Dramatycznie bez głowy

Na okładce wydanej przez TR Warszawa antologii dramatów widnieją nazwiska bardzo popularne obok mniej znanych oraz aspirujących do bycia rozpoznawalnymi. Czyli w kolejności niealfabetycznej: Masłowska, Wojcieszek, Sala, Kochan, Bajer. Od razu się umówmy, iż na potrzeby recenzji drukowanej w "Lampie" nie będziemy pisać o twórczości Doroty M., by świętej wewnątrzredakcyjnej zasady nie łamać, iż dzieł autorów z redakcją bardzo ściśle związanych nie recenzujemy - o książce "TR/PL Bajer, Kochan, Masłowska, Sala, Wojcieszek. Antologia nowego dramatu polskiego" pisze Tomasz Mak.

«Na okładce wydanej przez TR Warszawa antologii dramatów widnieją nazwiska bardzo popularne obok mniej znanych oraz aspirujących do bycia rozpoznawalnymi. Czyli w kolejności niealfabetycznej: Masłowska, Wojcieszek, Sala, Kochan, Bajer. Od razu się umówmy, iż na potrzeby recenzji drukowanej w "Lampie" nie będziemy pisać o twórczości Doroty M., by świętej wewnątrzredakcyjnej zasady nie łamać, iż dzieł autorów z redakcją bardzo ściśle związanych nie recenzujemy, bo to niezręczne i moralnie krępujące. Zacznijmy więc od słodyczy i zasłużonych komplementów - dramat Przemysława Wojcieszka Cokolwiek .się zdarzy, kocham cię jest w tej antologii dziełem najprzedniejszym, jest tekstem najdojrzalszym, inteligentnie napisanym i zręcznie skomponowanym. Zapewne dlatego, iż Wojcieszek doświadczenie reżyserskie (filmowe i teatralne) posiada spore, węzłów dramaturgicznych kilka potrafi sprawnie zawiązać, nie zapominając w finale o ich rozsupłaniu. Postaci konstruuje wyraziste, charakterne, przy pomocy kilku tylko fraz powołuje do życia z krwi i kości bohaterów prawdziwie śmiesznych i tragicznych (vide Heniek, Tadek, Sławek czy Sugar w "Cokolwiek zdarzy się...". Nie sili się na awangardowe udziwnienia, przeintelektualizowane kombinacje, a jego sztuka nie jest kopalnią intertekstów czy kryptocytatów. Przez co wcale nie traci na wartości. Nie oferuje pozorów głębi, bo tę głębię posiada samoistnie - uzyskaną poprzez zmyślnie skonstruowaną historię (lesbijski związek dwóch młodych dziewczyn, które przez swoje skłonności nie znajdują akceptacji wśród najbliższych, a które na co dzień pracują na zmywaku w smażalni drobiu).

Niestety z żadnej z powyższych superlatyw nie można przypisać sztuce Michała Bajera "Strefa działań wojennych", któremu marzy się zapewne miano ucznia Becketta. Redaktorzy antologii starają się robić dobrą minę do zlej gry, bo w samych inteligentnie sformułowanych ochach i achach reklamują nam ten tekst jako najciekawszy [w tej książce] pod względem formalnym dramat (...), który wymaga od odbiorcy ciągłego wysiłku, koncentracji i uwagi. Nie wierzcie jednak tym próżnym przechwałkom i zaufajcie własnym wrażeniom czytelniczym. Autor zrezygnował z postaci, z nadawania im imion, charakterów, czy znamion jakichkolwiek. Przez niespełna stron 30 nieustanny dialog prowadzą ze sobą: "a", "b" i "z". Dialog nieskoordynowany alogiczny, który ani niczego nie opowiada, ani do niczego nie prowadzi. We wstępie (który notabene nie jest podpisany żadnym imieniem i nazwiskiem) napisano, iż czytelnik (a później i widz) nic tylko zmuszony zostaje do nieustannego identyfikowania głosów i przyporządkowywania ich w wyobraźni, ale także do rekonstrukcji opisywanych przez nie wydarzeń, tym trudniejszej, że we fragmentarycznych wypowiedziach trudno doszukać się chronologii. Można by tę wdzięczną eksplikację pociągnąć dalej i dopisać jeszcze, iż w całej tej sztuce trudno się w ogóle sensu doszukać i jej lekturę poleca się tym, którzy języka polskiego nie rozumieją, a przyjemność jeno czerpią z kontemplacji papieru zadrukowanego tajemniczym czarnymi znaczkami, bo jak pisze się w owym sławetnym wstępie: konni nie zależy na satysfakcji z "rozszyfrowania kodu" może spokojnie poddać się muzyce wzajemnych współbrzmień stylizowanych na mowę potoczną i najzwyczajniej w świecie czerpać przyjemność z bezinteresownego podsłuchiwania rzeczywistości". Bardzo dziękuję za taką możliwość, ale ani przyjemności, ani cienia satysfakcji jakiejkolwiek nie miałem podczas lektury tekstu Bajera, jeno postępujące znużenie i znudzenie.

O wiele lepiej rzecz ma się ze sztukami Marka Kochana i Pawła Sali - jednak i tu odniosłem wrażenie, iż to raczej dobrze zapowiadające się szkice, nieco wymęczone konstrukcje papierowe, które może na scenie (w ciała aktorów i żywą mowę przyobleczone) nabierają walorów przyjaznych widzowi, bowiem czytelnicze ni z Mrożkiem im się ścigać, ni z Sofoklesem, ni choćby z Wojcieszkiem Przemysławem. Marek Kochan zaproponował nam Misterium komercyjne z udziałem Krzysztofa Kamila, czyli wyprawę po złote runo w postaci wyprzedawanego sprzętu RTV-AGD w supermarketowej promocji. Wszystko tu skąpane w kontekstach mitologiczno-biblijno-narodowych. Interteksty, cytaty i zapożyczenia przewijają się przez całą sztukę (podróż po telewizor plazmowy zamienia się poniekąd w podróż do wnętrza ziemi, do ni to królestwa śmierci, ni to kanałów powstańczych), co chwila któryś z bohaterów cytuje fragmenty wierszy Baczyńskiego. Przyznam szczerze, że zmęczony jestem już bardzo tymi zabawami autorów z czytelnikiem, który na każdym kroku zmuszany jest do rozszyfrowywania interseksualnych kodów. Wolałbym jednak zamiast zachwycać się własną inteligencją (której to współcześni autorzy co chwila zadają mało wyszukane zagadki), wolałbym po stokroć bardziej zachwycać się fabularną inteligencją i literacką sprawnością samych autorów (vide choćby pozytywny przykład Wojcieszka). Także Paweł Sala w swoje sztuce Trzecie przyjście podrzuca nam garść aluzji i rebusów (nawiązania do Fausta, Woyzecka i Nowego Testamentu). U niego jednak dramat zakorzeniony jest w wydarzeniach, które swego czasu w prasie były często opisywane (niemiecki przedsiębiorca i anatom Guenter von Hagens - specjalizacja "artystyczne preparowanie zwłok" - chciał w Polsce otworzyć oddział swojej firmy w małej wiosce blisko zachodniej granicy: w Sieniawie Żarskiej, tym samym dając zatrudnienie dużej liczbie tamtejszych bezrobotnych; całej sprawie pikanterii dodawał fakt, iż ojciec jego był członkiem SS, notabene świetnie mówiącym po polsku). U Pawia Sali Guenter von Hagens przybrał imię Kapitana Śmierci, który przybywa wraz ze swoja liczną świtą (Radca Śmierć, Doktor Śmierć. Asystenci Kapitana) do miejsca położonego w środku Europy, czyli na końcu świata. Tam też pomieszkują i biedują Młoda i Młody, który to zaprzedaje swą duszę i ciało (a także ciała swych narodzonych i nienarodzonych jeszcze dzieci) szalonemu kapitanowi. W streszczeniu sztuka brzmi intrygująco, w papierowym przebiegu nazbyt chyba autor próbował wystylizować ja na biblijną alegorię. I do tego chóry m.in. Babochlopów; Dziewczynek, Płaczek sprawiać mają wrażenie jakobyśmy byli widzami (czytelnikami) antycznej tragedii we współczesnym kostiumie. Pozostaje mieć tylko nadzieję, iż tekst Sali w rękach pomysłowego reżysera może przemienić się w spektakularnie makabryczne widowisko. A być może i pozostałe niewdzięcznie skrytykowane przez nas teksty (Kochan, Bajer) zyskałyby na artystycznej atrakcyjności, gdyby trafiły na swojego Petera Brooka czy choćby Krzysztofa Warlikowskiego. Wojcieszek bowiem wybronił się sam, reżyserując "Cokolwiek się zdarzy..." na deskach Teatru Rozmaitości (premiera 25 X 2005 r.).»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego