Walcząc z demonami

"Mistrz i Małgorzata"wg Michała Bułhakowa w reż. Małgorzaty Warsickiej. Pisze Marta Odziomek w Gazecie Wyborczej - Katowice.

«"Mistrz i Małgorzata" w adaptacji i reżyserii Małgorzaty Warsickiej w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej to przedstawienie równe aktorsko, ze zjawiskową grą świateł, kładące nacisk na baśniowość, teatralność tej historii.

Krew na scenie, ciemny gąszcz złowieszczych wstążek nad głowami, lampki przytwierdzone do lóż, pieniądze lecące z sufitu. Przejmująca, nienachalna muzyka, obrazy genialnie malowane światłem, a także kostiumami, kilka planów akcji w niesamowity sposób pogłębiających przestrzeń dużej sceny. Tajemnicza, niosąca jakąś niezwykłą energię Małgorzata, nieziemski Jeszua, który zaraz powstanie z martwych, zawiedziony ludźmi, którzy w niego nie wierzą, Woland i rozemocjonowany poeta Iwan, który nagle odkrył, że istnieje coś więcej niż rzeczywistość, ale nikt mu nie chce uwierzyć, więc trafia do zakładu dla obłąkanych. To moje powidoki "Mistrza i Małgorzaty", spektaklu, który uwodzi formą, nastrojowością przez tę formę stworzoną, dobrymi rolami i oprawą muzyczną.

Gorzej natomiast, jeśli chodzi o adaptację i tzw. przesłanie. Wiadomo, że pokazać całej treści książki Michaiła Bułhakowa w trzy godziny (tyle trwa przedstawienie) się nie da, więc trzeba wybrać najważniejsze wątki. I tak też reżyserka czyni, stawiając przy tym na baśniowość, teatralność tej historii, czego przykładem są oczywiste teatralne właśnie sceny w teatrze Variété, podczas balu, ale też rozmowy Jeszui z Piłatem czy Wolanda z kolejnymi napotkanymi bohaterami. Krew wylewa się na Iwana z wiadra. Ten zaś, aby wykonać telefon, czyni to za pomocą sprzętu używanego w teatrze.

Jest to jednocześnie spektakl dojmująco smutny, przesiąknięty niemocą, a także przemocą. Każdy na swój sposób jest poraniony: czy to przez innych, czy też przez samego siebie. Brak tu odniesień do komunistycznej Moskwy, współczesnej Polski, dzisiejszego świata. To raczej snuty za pomocą słowa, muzyki i obrazu esej o człowieku, jego walce z własnymi demonami. O niemożności bycia szczęśliwym, bo zawsze wydarzy się coś, co to szczęście zabiera. O swoich ograniczeniach, niespełnionych miłościach, niezrealizowanych marzeniach. O miałkim życiu, które miało być przecież wielkie.

To jednak również produkcja, która niesie sporą przyjemność. Z oglądania i słuchania. Wysoko, gdzieś na drugim balkonie, usadowiony jest chór, który w ważnych momentach żałośnie zawodzi. W głębi sceny kwartet smyczkowy ilustruje muzycznie historię Mistrza, Małgorzaty, Wolanda, Iwana i Piłata, wykorzystując delikatnie motywy z "Pasji wg św. Jana" i "Pasji wg św. Mateusza" Jana Sebastiana Bacha. To pomysł kompozytora Karola Nepelskiego.

Młoda reżyserka Małgorzata Warsicka zdaje sobie sprawę z siły, jaką mogą nieść "ruchome obrazy". Obudowuje je wspaniale z pomocą scenografa Marcina Chlandy. I to zaskakujące, bo przecież scenografia jest tu raczej skąpa: jakaś sofa, kilka krzeseł, podesty, podłoga z drewnianych klepek. Wielką siła jest tu zatem światło (też pomysłu Chlandy), które niczym pędzel na płótnie odmalowuje nam miejsca i wrażenia. W zbudowaniu tego niesamowitego wizualnego klimatu pomagają też kostiumy - nie historyczne, raczej współczesne, ale nie do końca, po prostu ahistoryczne - według projektów Edyty Jermacz.

Cieszą role aktorów, w szczególności kobiet. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy, ba, całej sylwetki zimnego, choć skrywającego cały ocean raczej niepozytywnych emocji Wolanda, którego znakomicie kreuje Marta Gzowska-Sawicka. Obsadzenie jej w tej roli było strzałem w dziesiątkę. Podobnie rzecz ma się z Darią Polasik-Bułką jako Jeszuą podczas rozmów z Piłatem. Na potrzeby tych scen zresztą reżyserka wymyśla jakby dodatkową rzeczywistość: Jeszua mówi do nas nie wprost, jego twarz, zwielokrotniona, pokrywa białe płótno, na ten moment zwisające niczym wielka ikona. Sama aktorka zaś doskonale kreuje bezpostaciowego Jezusa.

W drugiej części spektaklu uwagę kradnie z kolej Jagoda Krzywicka jako Małgorzata. Nie figuruje tu jako klasyczna piękność, ale można by pójść za nią do piekła. Jest w niej coś szalenie uwodzicielskiego i magicznego. A przy tym to postać emanująca mądrością, przeżytą, doświadczoną. Myślę, że warto też docenić tu skrajnie różną od wymienionych bohaterek, bardzo kobiecą, figlarną Helę, czyli Orianę Soikę, która wnosi ze sobą na scenę sporą dawkę erotyzmu.

Kolejne pokazy "Mistrza i Małgorzaty" w Teatrze Polskim między 15 a 30 listopada.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego