powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Innego końca świata nie będzie

"Capri - wyspa uciekinierów" wg scenar. i w reż. Krystiana Lupy w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Łukasz Maciejewski w tygodniku Wprost.

Przedstawienie "Capri - wyspa uciekinierów" jest zapisem rzeczywistości w kryzysie. Krystian Lupa z celną autoironią wypunktowuje, jak świat, który znamy, chyli się ku upadkowi.

Ptaki ulatują z tej wyspy - mówi Brigitte Bardot (Anna Ilczuk) w spektaklu "Capri - wyspa uciekinierów". Przedstawienie w warszawskim Teatrze Powszechnym w reżyserii Krystiana Lupy to diagnoza rzeczywistości, która się przepoczwarza, zanika. Stajemy się samotną wyspą, jaskinią, pieczarą. Nie można odfrunąć.

Wielki wizjoner polskiego teatru nowym spektaklem udowadnia, że jeśli chodzi o budowanie świata scenicznego i zestrajanie go z silną wizją plastyczną, podbudową intelektualną i filozoficzną, nie ma sobie równych. Wyspa, a na niej dom. Dom na wyspie. Azyl Lupy jest schronem i więzieniem. Przed czym się chowamy? Przed światem, Europą, zatrutymi stówami, nienawiścią, klęską myśli politycznej będącej kłamstwem zwielokrotnionym. Kłamstwem są władza, religijny populizm i demokracja zamieniająca się w dyktaturę. Trwa wojna niepotrzebująca wybuchów, czołgów i strzałów. Granat wybucha w mózgu.

O tym opowiada Krystian Lupa, teatralny guru nazywany również przez oponentów hochsztaplerem, artysta osobny, zamieszkujący własną teatralną wyspę, własne Capri, ale przecież jak nikt inny w tym momencie wyczulony na zbiorowy, polityczny ogląd świata, na przemiany rzeczywistości prowadzące do globalnego kryzysu. W "Capri..." interpretuje dzieła Curzia Malapartego, "Kaputt" i "Skórę", zestawia je z "Księgą z San Michele" Axela Munthego oraz z wieloma inspiracjami filmowymi, filozoficznymi i literackimi. W realiach jego teatru ikoniczne obrazy ścierają się z fantazmatycznymi figurami ze snów reżysera, ze snu zbiorowego. Snu o przegranej. Najnowszy spektakl twórcy "Wymazywania", nieodparcie zabawny, autoironiczny i okrutny, jest bowiem wielką przypowieścią o przegranej. Sporo się napracowaliśmy, żeby zmarnować prawie wszystkie XX-wieczne idee, szanse, możliwości umysłu. Wyspa się zmniejsza, coraz mniej miejsca, powietrza, możliwości. Duszno, coraz duszniej, smog, zaduch. Wyspa Capri - wyspa Ziemia.

HISTORIA PRZEMOCY

Oglądając "Capri", automatycznie przywoływałem w pamięci wcześniejsze spektakle Lupy, zwłaszcza te oglądane przed laty w Starym Teatrze w Krakowie, które budowały moją krytyczną i ludzką autonomię. Pierwsze, najpierw licealne, a potem studenckie spotkania z Lupą, przy okazji "Kalkwerku", "Braci Karamazow", dwóch części "Lunatyków", czy - kilka lat później - widmowego "Azylu" według Gorkiego z Teatru Polskiego we Wrocławiu, sprawiły, że właśnie dzięki Lupie zaraziłem się teatrem. W kontekście "Capri..." zwłaszcza zapomniany "Azyl" z Wrocławia wydaje się przedstawieniem symptomatycznym. Rodził się wtedy nowy Lupa, już nie tylko kongenialny adaptator literatury, lecz także innowator języka teatralnego, zaprzeczający kolejno wszystkim możliwym dogmatom obowiązującym w scenicznych strukturach. Późny teatr Lupy jest mocno związany z kinem - nie tylko poprzez częste u tego reżysera, obecne również w "Capri", znakomite, komplementarne wobec spektaklu instalacje wideo. To teatr zaangażowany, teatr w sprawie, tyle że w przeciwieństwie do wielu ideologicznych wydmuszek scenicznych, teatr będący również niepodległym głosem wybitnego artysty pełnego wątpliwości, pytań, kontrapunktów. W "Capri..." znowu mieszkamy w Lupowym "azylu". Ale ów azyl nie daje schronienia, nie oznacza bezpieczeństwa, stanowi tylko kokon ochronny pozwalający przetrwać bohaterom jeszcze jedną noc, żeby zakryć się, przykryć, zastygnąć, a w końcu umrzeć. To jak pozorne bezpieczeństwo osoby leżącej pod pierzyną, podczas gdy za oknem pada deszcz. W łóżku jest bezpiecznie, chociaż duszno, od zewnętrznego świata dzieli wąska granica jawy i snu. Trzeba pamiętać ten sen. Zapominanie jest grzechem cięższym niż przemoc. Historia jest przemocą. Historia pisana małą i wielką literą. Druga wojna światowa, generał Frank, martwe dziecko, czerwony, krwawy penis, dewocja i perwersja. Reżyser filmowo montuje przeszłość i przyszłość, zderza skrajne stany emocjonalne: apatię i ekstazę, gorączkę i depresję, seks i fizjologię.

SYNTEZA MITÓW

Naszą wspólną książkę, wydany dwa lata temu dwujęzyczny, polsko-angielski tom wywiadów i esejów o teatrze autora "Capri...", zatytułowałem "Koniec świata wartości". W "Wyspie uciekinierów" koniec świata nie ma już żadnej wartości. Reżyser idzie dalej, pokazuje koniec świata ludzi. Myślących, czujących, zdających pytania. "Zmierzch bogów" z filmu Viscontiego, kolejnego ważnego stylistycznego odsyłacza dla teatru Krystiana Lupy, jest zmierzchem rzeczywistości, jaką znaliśmy. Nie ma już Boga ani bogów, pozostały jedynie rytuały i symbole, przetarte przez czas, częściowo zapomniane. Spazmatyczne.

Katatoniczna muzyka Bogumiła Misali, kostiumy Piotra Skiby. Łagodne dźwięki, ostre kolory, klastery i pastele. Lupa, prorok współczesnego teatru, rozmawia ze sobą sprzed lat, rozmawia z motywami, które uformowały go niegdyś, ale i które sam stworzył. Medium są oczywiście aktorzy. Wielka Halina Rasiakówna jest postacią wprost ze świata z Lupy, śmieszno-gorzka, ironiczno-sceptyczna. Z klasycznego teatru Krystiana Lupy są również znakomita Monika Niemczyk, Julia Wyszyńska czy Ewa Skibińska. Porywający, wyzywający Paweł Tomaszewski, somnambuliczny Michał Czachor czy raz zdystansowany, raz rozgorączkowany Julian Świeżewski w kluczowej dla spektaklu roli Malapartego (czy raczej jednego z Malapartych), stanowią z kolei nowy, dość nieoczekiwany aktorski kolor tego teatru. Ponad nimi oczywiście Piotr Skiba. Przewodnik namiętny i rozczarowany, raz szepczący, raz krzyczący, twórca i widz, przedłużenie głosu samego Lupy, komentujący razem z nim spektakl, zmagający się z nim, chwilami rozczarowany, chwilami rozbawiony.

Spektakl "Capri - wyspa uciekinierów" trwa przez sześć godzin. Zderzeni ze sobą na scenie aktorzy - fetysze teatru Lupy, skojarzeni z zespołem Teatru Powszechnego pracującym z twórcą "Wycinki" w większości po raz pierwszy, nie grają żadnej psychologii, stawka jest wyższa. Chodzi o diagnozę, uogólnienie. Aktor jest naczyniem, z którego wycieka treść. Treść to może być lead gazetowy, spam komputerowy, ale jednocześnie filozoficzna rozprawa. Imperator Tyberiusz, Jezus Chrystus, Jean-Luc Godard i jego film "Pogarda" według Moravii. W finałowej scenie "Pogardy", na tarasie Casa Malaparte, Fritz Lang kręci "Odyseję". Odyseusz ogląda ojczystą Itakę. W "Capri..." rozmowy filmowej ekipy z "Pogardy" sąsiadują z motywami z prozy Malapartego, Munthego, Brocha. Synteza mitów i czasów nie prowadzi jednak do pokrzepiającej pointy. Pointa nie jest już możliwa.

REMANENT MARZEŃ

Bardot chodzi po scenie i szuka jedzenia. Jest głodna, bardzo głodna. Wygłodzeni seksu, myśli, idei, flaków i krwi pozostają też pozostali bohaterowie - nie tylko figury z prozy Malapartego, Munthego, lecz także z teatru Krystiana Lupy. Warto oglądać ten spektakl również w kluczu autobiograficznym. Bardot była niegdyś wielką namiętnością Krystiana Lupy. W "Końcu świata wartości" reżyser opowiadał mi: - Miałem fioła na jej punkcie. Gwiazda to istota, o której stale marzysz, ale cel i natura tego marzenia są nieuchwytne, jakaś bliskość, ale nierealna, w której ty też się przeistaczasz.

Nowa Fala, Godard, to z kolei afekt Lupy z czasów studiów na Wydziale Reżyserii Łódzkiej Szkoły Filmowej, z której został wyrzucony, za - jak to ujęła Wanda Jakubowska - "brak talentu i obsesję na punkcie seksu". - Szkoła filmowa to była moja ślepa kiszka - opowiadał mi. - Nieskończona droga. Przypuszczam jednak, że gdybym kiedyś robił kino, pewnie wszyscy przypomnieliby sobie o tym epizodzie. Poza tym dziennikarze bardzo często pytają mnie, dlaczego nie robię kina, skoro moje spektakle są do tego stopnia "filmowe", a mistrzem jest Tarkowski. W Filmówce poznałem ludzi, dzięki którym bardzo się otworzyłem. Coś we mnie pękło. To był ciekawy, dobry rok. Często dyskutowałem z Felkiem Falkiem, lubiliśmy się z Ryśkiem Bugajskim, ale chyba najlepiej dogadywałem się z Andrzejem Barańskim. Pamiętam objawienie, jakim było dla mnie "Zeszłego roku w Marienbadzie" Alaina Resnaisa. Po nim przyszła fascynacja nową powieścią francuską. Wszystko było "nowe"! Nouvel vague, nouveau roman... Alain Robbe-Grillet, Michel Butor, Nathalie Sarraute.

W "Capri..." reżyser przejmująco powraca do tamtego okresu, nie infantylizuje jednak własnych wspomnień. Najnowszy, wielki spektakl Lupy to głębokie rozliczenie z marzycielstwem reżysera. Marzenie Lupy ma teraz w sobie coś nadpsutego, rozczarowującego, przede wszystkim gorzkiego. - Trzeba pożerać porażki, zjadać cierpienia, zamieniać je w doświadczenia wzbogacające - mówił mi przed laty. Zapytałem wtedy: "Zeżarłeś je?". Usłyszałem: - Zjadam. Zjadam bez końca.

Ten koniec trwa.

***

Łukasz Maciejewski - jest krytykiem filmowym i teatralnym, autorem m.in. bestsellerowej trylogii "Aktorki". W 2017 r. ukazał się jego "Koniec świata wartości", dwujęzyczny tom poświęcony Krystianowi Lupie i jego teatrowi.