmienił się, przepoczwarzył. Zostały powidoki i gasnąca pamięć zapachów, które przypominają czas bezpowrotnie miniony. Chociaż trwa. Czwarty wymiar żłobi w pamięci szczeliny, usadawia wspomnienia, choćby przelotne. Sprawia, że choć przeszłe nie wraca, to w jakimś stopniu wcale nie mija. "Trzeba się przyzwyczaić - wyznaje Stasiuk - że już nic się nie zmieni i będziemy mieli tylko przeszłość".

Mądre, poważne przedstawienie.