powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Okiem Widza: Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną

"Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną" Doroty Masłowskiej w reż. Pawła Świątka z Teatru im. Słowackiego w Krakowie na festiwalu Polska w IMCE w Warszawie. Pisze Ewa Bąk na blogu Okiem Widza.

Przestrzeń pokryta bielą jak obrusem na stole, prześcieradłem na łóżku, lukrem na cieście, całunem na martwym ciele jest zabałaganiona, zabrudzona, zbrukana. Róże, które z niej wyrastają są sztuczne, czerwone. Powyrywane, porozrzucane, zniszczone. Nic dziwnego. Tak wygląda pole bitwy po "Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną" z umiejscowionym w centrum symbolem miasta, schronem, domem, ruiną. Tym razem walczyły kobiety, nie tak jak zawsze, mężczyźni. To one, ubrane w swoje kiczowate, lumpeksowe, jak zbroje stroje, z przerysowaną charakteryzacją, mega git fryzurami są żołnierzami. Jakby grały w Doroty Masłowskiej/Pawła Świątka wersji "Mad Maxa" z nową, wyłącznie WOMEN FUCK wersją, współczesną kobiecą perspektywą.

Rozczarowana Silnym dziewczyna z sąsiedztwa, Barbie, mężczyzn zabawka, Magda (Katarzyna Zawiślak-Dolny), gotycka vega dziewica Andżela (Anna Paruszyńska), agresywna dresiara, kumpel Natasza (Marta Waldera), ruda przyjaciółka Magdy Arleta (Natalia Strzelecka), infantylna, dziecięca, zagadująca wszystko Ala (Karolina Kazoń) - pięć podwórkowych lalek, póz księżniczek z Matką Silnego, Matką Polką i Matką Boską w jednej osobie, matroną (Marta Konarska)- przedstawiają świat według mentalnego mętliku wulgarnego, pogubionego w rzeczywistości Polaka szaraka, który jednak swój rozum a więc i rację ma i z niej nie zrezygnuje. Wszystko się w tych postaciach splątało i przez nie przemawia, krzyczy. Aktorki są jednocześnie narratorem, zwyczajnymi młodymi kobietami, mężczyznami, którzy budzą ich zainteresowanie, czy po prostu pojawiają się w ich życiu, figurami tematycznymi: dziecka, dziewczyny, przyjaciółki, kumpeli, wampa, matki.

Język, który u Masłowskiej jest naczelnym kreatorem narracji w inscenizacji Świątka staje się równorzędnym narzędziem artystycznej ekspresji. Przesądza o tym niezwykle zróżnicowana gra aktorska, bezpretensjonalny wulgaryzm mentalny, charakterystyczne, wyraziste osobowości bohaterek, konwencja karykaturalnej groteski, przerysowania kontrastów, dosadność, rozśrodkowanie indywidualnych logorei postaci, indywidualne tempo, wsobne rytmy wypowiadanych solówek. Zamysł reżyserski Pawła Świątka i konsekwencja dramaturgiczna Mateusza Pakuły, sugestywnie metaforyczna scenografia Marcina Chlandy decyduje o tym, że powstało pyszne, smakowite, nie pozbawione humoru dzieło o współczesnym kołtunie polskim, jego frustracjach, pragnieniach, fobiach. Zaściankowym, ubogim, blokowiskowym życiu ludzi, których potrzeby nie są wyszukane, oczekiwania wygórowane a mimo to pozostaną nieosiągalne. Mają kiełbie we łbie, zlepek nie własnych myśli, idei, kombinację przypadkowych poglądów, medialnych wzorców, obcych sobie cytatów jak żyć. Są wizualizacją dziwnych zachowań, wynaturzonych stylistyk, mód, trendów, które tworzą skrzywdzone maszkarony wykrzykujące pokaleczonym językiem, karykaturalnym wyglądem, irracjonalnym zachowaniem swój ból i lęk. Całkowicie go nie rozumiejąc. Instynktowna chęć sprostania wyzwaniom rzeczywistości, której pułapek się nawet nie domyślają, jej mielizn nie rozpoznają, wywołuje w nich stan zaskoczenia, zdziwienia. Po czym dalej brną w nieszczęście.

Mężczyzny tu nie ma, przemykają tylko majaczące rozczarowania z nim związane. Jest nieobecny, bo niewiele znaczy, niewiele a właściwie nic nie może dziewczynom dać. Nie rozumie ich. Zdobywa je i porzuca. Pozostał jego szkielet, o nim wspomnienia. Silny to tylko słowo, eufemizm miernoty. Zdzisław Sztorm cwaniaka, głupoty. Tak naprawdę mężczyzna to taka sama figura osobowościowa jak bohaterki. Równie zagubiona, wchodząca w nieswoje role, środowiskowo ukształtowana, mentalnie udziwniona. Dziewczyny wiedzą, że w jakimś kościele dzwonią, tylko nie mają pojęcia w którym. Coś się im majaczy, czegoś chcą ale są bez cienia szansy, by to zdobyć, by to mieć. Są samotne, pozostawione sobie. Zdezorientowane, sfrustrowane, zalęknione. Wchodzą w życie z rozpędu, idą na oślep, szukają po omacku. Desperacko chwytają każdą okazję. Chcą się dostosować. Nic dobrego z tego nie wychodzi. Budzą politowanie, nie jest nam ich żal.

Biedny dom, zgrzebne podwórko, ciasny umysł funduje wojnę z życiem, której nie można wygrać. Toczy się ją z samym sobą, z wydumanym wrogiem. Ścierają się marzenia z rozczarowaniem, pragnienia z niespełnieniem. Jest wulgarnie, brutalnie, śmiesznie. A nawet śmiertelnie poważnie. Strasznie.