powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Jak sztuka łączy Europę

"Coppelia" Léo Delibesa w choreogr. Jacka Tyskiego w Operze Nova w Bydgoszczy. Pisze Anita Nowak.

"Coppelia", balet Leo Delibesa do libretta Charlesa Nuittera i Arthura Saint-Leona trafił na scenę Opery Nova za sprawą dyrektora Macieja Figasa, który namówił do jego realizacji w Bydgoszczy znanego choreografa i tancerza Jacka Tyskiego. Pomysł znakomity, bo dzięki twórczej współpracy obu ciekawych artystów, ich świeżemu postrzeganiu klasycznych dzieł, narodziła się rzecz niezwykła. Wprowadzając kilka nowych postaci, słodkiej romantycznej "Coppelii" przydano tu dramatyzmu i dynamiki. Ale nie tyle same postaci są tu przyczyną ożywienia dzieła, co wzbogacenie partytury fragmentami powstałej sześć lat później "Sylvii", baletu tego samego, choć nieco już bogatszego w doświadczenia twórcze kompozytora. Najważniejszy element stanowi tu muzyka, skomponowana na bazie wielu znanych europejskich, w tym także polskich tańców. Z niej bierze się tu wszystko. Libretto jest sprawą wtórną. Aczkolwiek spisek Aptekarza z Coppeliusem wnosi do całej inscenizacji wiele emocji. A pojawianie się na scenie Baronowej i Barona jest dla widzów wspaniałym artystycznie prezentem. Sprawność warsztatowa i wirtuozerski kunszt poruszania się po scenie Olgi Karpowicz i Volodymyra Fortunenko znacząco podniosły wartość artystyczną całej inscenizacji. Zwłaszcza, że ich wątki bardzo zmyślnie zostały wplecione w fabułę przedstawienia.

Tragiczny utwór z epoki czarnego romantyzmu stał się na bydgoskiej scenie zabawną komedią z matrymonialnym finałem. Główny amant, Franz, pomimo że jego miłowana przez szybę w oknie Coppeliusa nieosiągalna kochanka, Coppelia, zostaje przez zakochaną z kolei w nim Swanildę zdemaskowana jako lalka i okradziona z magii przez zdarcie szat, nie popełnia samobójstwa, ale poślubia dziewczynę z krwi i kości. Co w przypadku eterycznej Marty Kurkowskiej, która unosi po scenie swą postać z lekkością motyla, brzmi może trochę trywialnie, ale żywiołowej energii odmówić jej nie można. Szczególnie w piruetach i skokach partii solowych. Podobnie zresztą jak Pawłowi Nowickiemu, jej scenicznemu partnerowi (Franzowi), którego na końcu poślubia i z którym wykonuje kilka pięknych choreograficznie i perfekcyjnie wykonanych ewolucji tanecznych. Mimo liturgicznych szat, które spowijają Księdza, wcielający się w jego postać Mariusz Kowalski bardzo sprawnie wykonuje wysoko nad sceną piękny szpagat.

Ten delikatny, pastelowy nie tylko w barwach, ale i zwiewności scen zbiorowych, spektakl baletowy niezwykłym komicznym talentem i emanowaną z wnętrza minorową aurą czarnoksiężnika, sowicie inkrustuje groteską Wiktor Dierewianko jako Doktor Coppelius. Choć porusza się niby niezdarnie, przygarbiony, z głową opuszczoną ku ziemi, w jego ruchach jest zwinność pająka, a kiedy wykonuje w powietrzu karkołomne salto, publiczność zamiera z zachwytu.

Ta urocza sceniczna baśń zrodzona z urzekającej romantycznymi porywami muzyki jednego z najciekawszych kompozytorów drugiej połowy dziewiętnastego wieku, niesie w sobie walory uniwersalne. W tym spektaklu znalazło to odzwierciedlenie również w scenografii. Bo o ile jeszcze część kostiumów baletu zaprojektowanych przez firmę So Fancy- Paweł Koncewoj, drobnymi akcentami nawiązuje do epoki romantyzmu, to scenografia Olgi Skumiał sytuuje akcję w przestrzeni przypominającej składany przez dzieci z klocków lego statek pasażerski. Co więcej, niektóre kostiumy Swanildy i jej przyjaciółek też delikatnie kojarzą się ze stylem marynarskim w modzie. Jako, że w pierwowzorze rzecz dzieje się w Galicji, Franz i balet męski występują w kostiumach stylizowanych na mundury żołnierzy armii Austro-Węgier. I z pewnością nie jest to niekonsekwencja, ale kolejny akcent uniwersalny. Przesłaniem spektaklu zdaje się być łączenie kultury europejskiej.