powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Nie ma Wolanda, nie ma Jeszui

"Wszystko płynie" w reż. Janusza Opryńskiego z Teatru Soho w Warszawie na XXIV Konfrontacjach Teatralnych w Lublinie. Pisze Tomasz Domagała w oficjalnym dzienniku festiwalowym "Sztukmistrze z Lublina".

Sytuacja sceniczna w spektaklu Janusza Opryńskiego przypomina jedną ze scen z "Mistrza i Małgorzaty" - nieprzypadkowo zresztą, ten znakomity reżyser pracował bowiem niedawno nad tekstem Bułhakowa na potrzeby najnowszej premiery w Teatrze im. Kochanowskiego w Opolu. Oto w finale powieści Bułhakowa, Azazello jeszcze raz pojawia się w suterenie Mistrza i Małgorzaty, i proponuje znakomitej parze wypicie toastu za zdrowie sprawcy ich szczęścia, Wolanda, słynnym falernem - winem piwnic Piłata.

Oczywiście wino to ich zabija, dając im jednocześnie życie wieczne i uwalniając ich od męki życia w stalinowskiej Moskwie, której mieszkańcy - jak pewnie pamiętacie z powieści - "zupełnie się nie zmienili".

Pozostają wciąż obojętni wobec zła, które panuje niepodzielnie w różnych przestrzeniach życia. Swoją wolność Mistrz i Małgorzata zawdzięczają Jeszui, którego wolę obwieszcza Wolandowi apostoł Mateusz Lewita. Można by więc powiedzieć, że spokój oraz wyzwolenie od koszmaru życia w totalitarnym państwie to pośmiertna nagroda, obiecywane w chrześcijaństwie zbawienie. Po wszystkim dokonają jeszcze uwolnienia Piłata, bohatera powieści Mistrza, bo wolność to dla Bułhakowa wartość największa.

W spektaklu Opryńskiego wygląda to bardziej przygnębiająco. Anna i Jan, bohaterowie podobnej tematyką i nastrojem do Bułhakowa książki Wasilija Grossmana "Wszystko płynie" takiego spokoju, jak Mistrz i Małgorzata, nie zaznają. Nie ma tu bowiem należącego do "dziedziny, co zła wciąż pragnie, a dobro wciąż czyni" Wolanda, diabła lepszego od stalinowców, nie ma też Jeszui, który ma moc uwalniania, kogo zapragnie. Anna i Jan są sami; sami podejmują decyzję o przeniesieniu się na tamten świat, przechodzą granicę piłatowego wina i wciąż pozostają na scenie, uwięzieni przez koszmarne wspomnienia, obrazy, które przez całe swoje życie widzieli. Łagry, Holocaust, wreszcie głodowe ludobójstwo na Ukrainie. Eliza Borowska i Sławomir Grzymkowski trwają na scenie i miotają słowa. Słowa, które znaczą, które bolą i które trudno sobie wyobrazić. Moglibyśmy je wprawdzie po spektaklu zapomnieć, ale to przecież niemożliwe, bo pchają się za nimi obrazy, których zapomnieć się nie da. Obrazy tak silne, że nawet śmierć ich nie unieważnia. Anna i Jan wciąż je przywołują. Spektakl to niezwykle smutny, gdyż jego bohaterowie po śmierci nie zaznają spokoju, nie zostają uwolnieni. Co więcej, przerzucają tę swoją niewolę na nas, widzów. Opryński ze swoimi aktorami zostawia nas sam na sam z Grossmanem i jego prozą, z koszmarem jego doświadczenia. Każe nam patrzeć na okropności stalinizmu, żebyśmy zrozumieli, że nie tylko "mieszkańcy Moskwy się nie zmienili", ale że człowiek w ogóle się nie zmienia; że wciąż gotowy jest zgotować jest innemu człowiekowi piekło na ziemi, a może i w niebie I choć Jan próbuje bronić szeroko pojętej ludzkości, jego słowa takiej mocy jak obrazy Grossmana, przerobione na pejzaż Opryńskiego, niestety nie mają.