powiększwersja do drukupoleć znajomemu

"Tam" być "tu"

"Pobliskie miasto" w reż. Kiriłła Sieriebriennikowa z Łotewskiego Teatru Narodowego w Rydzena na XXIV Konfrontacjach Teatralnych w Lublinie. Pisze Tomasz Domagała w oficjalnym dzienniku festiwalowym "Sztukmistrze z Lublina".

Jedną z ważniejszych scen spektaklu Kiriłła Sieriebriennikowa jest ta z początku drugiej części, którą można by z powodzeniem nazwać koszmarem głównej bohaterki spektaklu, Anniki. Na scenie robi się ciemno, widoczne są zaś tylko lekko oświetlone drzwi po prawej i lewej stronie sceny.

Pojawia się kilka niezidentyfikowanych postaci, które zdejmują ze ścian świecące neony z napisem: Tur (tam) i Seite (tutaj) i zaczynają krążyć z nimi po całej przestrzeni, a potem zawieszają je - odpowiednio nad prawymi i lewymi drzwiami. Następnie zaczynają coraz szybciej biegać, kręcąc się w kółko między "tutaj" a "tam". Pojawia się wśród nich Annika. Nagle zostaje sama na środku sceny, podczas gdy pozostali grupują się wokół "tam" i z tej pozycji zaczynają ją osaczać. W pewnym momencie znikają, a ona próbuje się stamtąd wydostać, ściany z drzwiami i napisami zaczynają się do niej zbliżać. Sen się kończy.

Matnia "tutaj" i "tam", "naszego miasta" i tego, które kusi, "pobliskiego", nieznanego i pociągającego wydaje się kwintesencją spektaklu Sieriebriennikowa. Znakomity zabieg rosyjskiego reżysera - usunięcie funkcjonującej w dramacie Ivaškevičiusa geografii (akcja rozgrywa się w Malmö i Kopenhadze) powoduje, że horyzont znaczeń "naszego miasta" w opozycji do "pobliskiego" poszerza się diametralnie.

Ukazuje odwieczność i uniwersalność napięcia między "tutaj" i "tam", akcentując mocniej status człowieka rozdartego między tym, co ma a tym, czego pragnie w opozycji do konkretnych bohaterów Ivaškevičiusa (w tym przypadku Anniki oraz Svante, zamienionego w spektaklu Sieriebriennikowa na Ivo).

Sieriebriennikow używa sformułowania nasze miasto, odróżniając je od miasta pobliskiego. Nie sposób nie skojarzyć tego z Thorntonem Wilderem i jego słynnym dramatem, którego bohaterka Emily - zmarła w połogu żona i matka - w towarzystwie umarłych mieszkańców miasta ogląda własny pogrzeb. Obecny na scenie reżyser (jest on postacią sztuki Wildera) pozwala jej powrócić do momentu, kiedy była szczęśliwa, nie jest to jednak dobry pomysł, okazuje się bowiem, że to nie moment szczęścia, a perspektywa człowieka ślepego, błądzącego w ciemnościach, nieświadomie depczącego uczucia bliskich jej ludzi. Emily przeprasza zmarłych za swój eksperyment. Sieriebriennikow zachowuje się niczym reżyser u Wildera: pozwala swojej bohaterce, Annice, obserwować upadek własnego małżeństwa z Ivo, tegoż małżeństwa symboliczny pogrzeb, wreszcie - swą własną śmierć. Realizuje się to na kilku planach i w kilku wątkach: na poziomie ich normalnej małżeńskiej relacji, w kostiumie zależności między psychopatą Billem a jego ofiarą, Małą Syrenką (ubraną w suknię ślubną, niczym Emily w III akcie sztuki Wildera) oraz pod postacią erotycznej fascynacji Anniki "męską dziwką" Larsem, nastręczonym jej przez demoniczną Brigit w pobliskim mieście. Wszystko to bacznie obserwuje syn Anniki i Ivo, Johan (posługujący się też w spektaklu muzyką), w finale leży w pozycji embrionalnej na satelitarnym talerzu, kręcącym się w kółko niczym gramofonowa płyta. Mnie owa scena skojarzyła się z jakąś bezradnością, wielką samotnością dziecka wobec przepychanek rodziców i ich pokaleczonego, brutalnego świata. Johan fizycznie podobny jest do Andy Warhola - może i to ma swoje znaczenie, może to on w istocie opowiada nam historię swojego dzieciństwa, w trzech pozornie takich samych, a zarazem odmiennych obrazach, może my też mamy dokładnie takie same, choć odmienne dzieciństwa, stając się ofiarami histerycznego miotania się naszych rodziców między "tutaj" a "tam", między tym, co mają a tym, czego pragną, między życiem a marzeniem.

W tekście Ivaškevičiusa, na samym jego początku mamy taki oto fragment: "W przypadku ekranizacji "Pobliskiego miasta", proponowałbym taki ostatni kadr: w przestrzeniach wszechświata dryfuje kula ziemska, wielokrotnie prezentowana w kosmicznej s-f, z wyraźnymi zarysami kontynentów i pobłyskującymi błękitem oceanami. Kamera nieco przesuwa się w bok i widz nagle dostrzega, że Ziemia to satelita poruszający się wokół gigantycznego ciała kosmicznego. Nie śmiem nazywać go planetą, ponieważ formę ma nieregularną, może w ogóle nie mieć formy, bo ciągle się zmienia, jak brzuch kobiety w ciąży. A jego powierzchnię pokrywa relief nieopisanej różnorodności. I tam mieszkają ludzie, i nawzajem się zjadają. Ten kosmiczny potwór - to marzenia wszystkich Ziemian, zebrane i tworzące jedną masę. Jeśli siła jego przyciągania przekroczy dopuszczalną granicę, to pociągnie Ziemię i dojdzie do kolizji".

Sieriebriennikow rezygnuje z tego obrazu, wyrzuca go. To chyba dowód na to, że pragnął skupić się na międzyludzkiej relacji bohaterów, dokonać intymnej wiwisekcji współczesnego człowieka. Obraz ten skierowałby naszą uwagę na polityczny aspekt sztuki Ivaškevičiusa - być może nasze miasto można by też zinterpretować jako jakiś świat, Łotwę na przykład - wówczas rolę gigantycznego, ciemnego kosmicznego ciała w naturalny sposób należałoby przydzielić Rosji. Byłby to jednak wątek geopolityczny, a jak wiemy (dowodem wycięcie geografii "pobliskiego miasta"), aspekt ten mało Sieriebriennikowa interesował. Niekiedy to, co się z tekstu wycina mówi o jego interpretacji więcej niż to, co w nim zostaje...

Nie ma co narzekać, nie każdy spektakl musi być polityczny, tym bardziej, że "Pobliskie miasto" w swojej psychodelicznej formie bardziej jest polityczne, niż rozpięty między Malmö a Kopenhagą dramat Ivaškevičiusa. Na pewno bliższe naszym sercom, zarówno tym łotewskim, jak i polskim.