powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Tako rzecze Najntis

"Polskie rymowanki czyli ceremonie" w reż. Ewy Rucińskiej z Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza w Gdyni na XXIV Konfrontacjach Teatralnych w Lublinie. Pisze Tomasz Domagała w oficjalnym dzienniku festiwalowym "Sztukmistrze z Lublina".

Ubogi, na pierwszy rzut oka niepozorny spektakl Ewy Rucińskiej (rocznik 1991) to przede wszystkim popis Jakuba Sasaka (1994). Ten bardzo młody (ale też bardzo utalentowany) aktor opowiada nam "swoją" historię, jednocześnie odgrywając rolę "samego siebie", czyli młodego chłopaka w sytuacjach, do których jest zmuszany przez rodzinę; do tych wszystkich, często pełnych hipokryzji (bo robionych na pokaz) komunii, wesel czy urodzin. Bohater Sasaka stara się wykrzyczeć, a precyzyjniej - wyrapować swoje prawdziwe myśli, powiedzmy oględnie, myśli mocno nieuczesane.

Pojawiają się one w całym sztafażu pokoleniowych "bibelotów" typu: hasztag, TLK czy muzyka Taco Hemingway'a. Gdy dodamy do tego napisany świetną hiphopową frazą tekst Andrzeja Błażewicza (rocznik 1996), zamiast zwykłego spektaklu mamy dobitnie i jasno wykrzyczany manifest pokolenia lat 90-tych. Młodych ludzi tuż po szkołach, którzy stoją u progu prawdziwego, dorosłego życia. Manifest nie do końca polityczny, raczej egzystencjalny.

Od pewnego momentu monolog Sasaka skręca w kierunku spraw publicznych oraz trudnej historii (Wołyń) i trzeba przyznać, że wiarygodność znowu zawdzięcza zarówno osobistej (prawdopodobnie) perspektywie użytej w tekście przez Błażewicza, jak i wspaniale artykułowanej, scenicznej prawdzie Sasaka. Ewa Rucińska też dokłada tu swoją cegiełkę - żeby uzyskać upragniony efekt, opiera spektakl na głównym bohaterze, podporządkowując mu resztę pracujących na jego postać aktorów. Ważne jest jeszcze jedno: twórcy, opowiadając o sprawach społecznych ważnych dla nas wszystkich, wypowiadają się poprzez osobiste doświadczenia, dlatego spektakl jest tak ciekawy i wciągający. Nie stawia też żadnej określonej tezy, mnoży raczej znaki zapytania. Gdyby się czepiać, to trochę brak przedstawieniu jakiegoś znaczącego, finałowego akordu, w ramach którego można by usłyszeć wszystkie dźwięczące w spektaklu nuty razem. Można by nad tym popracować, bo pozostaje wrażenie, że spektakl nagle się kończy, nie wiedzieć czemu. A pracować nad nim warto, bo interesujących, ciekawych, dobrych spektakli młodych artystów wciąż mało.