powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Chwała bohaterom teatru!

"Dwa teatry" Jerzego Szaniawskiego w reż. Marka Mokrowieckiego w Teatrze Dramatycznym w Płocku. Pisze Jagoda Hernik Spalińska, członkini Komisji Artystycznej V Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej "Klasyka Żywa".

"Dwa teatry" Jerzego Szaniawskiego w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku mają tę podstawową zaletę, że spektakl przypomina jeden z najbardziej niezwykłych i przejmujących utworów w dziejach polskiej dramaturgii. Sztuka ta, niegdyś grana w każdym teatrze, dziś znikła zupełnie z repertuaru. Co więcej - jej główne odniesienia, czyli teatr Osterwy kontra teatr Schillera - również znikły ze świadomości widzów. Dramat jednak pokazuje swoją aktualność w inny sposób - opowiada o walce dwóch estetyk teatralnych, dwóch stylów, które ze sobą walczą, a ten temat jest aktualny zawsze, i nie tylko w teatrze - dwie przeciwstawne, ścierające się ze sobą tendencje estetyczne to przecież stały element funkcjonowania kultury. Druga wartość przypomnienia tego tekstu to możliwość zobaczenia jednoaktówek Matka i Powódź, które wchodzą w jego skład. Realistycznie i psychologicznie pomyślane historie, pokazują niezwykłą siłę takiego teatru. Chociaż wiemy w dwójnasób, że "to tylko teatr", bo teatr "Małe Zwierciadło" wystawia je na naszych oczach, to mimo wszystko widownia siedzi jak urzeczona i śledzi w napięciu rozwój akcji. Siła dobrze wymyślonego konfliktu jest jednak w teatrze siłą największą. Dobrze mówił Strindberg, że wystarczy dwóch aktorów, stół i dwa krzesła by rozegrać w teatrze największe dramaty ludzkości.

Trzeci walor tego przedstawienia to przypomnienie, że jest to tekst przywołujący bezpośrednio traumę Powstania Warszawskiego. Ponieważ napisał go człowiek, który żył zarówno w Warszawie przedwojennej, wojennej i powojennej, a sam tekst powstał tuż po wojnie. Prawda doświadczenia i dylematy z którymi się mierzy, uzyskują wyjątkową siłę wyrazu. Nic tu nie podlega jednoznacznej ocenie - rozpięta jest ona na granicy pęknięcia między okrutną i bezsensowną "krucjatą dziecięcą", a niewyobrażalnym męstwem i cierpieniem. Między podstawowym dla istnienia ludzkości imperatywem przetrwania, a równie podstawowym pragnieniem samostanowienia i obrony godności.

Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku wystawił tekst Szaniawskiego w stylu teatru, o którym opowiada, czyli w stylu "małego zwierciadła". Realistyczną scenerię z pierwszego aktu zastępuje w drugim bardziej symboliczna, czyli jakby fragment ruin, ewokujący dramat wojny, która rozegrała się pomiędzy pierwszą, a drugą częścią. Aktorzy grają w obu częściach realistycznie, "wcieleniowo", nie ogrywając zgodnie z aktualną modą faktu, że rzecz dzieje się w teatrze i nie wychodząc poza reprezentację ("nazywam się Klara Bielawka"). Metateatralny wymiar tekstu zaznaczony jest jednak na koniec, gdy w fotelu Dyrektora teatru (Krzysztof Bień), który wstaje do ostatnich scen z fotela, w którym "umarł", zasiada prawdziwy dyrektor teatru czyli Marek Mokrowiecki, również reżyser przedstawienia. Jak rozumiem jest to rodzaj deklaracji estetycznej, swoiste dodatkowe "autoryzowanie" całego spektaklu, jego stylu i wymowy. Jest to o tyle istotne, że spektakl kończy się projekcją zdjęć najpierw nieżyjących już aktorów, artystów teatru z dawnych lat, a następnie galerią postaci, w których już rozpoznajemy twarze aktorów, którzy zagrali w spektaklu. Twarze te są pokazywane razem z dobiegającymi z offu okrzykami "Chwała bohaterom!". I można by uważać, że jest to hołd złożony ofiarom wojny. Jednak jest to raczej hołd złożony aktorom, w ogóle ludziom teatru, którzy nawet w najtrudniejszych warunkach "stroją narodową scenę". Jest to tym bardziej wyrazisty zamysł, że w scenie umierania Dyrektora jest wezwany lekarz i pojawia się Dottore z commedii dell'arte. Bardzo doceniam ten pomysł, by połączyć dell'arte z realizmem, bo jest to czytelny znak pamięci o aktorach jako takich, ich ponad wiekowej wspólnocie zawodowej. Problem tylko w tym, że Dottore w dell'arte był doktorem praw, a nie lekarzem. Ta pomyłka jednak pokazuje, jak potrzebne jest przypominanie historii teatru.

Aktorsko w spektaklu wyróżniają się dwie postacie. Matka z pierwszej jednoaktówki (Hanna Zientara-Mokrowiecka) i Syn (Piotr Bała) z "Powodzi". Może dlatego, że są to najbardziej tragiczne postaci. To jednak jeszcze raz nam uświadamia, jak ważny jest w teatrze dobrze zarysowany konflikt i jakie daje możliwości aktorom.